Strażniczka strony
Kiczka - Księżniczka
Krótkie formy
Śniadanie we dwójkę
Czekał na brzask. Potrzebna mu była jasność dnia. Zamykał i otwierał oczy ciągle przygarniając ciemność tak długo, aż blask zaczął wdzierać się przez okienne szyby. Nadszedł więc czas. Powoli wstał z łóżka i poszedł do kuchni. Zagotował mleko. Kroił malutkie kromeczki chleba, smarował starannie i nakładał na wierzch plasterki sera. Teraz mógł zasiąść przy stole. Posłuszne powieki na wędzidłach woli unosiły się w górę i opadały w dół - światło, ciemność, światło – wybrał ciemność. Zamiatając rzęsami przestrzeń pod okularami znalazł się w świecie mroku.
Powoli wyciągnął rękę aby namierzyć kubek z mlekiem. Delikatnie przesuwał dłoń tuż przy rancie stołu bojąc się, że może się nie udać. Ujął ostrożnie uszko kubka i uniósł gorący napój do ust. Ciepło rozlewało się powoli w żołądku, wypełniało trzewia. Odstawił kubek, ręce posłusznie wróciły na brzeg stołu. Teraz przyszła kolej na kanapki. Miały dać mu energię, przygotować do przetrwania dnia. Wyszukiwał je po omacku, delikatnie odgryzał małe kęsy, starannie żuł miąższ chleba, delektował się smakiem sera. Ruchy dłoni były coraz bardziej precyzyjne. Na talerzu w końcu pozostały tylko drobne okruchy . Pozbierał je starannie, doniósł sprawnie do ust ciesząc się ich smakiem. Posiłek przedłużył się o kilka sekund. Odszukał kubek i dopił resztę mleka.
Podziękował ciemności za miłe towarzystwo przy śniadaniu. Powoli otwierał oczy.
Miły Czytelniku! Krótka forma jest działaniem zamierzonym. Nie chciałam niczego sugerować. To miało miejsce, działo się naprawdę. Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego ten człowiek, który przecież widział, jadał śniadania z zamkniętymi oczami.
Kim była Bellunia?
(w oparciu o prawdziwe wydarzenie)
Losy rodziny J. poplątane były wielce. W przeszłości małżonkowie herbami splątywali ręce, jednak po zmianie ustroju łączyli już tylko w związkach serca gorące. Przed dziećmi ukrywano przeszłość aby mogły wspinać się po stopniach wiedzy.
Rodzina J. miała pieska, Bellunię, maleńkiego i delikatnego. Sarnim spojrzeniem wpatrywała się Bellunia w oczy domowników i domagała się dla siebie traktowania szczególnego. Posiłku nie zjadła, nawet gdyby to trwało cały dzień, dopóki pan domu nie postawił miski z jedzeniem na dywanie w dużym pokoju i nie pogłaskał jej po główce. Bellunia sypiała tylko na reprezentacyjnej kanapie, a niezadowolenie przy opóźnieniu wyjścia na spacer akcentowane było przez sunię rozgryzaniem orzechów i rozrzucaniem ich po przedpokoju. Bellunia miała fochy, ale znoszono to z anielskim spokojem, jako że Bellunię kochano.
Zaskrzypiało koło historii, obróciło się lekko... Wygrzebano z pamięci jakieś strzępki rodzinnych tajemnic, które babcia przed śmiercią wyjawiła wnuczce, odnaleziono zrulowany dokument w szufladzie stylowej komódki, a najstarsze ciotki nareszcie przemówiły bez obawy o własne bezpieczeństwo i nastała moda poszukiwania korzeni.
Państwo J. także poszli tą drogą. Odbyli sentymentalną podróż do pałacu, będącego dawniej własnością rodziny. Bellunię zabrano ze sobą, aby nie tęskniła w domu. W czasie jazdy psina zdradzała duże oznaki zdenerwowała, mimo, że normalnie lubiła podróżować samochodem. U celu podróży pani J. wzięła sunię na ręce i przeniosła do dużej, pałacowej sieni. Nastąpiło powitanie z obecnymi gospodarzami obiektu i z grzeczności także z Bellunią. Psina kręciła się nieco niespokojnie, podchodziła do drzwi i kiedy rozpoczęto zwiedzanie, Bellunia szła z panią oprowadzającą gości, rozglądała się na boki, przystawała przed obrazami wpatrując się w nie pełnym uwielbienia wzrokiem i w końcu, w jednym z saloników, położyła się na kanapie i nie miała zamiaru stamtąd się ruszać. Popatrywała na ściany, meble i cały wystrój wnętrzna. Odwracała głowę zupełnie nieczuła na prośby pani J., udawała, że zasypia i iść dalej nie chciała.
Chyba była u siebie?!