maj 2014

MAJ 2014




sobota, 3 maja 2014
Wszystko się kiedyś kończy. Odwiedziliśmy Miłkowice i okolice, cmentarze, rodzinę na wywczasach i znajomych. Na zdjęciu ja i mój brat w czasie przekazywania zebranych informacji o Miłkowicach. Zdjęcie zamieszczam dla poinformowania  naszych znajomych, którzy nie widzieli nas już pół wieku, jak teraz wyglądamy. Jesteśmy najstarsi z potomstwa generacji naszych rodziców.



Dzisiaj też było sporo atrakcji. Zwiedzaliśmy Ostromecko. Nie widziałam jeszcze nigdy wnętrza starszego pałacu. Zbiory dawnych fortepianów robią wrażenie. Kasia zagrała fragment jakiegoś utworu skuszona fortepianem Bechsteina i zaraz ją zaproszono do koncertowania w Ostromecku! No zobaczymy… Pan przewodnik - w kontuszu, jako że święto narodowe, był oczarowany moją córką, a my panem przewodnikiem!  



Nowy pałac ma charakter użytkowy - kawiarnia, hotel. Pogoda się na szczęście poprawiła, cieplutko i majowo, park piękny, wycieczka udana.
 
Wnętrze pałacu nowego, część kawiarniana zarabiająca na utrzymanie obiektu. Na pierwszym planie córka Kasia jako gość honorowy .



 

Pan przewodnik - to ten w kontuszu i butach, które robiły wrażenie! - w towarzystwie Katarzyny pianistki mojej własnej córki. Wnuk porobił filmiki i nie mogę tutaj wstawić, a szkoda.

Pałac zwiedziłam raz i więcej tego nie zrobię. Kręte schody prowadzące na drugie piętro były tak zdradliwe, że już nie będę się wspinać po ich zakrętach. Wejście było znośne, ale zejście to już koszmar dla starszej pani. Hamowałam ruch. 

 





W domu teraz cisza. Goście wyjechali. Do głosu doszedł Bruch. Słucham jego koncertów skrzypcowych. Coś pięknego! Dlaczego do tej pory nie odkryłam jego uroku, nie wiem. Witaj maju, świąteczny i wiosenny, jakoś przeżyjemy ten czas, o ile się dasz okiełznać, oczywiście.
 2014-05-04 
Poszłam dzisiaj do kościoła później, aby być też na nabożeństwie majowym. Lubię maryjne pieśni. Przypomina mi się tato, który je z takim oddaniem śpiewał. Często mam takie dzikie szczęście, że obok jakaś starsza pani śpiewa o oktawę niżej i na dodatek chrypi i fałszuje na skutek braku sprawności głosowych. Tak to już jest na starość, ale to psuje mi całą przyjemność.
Dzisiaj idąc do kościoła natknęłam się na pana, który szedł podpierając się kulami. Hardy był, nawet nie chciał słyszeć o tym, aby mu pomóc. Nie, to nie, szanuję prawo ludzi do samodzielności. Siedziałam już chwilę w ławce, kiedy znowu się pojawił na schodach. Mężczyźni rzucili się do pomocy, ale odsunął ich i ze swoją męską dumą wspinał się teraz z kolei w górę. Schodów w naszym kościele jest dużo. Nie jest to przyjazne dla starszych ludzi. Co to się dzieje z kolanami czy też biodrami, że tak się szybko zużywają.
Nabożeństwo celebrował ksiądz, którego długo nie darzyłam zbytnią sympatią, aż do czasu, kiedy odwiedził mnie po kolędzie. Jako człowiek i rozmówca był tak miły, że zupełnie zmieniłam o nim zdanie. Teraz wybaczam mu już nawet to, że nie jest zbyt sprawnym mówcą. Lubię go. Tak to bywa, że ludzie zyskują przy bliższym poznaniu. Może przypomnę mój filmik związany z majowymi nabożeństwami. Słucham tych pieśni z drżeniem w sercu.
 

 
poniedziałek, 5 maja 2014
Szara rzeczywistość też ma dobre strony, zmusza do działania. Piorę od rana pościel, obrusy - okazało się jednak że też są, gdyż podkładam bawełniany pod spód aby reprezentacyjny się nie przesuwał, i ręczniki. Już prawie wszystko suche, po południu prasuję.
Byłam kupić śrubki z nakrętkami, gdyż mam problemy techniczne - w domu śrubki są, ale nakrętki gdzieś się ulotniły. Musiałam iść pieszo, jako że sklep jest w połowie drogi między dwiema głównymi ulicami i nie dojedziesz niczym nawet gdybyś chciał. Przejście z przystanku do punktu docelowego nie ma sensu, odległości się pokrywają. Nawet to mi się podobało, takich marszów mi trzeba! Robię się pękata jak antałek, k-o-b-i-t-a całą gębą! Niby ważę tyle samo, ale tłuszcz się odkłada i to mnie denerwuje. Ja się za to zabiorę! Co założę, to wszystko ciasne. Najlepiej by było aby codziennie mi czegoś brakowało, a sklep byłby na drugim końcu miasta. Chodziłabym pieszo. Pocieszam się tylko, że są osoby jeszcze bardziej masywne niż ja, ale co to w rezultacie mi daje, swój tłuszczyk i tak sama muszę dźwigać.
Do lipca muszę zrzucić pięć kilogramów!
Piszę o tym abym miała motywację i później abym nie nadrabiała miną, gdyby nie wyszło. Do roboty staruszko!



wtorek, 6 maja 2014

Dmuchawce, latawce, wiatr… tobą oddycham, płonę i znikam... Ile to już lat temu ta piosenka śpiewana przez Urszulę w radio - wczoraj była gościem Agaty Młynarskiej i dlatego sobie piosenkę i okoliczności jej towarzyszące przypomniałam - wybudziła pewnego faceta ze snu, przyszła i poraziła go na długie lata.  Nie mógł zapomnieć tej melodii i tego porannego olśnienia. Teraz ci on na końcu świata, na wielkiej łące, ciepłej i drżącej, a boska muzyka na smykach dla niego gra. To wspomnienie pośmiertne z okazji zbliżających się  imienin. Teraz  staruszki mają już tylko takie wspomnienia.
 
Fot. Joanna Studzińska

Wczoraj zadzwoniłam do pewnej osoby zwierzając się ze swoich malutkich dokonań, co zostało odczytane jako pretekst do pochwał pod moim adresem! A kto ma mnie teraz chwalić, jak wszyscy wymykają się do lepszego, podobno, świata?! Lubię być chwalona i wcale tego nie ukrywam, oczywiście gdy są ku temu powody. Chwalenie z podtekstami w których ukryta jest drwina i ironia mnie raczej nie podnieca, a tak przecież też się dzieje. Dlatego apeluję do wszystkich, którzy mnie znają, jak macie za co, to mnie chwalcie. Ja chwalę zawsze, gdy tylko jest ku temu okazja!!! Życie to tylko latawce, dmuchawce, wiatr… przeminie, przepłynie ani się obejrzysz, i już jesteś staruszką.


środa, 7 maja 2014
Dzisiaj powędrowałam do UPC, gdyż router u mnie działa według swojego widzimisię, a ja chcę decydować sama kiedy mam wejść do Internetu. Udzielono mi informacji, po wykonaniu było jako-tako, ale znowu są problemy. Musi mnie ktoś odwiedzić, nie ma rady!
Kontynuowałam podróż i w końcu wylądowałam w sklepie z akcesoriami ogrodniczymi. Nabyłam dwa krzaczki poziomek, których hodowlę rozpocznę na skalę mini-przemysłową , oraz kij bambusowy dla mojej juki - wyrosła nad podziw i zaraz sięgnie sufitu. To wyznacznik długości mojego życia. Tak ustaliłam mentalnie. Kijek przytwierdziłam do pnia i teraz wszystko jest stabilne. Drzewko zyskało też na wyglądzie, jest bardziej eleganckie i wyprostowało się znacznie. Może moje drogi też się ustabilizują, a mam do załatwienia ważną sprawę, którą nagrywam właśnie. Nie chce zapeszyć, więc nie powiem o co chodzi.
Skusiła mnie też patelnia ceramiczna w sklepie Carrefour Galeria Pomorska. Od dawna już planowałam jej zakup, ale jakoś nie wychodziło. Teraz cena była przystępna, kupiłam, raz kozie śmierć. Do domu wróciłam wyczerpana okrutnie. Zakupy na tak dużych przestrzeniach handlowych męczą mnie.

Zapraszam do odwiedzenia strony Miłkowic, dawno jej  nie reklamowałam, a trochę nowości dotarło na jej łamy
czwartek, 8 maja 2014
Wczorajszy film ”Zielona mila”, mimo że mną już wstrząsnął kilka lat temu, obejrzałam zmieniając chusteczki do łez ocierania… Nie będę się nad nim rozwodzić, gdyż jest znany, ale czasem dopada człowieka przeszłość, jak powiedział jeden z bohaterów i tobą mota. Mną też „motnęła”. Każdy taką zieloną milę przebyć musi, niekoniecznie na krzesło elektryczne, ale bezpośrednio na niebieskie łączki.
Zastanowiłam się nad sobą, gdy skazańców pytano o spełnienia ich ostatniego marzenia. Każdy coś tam w zanadrzu miał, a ja? Przecież wszystkie swoje marzenia od 12 lat spełniam, jedno po drugim. Zawsze pieczę nad nimi ma mój ukochany Anioł Niebieski, bardzo pomocny i gorliwy w szukaniu sprzyjających warunków do ich spełnienia, także moja przyboczna gwardia rodzinna, szwadron znajomych i przyjaciół. Tyle już tych swoich marzeń spełniłam, że gdyby terazo o to mnie spytano w ostatniej godzinie życia, miałabym kłopot z odpowiedzią.
Ostatnio droczę się z pewną upartą osobą na temat doznań muzycznych. Ja zdecydowanie obstają przy Mozarcie, którego symfonii w tej chwili także słucham z wielką przyjemnością, a Ludwiga van Beethovena słucham przed snem, doskonale mnie usypia… Mam podobno zostać doprowadzona do filharmonii, o ile się dam!, abym na żywo wysłuchała jego muzyki i nareszcie przekonała się do jego geniuszu. Przecież ja mu nie odmawiam geniuszu, ale Mozarta lubię za jego lekkość i finezję. Może moim ostatnim marzeniem byłby koncert z muzyką mojego ulubieńca, a nie wciskanie mi na siłę kompozytora, którego mogę słuchać, ale bez tego dreszczyku emocji w okolicach kręgosłupa pojawiającego się u mnie w chwilach uniesień, gdy olśni mnie jakiś wiersz, film, książka czy muzyka…
Zamieniam się teraz w pielęgniarkę i opiekunkę, tak się układa. Wypełnię wszystko z oddaniem i miłością na jakie będzie mnie tylko stać.
 

piątek, 9 maja 2014
Jestem lekko rozstrojona, mało że choroba w rodzinie, to jeszcze doszło borykanie się z cudami techniki! Musiałam odnowić umowę związaną z telefonem i zdecydowałam się na nowy aparat, gdyż stary już naprawdę ledwo dychał i nie ma co owijać w bawełnę, ja nie widziałam tam liter, działałam na wyczucie. Moim wyborem stał się Alcatel, bez udziwnień, z dużą klawiaturą, widoczne wszystko nawet dla niedomagających wzrokowo. Ja nie chcę dotykowych ekranów, to nie dla mnie. Stwierdzenie umieszczone w instrukcji – działaj intuicyjnie, jakoś się w moim przypadku nie do końca sprawdziło.
Wyszłam chyba przed szereg, gdyż złożyłam zamówienie drogą internetową. Kurier przyniósł paczkę, telefon w kawałkach i tutaj mnie to przerosło. Niby jest instrukcja, tylko ja nie rozumiem wszystkich poleceń nie mówiąc już o stresie, aby czegoś nie uszkodzić. Wezwałam posiłki, co prawda to drugi garnitur, gdyż moja pomoc podręczna niedomaga i telefon zyskał normalny kształt, przeniesiono kontakty, kartę sim i „cacko” zostało uruchomione. Zostałam jednak wieczorem ze wszystkim sama i schody się zaczęły.
Zadzwonić zadzwoniłam, ale SMS padł. Nie wiem jak ustawić normalne wpisywanie, on pisze to co chce, całe wyrazy, litery z wyboru własnego. Tutaj jest właśnie problem, jakoś trzeba to ustawić, ale ja nie wiem jak. Pomoc będzie potrzebna! Jeszcze spróbuję przeczytać instrukcję spisaną drobnym druczkiem, więc szkło powiększające zostanie użyte, może się uda. Staruszka, to staruszka. Ja mogę korzystać zdobyczy techniki, gdy są zupełnie sprawne i odpowiednio ustawione, sama raczej już nie zadziałam.
Wstałam dzisiaj rano aby wedrzeć się do informacji w komputerze o moim koncie, gdyż do końca nie wiem co mi tam umieścili i niestety nie ma jeszcze naniesionych nowych danych. Nie mam zamiaru płacić za usługi, które są mi zupełnie niepotrzebne. Będę cięła koszty. Ja telefon mam tylko do komunikowania się i załatwiania spraw, gadanie godzinne z psiapsiółkami mnie już zupełnie nie rajcuje. Nie lubię przegrywać, ale chyba trzeba będzie się już powoli przyzwyczajać do takich sytuacji.

                                                                               

sobota, 10 maja 2014
Przeczytałam już kilka książek Agaty Tuszyńskiej, gdyż ostatnio jakoś tak mnie nachodzą. Pisała także wiersze. Przytoczę dwa z nich.

czy uratuję ćmę
tłumacząc
co to jest światło


Mnie też nic nie uratuje, co prawda trochę już mam dosyć tematyki żydowskiej, ale dobrnę dzielnie do końca czytając dzieje Singera, w końcu to laureat nagrody Nobla. Mam dziwną awersję do małych, zapyziałych, miasteczek, gdzie wszystko jest na pograniczu złudy i trawionych przez bystre obserwatorki dzień w dzień losów ludzi tam osiadłych, przerobionych na miałką papkę oceniania. Wolę wieś, prosta jest i okraszona przyrodniczą sielanką. Co prawda w wierszu Tuszyńskiej biedroneczki to niekoniecznie panienki w fartuszkach w kropeczki, ale przecież każdy dobry wiersz powinien wybrzmiewać wieloma znaczeniami.

na łące liścia
pasie się
stado bożych krówek

nie szukają odpowiedzi
na pytania Spinozy czy Kanta
ledwie potrafią zliczyć
grochy na własnych fartuchach

prawdopodobnie nie odmawiają pacierza
nie rysują genealogicznych drzew
i nie odwiedzają cmentarzy

są tu tylko przelotem
jak my
na chwilę tęsknoty

Ale ja nie o tym chciałam pisać, to tak jakoś wypadło, mnie uwiodła myśl zawarta w cytacie z „Singera” przytoczonya poniżej:
„Nic naprawdę nie umiera, zamiera tylko, by się odrodzić.”
Tak przecież odrodzą się boże krówki, alby liczyć swoje kropeczki, ćmy lezące do światła na oślep i my, przedłużając linię genetyczną zapisaną w naszych dzieciach i wnukach.
Oczywiście znaczeń jest więcej, ale nie będę wykładać kawy na ławę, nich każdy dopisze sobie ciąg dalszy. Znowu bym komuś podpadła!
Mam zabrać się za pracę fizyczną, a tak mi się nie chce, wolę myśleć o ślicznych buziach moich córek i wnuka, gdy byli maleńcy i napełniali mnie taką dumą i radością, przecież niedługo święto, na które zapracowywałam latami, ja i miliony innych oddanych i kochających matek. Teraz też jestem z moich potomków dumna, nawet wtedy gdy coś tam, jakoś tam, to moje dzieci i już.



niedziela, 11 maja 2014
Wczoraj wytrwałam do północy, a nawet dłużej. Oglądałam Eurowizję. Jestem zdegustowana. Conchita Wurst nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, piosenka była nawet ładna, ale ta sensacja wokół niej mnie zdegustowała. Może dlatego wszyscy głosowali aby pokazać jacy to są wyzwoleni – kobieta z brodą! To zresztą sprawa dru-gorzędna, przecież ona chyba nie pragnęła czegoś takiego.
Polski zespół też mnie nie oszołomił. Panie śpiewały biustami, kto to lubi, no to miała radochę. Nie chce mi się nawet o tym wszystkim pisać. Lubię wyśpiewane piosenki, piękne głosy. Mam chyba do tego prawo. Żałuję, że zarwałam wieczór.



poniedziałek, 12 maja 2014
Od rana moje myśli splątane są kombinacjami przemeblowań mieszkania, gdyż odległość od fotela do telewizora wynosi około 5 metrów, co dla mnie jest uciążliwością. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, ale chyba pogorszył mi się wzrok i nie widzę detali,  gdy patrzę w oczy jakiegoś przystojnego aktora! Mam przecież prawo dla małych przyjemności…
Cała jedna ściana pokoju zajęta jest przez okno i drzwi balkonowe przez co pokój staje się mało ustawny. Telewizor wisi na ścianie od strony okna, więc nie mogę go przestawić. Dalej już są drzwi, które są też nie do ruszenia. W tej sytuacji najlepiej by było fotel ustawić na środku pokoju, co znowu stwarza zagrożenie potknięcia się o niego i rujnuje harmonię wnętrza oraz utrudnia otwieranie drzwi balkonowych. Na balkon też muszę wychodzić!
Noblista Singer, którego obecnie mam na tapecie, zaobserwował, że w biednych domach gojów stół stał na środku pokoju!!! Zaskoczyło mnie to, gdyż sama bym chętnie tak ustawiła, ale lubię mieć wolną przestrzeń a może podświadomie boję się być osądzana jako biedota?! Ciekawa jestem gdzie jest najwłaściwsze miejsce dla stołu?! Myślę, że gdy w domu jest kilka osób, wtedy środek pokoju jest idealny, gdyż jest łatwy dostęp ze wszystkich stron. 
Biorę też pod uwagę wykreowania mojego mieszkania na loft, wnętrze pofabryczne bez ścianek działowych, wtedy robiłabym co bym chciała. Studzi mój zapał tylko to, że remont kosztuje, a ja przecież niedawno wyszłam z długów w związku z przeróbką mieszkania. Likwidacja małego pokoju też mogłaby mi wyjść bokiem. Kiedy przyjeżdża jakiś trudno oswajalny gość, zawsze można powiedzieć:
- Wyglądasz na bardzo zmęczonego, może połóż się i odpocznij!
Tym sposobem ma się już na godzinkę tego kogoś z głowy i można coś w domu zrobić!!!
Nie wiem gdzie ustawić fotel, siedzę i myślę, ale niezbyt wiele z tego wynika. Zwrócę chyba swoje myśli w kierunku kuchni, zbliża się pora obiadowa, a obmyślanie menu sycącego, ale nie tuczącego, jest ekwilibrystyką kulinarną. Mam trudności z gubieniem wagi, głodna nie zasnę, a oszukiwanie samej siebie jest trudne…

                                                                              
wtorek, 13 maja 2014
Kończę "Singera" Agaty Tuszyńskiej. Prawie 500 stron. Dopiero tera wpadłam na pomysł, aby zachować kilka cytatów, z którymi się zgadzam, gdyż tylko takie są według mnie warte pamięci.

„Niezapisane istniej mniej. Z czasem w ogóle przestaje istnieć. Mija z pamięcią. Nieznane są losy niezapisane.”

„Nie można lepiej służyć Stwórcy, niż okazując łaskawość Jego stworzeniom.”

„Co piszesz – swoje myśli. Opowiadam różne historie. To się nazywa literatura.”

„Talentu nie da się nauczyć, ani wypracować. Ani niczym zastąpić. Nie można wyprodukować go w laboratorium. Można zniszczyć talent, ale nie można go stworzyć. Prawdziwy talent nie pyta, czy sytuacja jest dobra czy zła. Musi pisać.”

„Literatura bez namiętności jest jak chleb bez mąki. Każda ludzka istota, byle dureń jest nieskończenie bogaty w emocje.”

„Sztuka powinna cieszyć. Żaden komentarz ani przypis nie jest potrzebny do wyjaśniania tego, co sprawia przyjemność.”

„Jeśli ktoś się męczy czytając książkę, to znaczy, że to nie jest dobra książka.”

„Zwykle kochają kobiety. Mężczyźni jedynie pozwalają się kochać. Albo inaczej, ich miłość niewiele kosztuje. Płacą tylko wyrzutami sumienia.”



czwartek, 15 maja 2014
Jest godzina piąta rano. Niebo właśnie zapuszcza zasłonę z mgły. Robi się ciekawie. Obudziłam się już godzinę temu i na nic się zdało picie ziółek i konsumpcja pajdy chleba z czekoladowym kremem. Jestem wyspana. Poszłam spać o 21!!!
Wczorajszy dzień był owocny w wydarzenia. Nie wiadomo dlaczego wysiadła moja karta sieciowa. UPC nie wykryło usterki, wzięłam więc sprzęt do torby i pojechałam do sklepu macierzystego. Nie poradzili nic ponad to, co już wiedziałam. Dostałam numer do serwisu i wróciłam do domu. To była jednak owocna przejażdżka.
Wspominałam już, że w okolicach mojego osiedla jeździ się liniami MZK pionowo, poziomy pokonuje się pieszo. Przyszło mi sforsować trzy przecznice. Zrobiłam to jak zwykle w tempie przyśpieszonym. Trochę się zziajałam, ale to dobrze. Taki marsz jest przydatny przy odchudzaniu. W domu zadzwoniłam gdzie należy i 15 minut gawędziłam z panem jaki ściągnąć sterownik – mam tylko darmowe minuty na komórki, za takie rozmowy płace dodatkowo! Zrobiłam co należy, poprawy nie widzę. Będę działać dalej.
Po południu wybrałam się na spotkanie z panią Joanną Szczepkowską. To moja ulubiona aktorka i felietonistka. Jako pisarki jej jeszcze nie poznałam. Z takimi koneksjami – Jan Parandowski, Andrzej Szczepkowski – trudno aby nie pisać i nie być aktorką! Bardzo byłam ciekawa tego spotkania. Pani Joanna jest przemiłą osobą, szczuplusieńką i niezbyt wysoką. Może tak ma już z wiekiem?! Wydawało mi się, że wygląda nieco inaczej. Opowiadała o swojej nowej książce "Kto ty jesteś. Początek sagi rodzinnej", o dziejach rodziny, pokazała zdjęcia, przytoczyła anegdoty.
Jej tato, kiedy córka Jana Parandowskiego zaprosiła go do domu rodzinnego, czuł się tam bardzo skrępowany. Presja była zbyt duża - spotkanie z rodzicami wybranki serca, gośćmi, znanymi polskimi literatami, tak go oszołomiły, że nie mógł wydobyć słowa. Jedna z pań, aby go ośmielić, spytała;
- Jakie ma pan ma piękne włosy! Myje je pan jajami?
- Nie, rękoma! – odpowiedział Andrzej Szczepkowski.
Tym się wkupił do tak zacnego grona. Był zresztą nie lada dowcipnisiem i człowiekiem pełnym humoru.
Pani Joanna też ma coś w sobie, co jej zjednuje ludzi. Jest jednak w działaniach nieco zaczepna, jej słynne –

Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.”

przeszło do historii. Ostatnie zmaganie się z Gazetą Wyborczą skończyło się podziękowaniem jej za pisanie felietonów w Wysokich Obcasach. Czytając to czasopismo lekturę zaczynałam zawsze od niej. Teraz osłabłam jakoś w uwielbieniu do Obcasów, są już takie nijakie.
czwartek, 22 maja 2014
Od godziny oglądam zdjęcia wgrane na płycie bez ładu i składu, to początki mich działań w komputerze. Teraz wszystko jest łatwiejsze i prostsze. Niedługo imieniny mojej córki, a nie wiem kiedy zabiorą mi laptopa do napra-wy i jak długo będą go trzymać. Według mnie to usterka, ale im najłatwiej wgrać system od nowa i chyba tak zrobią. Póki co, chcę jeszcze kilka spraw uwzględnić w Dniewniku.
Joanno, córko moja, oto Twoje zdjęcia, które tak na łapu-capu wybrałam aby je tutaj zamieścić i życzyć Ci sa-mych dobrych i szczęśliwych dni. Na pierwszym zdjęciu maleństwo obdarzone tylu zdolnościami, radosne, zaw-sze współczujące każdemu stworzeniu i tak pozostało. Drugie w roli matki chrzestnej swojego siostrzeńca, ma-donna z dzieciątkiem, a na trzecim opiekunka kotów…

Urosłaś i dojrzałaś, ale tyle radości, ile sprawiałyście mi z Twoją siostrą, nie da się opisać. To uczucie wprost transcendentne i szczęśliwa jestem, że mogłam go doświadczyć.
Niedługo Dzień Matki, a ja tutaj nic nie będę mogą napisać, więc chce już teraz zamieścić cytat naszego płodne-go pisarza, który książkami sypał jak z rękawa. Autorem jest mężczyzna, ale odzwierciedla uczucia matczyne, widocznie ich doświadczył. Jakie to prawdziwe. Jestem szczęśliwą mamą i babcią, ale szczęścia też się trzeba uczyć i je pielęgnować, samo nie spływa z nieba, co dajesz, wraca do ciebie. Co życie jednak przyniesie, kto to wie. Cieszę się tym, co mam.

Józef Ignacy Kraszewski
Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta wraca - to miłość macierzyńska.

piątek, 16 maja 2014
Spędziłam dzień jako szwaczka, prasowaczka i naprawiaczka, nie tylko odzieży, o nie, praca poszła zdecydowanie także w innym kierunku. Komputerowo i zadaniowo! Wszystko się powiodło. Myślę nawet, że co niektórzy odetchnęli z ulgą, gdy oznajmiałam, że już kończę rozmowę. Dziękuję oczywiście za pomoc, ale też nie będę się zbytnio przejmować tym, że tyle czasu mi poświęcili, staruszce trzeba pomagać!!! Z samotności można się rozchorować, a tak to mają chociaż zadanie do wykonania i na dodatek miłe towarzystwo, przecież jestem sympatyczną osobą. Samotność popycha wszelkie stworzenia do dziwnych działań.
Dzisiaj TV podała informację, że w pięknym mieście Koninie dzięcioł codziennie od 6 rano z zaparciem puka w ...  latarnię! Koninianie z ulicy x (wiem jaka to ulica, ale nie zdradzę nazwy) zrywają się o świcie, starzy i młodzi, nawet niemowlęta. Weterynarz stwierdził, że ptak ma coś z głową. Ja myślę, że jest samotny, gdyż być może pani dzięciołowa odfrunęła z kochasiem w siną dal i on tak z rozpaczy wali dziobem w żelazo… Biedny, żal mi go, przecież może dostać wstrząsu mózgu. Ludziom nie ma co współczuć, teraz zwierzęta są na pierwszym planie, to przecież nasi bracia mniejsi.
Ja osobiście jestem wdzięczna mojej czarnulce Stefie, plastikowa, ale swoją siłę oddziaływania ma. Żadna sroka nie zbliża się do mojego balkonu, a tak naprawdę to ich wcale nie widać, widocznie się wyniosły. Nie mogę ścierpieć ich chropawych skrzeków. Wolałabym już tego nieszczęśnika dzięcioła walącego z uporem w latarnię. Może dopatrzyłabym się jeszcze innych powodów jego przypadłości?!

sobota, 17 maja 2014
W sobotę to mogłabym napisać nawet powieść, byle tylko nie wplątywać się w domowe zajęcia, niezbędne, ale nudne. Mam już wszystko za sobą, tylko teraz już nie ma sensu brać się za „tfórczość” literacką. Zimno jak licho, wiatr i deszcz, w przerwach słońce informuje o swojej obecności. Nie mam już zamiaru ruszać się z domu. Czytam „Zew oceanu” Cichockiego i staram się sama siebie przekonać, że taka wyprawa dookoła świata ma sens. Najgorszą sprawą jest to, że moja faza marzeń sennych związana jest teraz tematycznie z bohaterami niedzielnych wypraw żeglarskich. Nawiedzają mnie i uprzykrzają zawieruchę senną. Podobno bez tej fazy snu nie pociągnęlibyśmy zbyt długo. Zjawiają się wtedy omamy i możemy przepłacić to zdrowiem. Postaram się jakoś odegnać żeglarzy, nie czas ku temu aby gościli w moich snach. Bez was też dobrze się trzymam.
 

Żeglarzu, utrapieńcze
wróć ty na morza sine,
kieruj swą łajbę tam,
gdzie fale marszczą wód
niezmierzoną głębinę.

Ze mną nie zjesz kolacji,
słowem nie zbałamucisz,
kolce mam już jak jeż –
czasu nie zawrócisz.
Fok, szot, lik, szprycbuda
Teraz do ciebie mruga.

Myślę, że już teraz spokojnie mogę czytać. A zresztą, przecież mówią, że gdy Bóg chce kogoś ukarać, spełnia jego marzenia. Może myślę o tobie, tylko udaję, że nie jest to po mojej myśli, a teraz czytając, przypominam wszystko sobie… Może ty wierszyków chcesz, aby się nimi karmić?! 


niedziela, 18 maja 2014
Dzisiaj dzień porządków w komputerze, co nie zwalnia mnie od przygotowania obiadu, a po południu wyjścia do ludzi. Myślę, że warto w związku z obiadem podać przepis na pyszne kluseczki mogące być dodatkiem do zupy o zdecydowanym smaku lub jako dodatek do drugiego dania.
Gotując zupę nie zawsze wiem co mam zrobić z włoszczyzną, gdy jest zupa jarzynowa nie ma problemu, ale ogórkowa, buraczkowa, pomidorowa, czy jakaś inna nie będąca zupą-krem, nastręcza trudności, włoszczyzna zostaje, a przecież szkoda jej wyrzucić. Wykorzystałam więc ją do zrobienia tych pysznych kluseczek.
Przepis:
Wyjętą z zupy włoszczyznę rozdrabniam i zmieniam na masę blenderem, dodaję dwa umyte jajka, mąkę, aby uzyskać bardziej zwartą konsystencję, solę, dodaję pieprz biały, ale mogą być dowolne zioła, mieszam i wkładam na wrzątek łyżką, tak jak kluski kładzione. Warto zrobić próbę, gdyż jak są zbyt rzadkie, mogą się rozpaść. Wtedy trzeba dodać więcej mąki.

Prosty przepis, prawda? Wybornie smakują z zupą buraczkową, to nie jest czerwony barszczyk, tylko zupa z dodatkiem buraków pokrojonych z słupki i oddzielnie ugotowanych, właśnie po to, aby móc wykorzystać włoszczyznę do kluseczek. Dodaję do zupy kwasku cytrynowego w celu dosmaczania i utrwalenia koloru, byle nie zbyt dużo, nie może być zbyt kwaśna, trochę cukru i soli do smaku. To ma być smak słodko-kwaśny, zaprawiam mąką rozbełtaną z mlekiem, a później śmietaną z domieszką gorącej zupy, aby śmietana dobrze się rozprowadziła. Moja rodzina taką zupę uwielbia, muszą ją od czasu do czasu ugotować i zawsze jest przyjmowana z entuzjazmem.

 
poniedziałek, 19 maja 2014
Żegnam się już z p. Cichockim, autorem książki "Zew ocanu", kapitanem żeglugi, który opłynął świat i mimo burz i niebezpieczeństw wrócił do domu, wychudzony, głodny, poobijany ale szczęśliwy. Jak sam mówi: „Tylko wtedy warto płynąć dookoła świata, kiedy ma się do kogo wracać.”
W życiu codziennym też tak jest, możemy mieć hobby, uprawiać działkę, łowić ryby, wybierać miód z pasieki, spotykać się z ludżmi, ale ważne jest aby nie wracać do pustych ścian, gdyż wtedy  trudno znieść ich ciszę. Ja znam to uczucie, wiem co to jest i jaki ma to wpływ na życie jednostki. Czas jednak szlifuje ranty i uodparnia na samotność, pozwala się nawet nią cieszyć. Nie czuję się osamotniona, jednak są chwile, gdy chandra i mnie dopada. Radzą mi życzliwe dusze: - Kup sobie, albo przygarnij, psa lub kota!
Jakoś ta rada nie przemawia do mnie. Wczoraj złożył mi wizytę Luis. Jak go postawiono w przedpokoju po zdjęciu smyczy, tak stał. Po łagodnej perswazji właścicelki łaskawie dopiero się położył.  Zwierzęta żyją krócej niż ludzie, a mnie przeraża śmierć każdej istoty żywej, do której się przywiązałam, a zresztą teraz to już nie wiadomo, kto pierwszy by odszedł. Nie mam zamiaru nikogo osierocić.
Problemy dnia codziennego są zresztą dostatecznie  uciążliwe, po co mi więc dodatkowe problemy. Dzisiaj poszłam do pana na bazarek wymienić kłódkę, którą zakupiłam, a która nie dała się nijak uruchomić. Nie dał żadnego paragonu, ale wczuł się w sytuację i dostałam zamiennik,  jak na razie funkcjonuje. Kupiłam krzaczuszek bazylii, którą posadziłam w miejsce jednej z poziomek.  Dowiedziałam się, że pokonał ją przymrozek, może i tak. Zebrałam już pierwsze plony – poziomki słodyczy leśnych krewniaczek nie miały, o nie! - chyba upraw nie powiększę, gdy poziomki są tak wrażliwe. Zakupiłam też dwie doniczki kwiatuszków, mimo, że się zarzekałam, że już nigdy, ale jednak. Słabą istotą staję się z wiosną. No cóż, czymś trzeba się cieszyć. Spoglądam teraz na całe to ogrodnictwo puszące się za oknem  i uśmiecham się sama do siebie. Panią na doniczkowo-skrzynkowych zagonach jestem!!!
niedziela, 25 maja 2014
Apostoł Paweł napisał: Ludziom bogatym w dobra tego świata nakazuj skromność; niech nie liczą na niepewne bogactwa, lecz na Boga, który obficie obdarza nas wszystkim, co niezbędne do życia.
Nie mam zamiaru wołać: - Biada bogaczom!, bo i po co, to nie ma sensu. Ucho igielne też mnie jakoś nie prze-raża. Już bardziej fascynuje mnie wywyższenie pokornych, czyny, które idą za wiarą, miłość bez brzęków cym-bałów, pomoc ubogim.
Czuje się wyróżniona, że nie obrastam w bogactwa tutaj, na ziemi, a szczególnie przed pierwszym dniem mie-siąca każdego. Tyle już ich przeżyłam i jestem jak ta ptaszyna, która nie sieje, nie orze ale do dziobka i tak coś tam włoży, nie zginie z głodu, gdyż otoczona jest opieką, którą czuje, wie, że ktoś tam w górze ją miłuje.
Nie przymieram głodem, nie muszę biegać po sklepach i kupować byle czego, nie przeciążam żołądka, nie śli-zgam się po lśniących parkietach, nie wyleguję się na mięciutkich kanapach, nie zwiedzam świata w trudzie i znoju... Siedzę sobie z książką w ręku na lekko zużytym już fotelu, słucham Brucha napełniając duszę pięknem nieziemskim, pogryzam kandyzowany imbir zastępujący mi ostatnio słodycze i czekam ze spokojem na dzień ostatni miesiąca… Jakie to piękne, być nagrodzoną i wywyższoną już tutaj na ziemi!


środa, 21 maja 2014
Miałam dzisiaj pociągnąć wątek patelni ceramicznej, która mnie rozczuliła – mam 4 patelnie różnych rozmiarów i przeznaczeń, nawet może więcej, gdyż mam nawet taką do smażenia jajek sadzonych, więc myślałam, po co mi jeszcze jedna. Patelnia to patelnia, najważniejsze umiejętności gospodyni. Zakupiłam jednak ceramiczną, gdyż już słuchać nie mogłam, co to za dobrodziejstwo w kuchni i nie zawiodłam się. Upiekłam wczoraj omlet francuski, który jest pękaty, gdyż ubita piana czyni go grubasem i niełatwo niekiedy go odwrócić, a na mojej nowej patelen-ce nie było żadnych problemów - pięknie zarumieniony, prawie bez tłuszczu i żadnych problemów z techniką pie-czenia. Jak jeszcze nie jesteście właścicielami takiej patelni, to kupujcie, warto mieć ją w kuchni.
Zostawmy więc patelnię, mam problem bardziej palący - dzisiaj piorę, u nas 40 stopni! - , rozmawiałam ze znajomym i stwierdziłam, że już kończę, gdyż pralka kończy swój bieg. Stwierdził, że w domu on dzierży  pieczę nad automatyczną pralką! Zaniemówiłam. Do głowy by mi nie przyszło aby w takiej dziedzinie szukać kiedykolwiek wsparcia męża, ale teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd.
Mój znajomy nastawia program, kontroluje czas prania, wyjmuje i wiesza. Kochani, takich to ze świecą szukać! Jego żona to bardzo mądra kobieta. Pranie ma z głowy. Jeden warunek, musi to być człowiek odpowiedzialny, gdyż jakiś lekkoduch celowo by wpakował do pralki co popadnie i na dodatek wygotował najbardziej ulubione bluzki aby już nigdy go tego urządzenia nie dopusz-czono. Słyszałam opowieść pana, który przymuszony do prasowania, przypalał celowo rzeczy żony tłumacząc się bezradnością w obsłudze żelazka. Oczywiście, od prasowania został odsunięty, jakże by inaczej. Wniosek jeden się nasuwa, wybrać mądrego męża i udawać, że nic się nie umie, a problem sam się rozwiąże. Co jednak począć, gdy trafi się na takiego prasowacza?


czwartek, 22 maja 2014
Od godziny oglądam zdjęcia wgrane na płycie bez ładu i składu, to początki moich działań w komputerze. Teraz wszystko jest łatwiejsze i prostsze. Niedługo imieniny mojej córki, a nie wiem kiedy zabiorą mi laptopa do naprawy i jak długo będą go trzymać. Według mnie to usterka, ale im najłatwiej wgrać system od nowa i chyba tak zrobią. Póki co, chcę jeszcze kilka spraw uwzględnić w Dniewniku.
Joanno, córko moja, oto Twoje zdjęcia, które tak na łapu-capu wybrałam, aby je tutaj zamieścić. Życzę  Ci samych dobrych i szczęśliwych dni. Na pierwszym zdjęciu maleństwo obdarzone tylu zdolnościami, radosne, zawsze współczujące każdemu stworzeniu i tak już pozostało. Drugie w roli matki chrzestnej swojego siostrzeńca -  madonna z dzieciątkiem, a na trzecim opiekunka kotów…

Urosłaś i dojrzałaś, ale tyle radości, ile sprawiałyście mi z Twoją siostrą, nie da się opisać. To uczucie wprost transcendentne i szczęśliwa jestem, że mogłam go doświadczyć.
Niedługo Dzień Matki, a ja tutaj nic nie będę mogą napisać, więc chce już teraz zamieścić cytat naszego płodnego pisarza, który książkami sypał jak z rękawa. Autorem jest mężczyzna, ale odzwierciedla uczucia matczyne, widocznie ich doświadczył. Jakie to prawdziwe! Jestem szczęśliwą mamą i babcią, ale szczęścia też się trzeba uczyć i je pielęgnować, samo nie spływa z nieba, co dajesz, wraca do ciebie. Co życie jednak przyniesie, kto to wie. Cieszę się tym, co mam.

Józef Ignacy Kraszewski
Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta wraca - to miłość macierzyńska.



niedziela, 25 maja 2014
Apostoł Paweł napisał: Ludziom bogatym w dobra tego świata nakazuj skromność; niech nie liczą na niepewne bogactwa, lecz na Boga, który obficie obdarza nas wszystkim, co niezbędne do życia.
Nie mam zamiaru wołać: - Biada bogaczom!, bo i po co, to nie ma sensu. Ucho igielne też mnie jakoś nie przeraża. Już bardziej fascynuje mnie wywyższenie pokornych, czyny, które idą za wiarą, miłość bez brzęków cymbałów, pomoc ubogim.
Czuje się wyróżniona, że nie obrastam w bogactwa tutaj, na ziemi, a szczególnie przed pierwszym dniem miesiąca każdego. Tyle już ich przeżyłam i jestem jak ta ptaszyna, która nie sieje, nie orze ale do dziobka i tak coś tam włoży, nie zginie z głodu, gdyż otoczona jest opieką, którą czuje, wie, że ktoś tam w górze ją miłuje.
Nie przymieram głodem, nie muszę biegać po sklepach i kupować byle czego, nie przeciążam żołądka, nie ślizgam się po lśniących parkietach, nie wyleguję się na mięciutkich kanapach, nie zwiedzam świata w trudzie i znoju... Siedzę sobie z książką w ręku na lekko zużytym już fotelu, słucham Brucha napełniając duszę pięknem nieziemskim, pogryzam kandyzowany imbir zastępujący mi ostatnio słodycze i czekam ze spokojem na dzień ostatni miesiąca… Jakie to piękne, być nagrodzoną i wywyższoną już tutaj na ziemi!


poniedziałek, 26 maja 2014

Dzisiaj Dzień Matki! Odbieram od rana telefony od moich córek, wzruszona jestem, trudno się dziwić. Niedawno maleństwa, bezbronne i ufne, i ja, matka pochylona nad łóżeczkiem, radosna, kiedy wszystko układało się dobrze i zatroskana, gdy choroby dziecięce zaglądały do nas raz po raz. Mam wnuka więc i nieobcy córce trud macierzyństwa. Zrozumieć troski matki może córka wtedy, gdy sama zostanie matką. A moja mama? Ciężki okres wojny i trudny powojenny czas… Jedyna rzecz, czego nam nigdy nie zabrakło, to miłości, tej dawanej i od-bieranej, międzypokoleniowej. Do ludzi po rozum, do matki po serce – mówi przysłowie. Szczęście, że mamy zawsze dokąd się udać w tej sprawie.



Teraz dopiero świątecznie się zrobiło w pełni. Pęk konwali stoi na stole, pachnie konwaliowo, tak jak od lat w Dniu Matki. W tym roku przyroda zsynchronizowała wszystko jak należy, gdyż bywały lata, że konwalie kwitły wcześniej. 



wtorek, 27 maja 2014
Znamy oficjalny wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Poszczególne partie zyskały przedstawione niżej procentowe poparcie wyborców, przy frekwencji 23,82 procent.
PO 32,13 proc. PiS 31,78 proc. SLD 9,44proc. Kongres Nowej Prawicy 7,15 proc. PSL 6,8 proc.
Progu wyborczego nie przekroczyły: Solidarna Polska z poparciem na poziomie 3,98 procent, Koalicyjny Komitet Wyborczy Europa Plus Twój Ruch 3,58 procent, Polska Razem Jarosława Gowina 3,16, Ruch Narodowy 1,4.

Janusz Korwin-Mikke sam się chyba nie spodziewał takiego poparcia. Co powodowało ludźmi, gdy głosowali na partię tego człowieka?! Chyba na przekór wszystkiemu i wszystkim, nie jestem w stanie tego zrozumieć! Kiedy zobaczyłam jak ociepla swój wizerunek sadzając na głowie niemowlaka, przeszedł mnie zimny dreszcz, a gdy już oddawał dziecko ojcu, zamarłam, po prostu rzucił dzieciątko w stronę ojca… Ten człowiek jest chyba niezrównoważony. A gdyby akurat ojciec się odwrócił i dziecko spadło na ziemię? Co on będzie w tym Europarlamencie wyprawiał? A głosowanie w innych krajach, Francja, Anglia? Czarno widzę przyszłość Unii.
 

Zdjęcie ściągnięte z internetu.
 
suma wejść na stronę - 262199,
odwiedzających - 87805,
dzisiaj -10
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Nie, ja nie milczę (Halina S.)
 
Nie, ja nie milczę, ja czekam
na krawędzi cichych marzeń
na czas, który ku mnie idzie
i za chwilę się wydarzy.

Nie, ja się nie boję życia,
z uporem kroczę do celu,
nigdy nie milczę ze strachu.
Żyję jak chcę, przyjacielu.

Szeroko otwieram oczy,
wpatruję się w ciszę nieba
śledzę utarte szlaki gwiazd,
ważę ciężar słów, tak trzeba.
 
Image and video hosting by TinyPic
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=