październik 2014
            

1 października 2014
Cud, cud się stał nareszcie!!! Sprawiła to kobieta, pani premier. W sejmowe expose zaapelowała do Jarosława Kaczyńskiego o „zdjęcie klątwy nienawiści" i zakończenie zapiekłego stosunku do Donalda Tuska. I podszedł pan Jarosław do pana Donalda, uścisnął rękę i złożył gratulacje. Czy do tego potrzeba było wezwań? Powinien być to ludzki odruch, gdy ktoś osiągnie sukces. Ważne, że nareszcie bariery zostały przełamane. Zgoda buduje! Tak dosyć miałam już tego użerania się wodzów, że z radością powitam spokój w polityce.
Ja osobiście nie spodziewam się jakiś lepszych czasów dla mnie, no to 36 złotych!, ale gdyby się udało wprowadzić zmiany zapowiadane w wystąpieniu, byłoby to dobre dla Polski, a to jest najważniejsze. Dla mnie wystarczy abym miała chleb i aby go nigdy mi nie zabrakło. Wczoraj zabrałam się za przygotowanie kolacji dosyć późno i z przerażeniem stwierdziłam, że chleba nie ma w chlebaku ani w zamrażalniku lodówki. Dla mnie to tragedia. Było już zbyt późno aby jeszcze kupić w sklepie, do nocnych nie chadzam, a resztki z obiadu jakoś mi nie smakują na kolację i nie jadam. W końcu głód zrobił swoje, jadłam kaszę z podsmażaną parówką… Kiedy dzisiaj rano pobiegłam do sklepu po świeże pieczywo i zjadłam w końcu chleb na śniadanie zrozumiałam jakie to szczęście. Świeżutkie, pachnące, pulchniutkie kromki chleba urastały do rangi rarytasu. Nie wyobrażam sobie jakby życie wyglądało bez chleba.xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 2 października 2014
Obok mojego wieżowca przycinano żywopłoty. Huk, hałas, trzaski. Jeden z panów ze słuchawkami na uszach, ale drugi bez zabezpieczeń. Tak się nie postępuje proszę pana, odbije się to na słuchu. Rozsądek to dobra rzecz. Starość pana też dopadnie, no chyba, że się wykruszy pan po drodze, drogi panie.
Ze sklepu wyszedł pan w bardzo posuniętym wieku starczym, stanął i patrzył na pracujących złakniony widocznie atrakcji. Uśmiechał się łagodnie i hojnie ocieplany dzisiejszym słoneczkiem, patrzył i patrzył… Jakie to wszystko dziwne. Chyba już nawet telewizja nie daje mu rozrywki, teraz już tylko mocne sygnały dźwiękowe pozostały. Ktoś tam trafnie powiedział: „Starość nie jest niczym innym, jak tylko powtórzeniem wieku dziecięcego.”
Dzisiaj widocznie staruszkowie niedomagali, karetki jeździły na sygnałach, małżonce staruszce przywieźli niedołężnego małżonka, którego nie była sam w stanie doprowadzić do windy. Ktoś jej pomagał, ktoś doradzał, a ona drobniutkimi krokami, ująwszy chorego pod rękę, starała się stać się dla niego podporą. Ja tak o staruszkach, przecież młodzi też tutaj mieszkają, ale jestem naprawdę wyczulona na ten problem.
Jonathan Carroll » Drewniane morze”
Gdy masz siedemnaście lat, śmierć wydaje ci się gwiazdą odległą o tyle lat świetlnych, że nawet przez potężny teleskop ledwie ją widać. Potem starzejesz się i odkrywasz, że to nie gwiazda tylko wielki jak nieszczęście asteroid, który leci prosto na ciebie i jeszcze trochę, a przyładuje ci w ciemię.
W snach widzę już mknącą w moim kierunku chropowatą skałę… Zderzenie może być groźne, nie da się jednak przewidzieć skutku. Moje kości są twarde, nie mam jeszcze osteoporozy, a asteroidy noszą znamiona kolizji z innymi obiektami... To widocznie ślady nieudanego zderzenia z czaszkami staruszków.
    
3 października 2014
Wczoraj było święto Aniołów Stróżów. Mojego serdecznie uściskałam składając podziękowania. Przyszedł mi się przypomnieć kilka lat temu, kiedy ulał się z cyny na Nowy Rok. Teraz stareńki drzemie w pudełeczku po pierścionku, ażurowe skrzydełka skurczyły się, główka opada zwolna ku dołowi. Biedactwo, ile on ze mną miał kłopotów. Wszystko, co złe, zdołaliśmy jednak pokonać. Kochany jesteś Aniołku, doceniam to, co dla mnie robisz.
Szukałam zdjęcia cynowego aniołka w okresie świetności, ale chyba robiłam je jeszcze, gdy miałam swoją dawną stronę i niestety nic się nie uchowało. Natrafiłam jednak na wiersze poety, który całkowicie zniknął z mojego pola widzenia. Teraz wiem nareszcie jak wyglądał, gdyż bez trudu odszukałam go w Googlach. Kiedyś otaczał się aurą tajemniczości, a ja nie doszukiwałam się prawdy, bo i po co. Lubiłam jego wiersze, był dla mnie jak półbóg zstępujący z Parnasu w otoczeniu swoich muz. Wątpię, aby zaglądał na moją stronę, tyle to już lat.  Dla niego teraz piszę wierszyk.

Czas chyba zawrócił, przywiał wspomnienia,
Co dla mnie było zaskoczeniem wielkim.
Zbieram słowa rozsiane w wierszach pana
Jak rozrzucone na piasku muszelki.

Darzyłam pana wielkim sentymentem,
Wzruszeń dostarczał mi pan ponad miarę.
Wdzięk osobisty, poetycka swada
Rozświetlały blaskiem życie moje szare.

Przeszkadzał mi niekiedy legion fanek
I pana serce wiecznie kimś zajęte.
Znalazł jednak dla mnie pan tych chwil parę
By napisać wierszyk jakiś na przynętę.

Teraz zniknął pan, uciekł gdzieś przed światem.
Czy w życie pana wkradł się jakiś chaos?
Wracaj poeto, wierszy twych nam trzeba
Flirtów i romansów na pana miarę.

Pokazałam znajomym jego zdjęcie, a ktoś powiedział: -Widać, że facetowi inteligencja paruje z głowy i przebija czaszkę…  Poproszę mojego Anioła, może znajdzie jeszcze dla mnie jakiegoś poetę?! 
    
4 października 2014
Nie ma co piać hymnów pochwalnych na temat dzisiejszego dnia. Przyjechałam z grzybobrania bez jednego nawet grzyba, gdyż ten który znalazłam jako prawdziwka, po kilku minutach granatowiejąc okazał się podgrzybkiem. Zrzekłam się prawa do jego posiadania i oddałam go komuś, to już miał w koszyku jedną sztukę. Nie chciałam widzieć na oczy żadnych „podszywaczy” grzybich.
Wyjazd miał jednak dobrą stronę. Znalazłam się w okolicy stacji nadawczej fal długich o częstotliwości 225 kHz w Solcu Kujawskim, mającej za zadanie nadawanie Programu Pierwszego Polskiego Radia. Zdjęcia zrobiłam własnoręcznie, aby nie było, że naruszam prawa autorskie jakiegoś fotografa. Widać dwie wieże, widać, prawda? Natomiast okrojony tekst zaczerpnęłam z Wikipedii, gdyż obawiam się, że coś mogłabym pokręcić.
W trakcie planowania budowy zrezygnowano z budowania masztu półfalowego na rzecz dwóch mniejszych masztów ćwierćfalowych. Wynikło to po części z konieczności budowy kierunkowego zespołu anten, ze względu na niecentralne położenie nadajnika na terenie Polski i związaną z tym potrzebę kształtowania charakterystyki promieniowania (jest to charakterystyka w kształcie ósemki skierowanej osią główną na Przemyśl-Lubaczów). Maszty ćwierćfalowe mają wysokości 330 i 289 metrów, i są utrzymywane przez cztery poziomy odciągów. Wokół każdego masztu znajduje się uziemiający system przeciwwag o promieniu równym jego wysokości, wykonany z promieniście rozłożonych 120 drutów miedzianych zakopanych na głębokości 30-40 cm. Zasilanie energią w.cz. zrealizowane jest bocznikowo pomiędzy płaszczyznami odciągów, co umożliwia uziemienie całej konstrukcji. Zysk energetyczny anteny wynosi 4,94 dB.

Na grzyby nie jeździ się tylko aby zbierać, wyjazd na mieć także charakter poznawczy. Jak widać wykorzystałam to w pełni. Co prawda napotkany w lesie osobnik męski, który w koszyku miał już coś tam i na początku był pełen dobrych chęci aby pokazać mi gdzie takowe rosną, stracił jednak impet, gdy podprowadziłam go pod wieże radiowe i resztę ludu… W końcu wykierował nas na las, który jak się okazało później, był strefą zakazaną.

„Przed II wojną światową w tym miejscu znajdowała się miejscowość (przysiółek) Kabat (Grosswalde), wysiedlona i wchłonięta przez utworzony przez Niemców w Puszczy Bydgoskiej wojskowy poligon artyleryjski i rakietowy.” Znajdowano tam niewybuchy i przy wejściu widniała tablica zakazu wstępu - my weszliśmy jednak od drugiej strony gdzie nie było takowej. Poczułam się trochę nieswojo, gdy to ostrzeżenie zobaczyłam. Chyba ten człowiek nie miał złych zamiarów, ale kto go tam go wie.
Mężczyźni bywają nieprzewidywalni. Dzisiaj pan Jarek ucałował dłoń pewnego pana. Nie wiem, czy już wszystkich, bez względu na płeć, będzie całował w rękę, aby dojść do zwycięstwa w wyborach?! Do czego to ludzie są zdolni?! Pewna lekarka – czytałam, naprawdę! – chciała otruć kochanka, ledwo go odratowali, a niewiernej żonie mąż wysadził w powietrze auto… Świat jest naszpikowany złem, trzeba się strzec. Można się doczekać klątwy… Kto będzie później ją zdejmował.?! Przeze mnie przemawia dzisiaj jak widać okrutny żal, wrócić z grzybobrania do domu bez grzyba! Ludzie nieszczęśliwi widzą tylko ciemną stronę życia, a ja po takim upokorzeniu grzybiarskim otulam się czarnymi myślami!!!  Raz z grzybem, a raz bez grzyba. Trzeba z tym jakoś żyć.
    
5 października 2014
Dzisiaj, oprócz niezbędnych spraw przysługujących niedzieli, cały dzień poświęciłam na lekturę. Czasu zostało niewiele, a ja będę miała teraz masę zajęć i dlatego konieczne było doczytanie książki „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”. Autor Jacek Hugo-Bader gościł u nas, ale ja miałam kłopoty ze zdrowiem i nie mogłam pójść. Żałuję bardzo. Jest to najbardziej poruszająca książka, jaką ostatnio przeczytałam. Nie dało się ot tak, prześlizgnąć po stronach, dlatego lektura się przeciągała.
Czterech himalaistów ma zdobyć szczyt Broad Peak(szeroki szczyt) w górach Karakorum(czarny piarg). Dla Tomka i Maćka kończy się to śmiercią. Komisja oskarża Adama, że nie udzielił im pomocy. Zorganizowana przez brata Macka wyprawa w lecie ma za zadanie odnaleźć ciał himalaistów i godnie je pochować. Książka właśnie dotyczy tej wyprawy.
Wzbudziło to we mnie wiele kontrowersji. Ocenia się tylko żyjących, o błędach tych, którzy zginęli, nie mówi się nic. To jest naprawdę niesprawiedliwe. Zrobiono to chyba dla rodzin tych, którzy zginęli. Tomek chciał się oświadczyć narzeczonej na szczycie, chciał też przejść do historii więc szedł mimo załamującej się pogody. Maciek z nikim się nie kontaktował, ale winni są ci, którzy przeżyli. To jest sport ekstremalny, idą nie licząc się z realiami, a to ze zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego. Trzeba było zawrócić, przecież szczyt i tak był już zdobyty. I najważniejsze pytanie – dlaczego idą?
Oto kilka powodów, które sobie wynotowałam:
• potrzeba potężnych emocji
• być pierwszym na szczycie, przejść do historii
• uciec od codzienności, starości, problemów, zgiełku świata
• poczucie misji
• sposób na życie
• przekroczyć granice strachu – bez ryzyka nie ma zabawy
• inni ludzie sekundują wyprawie i cieszą się z sukcesów
Podsumowując przytoczę słowa jednego z alpinistów „Znalazłeś się tam, bo chciałeś i musisz sobie z tym poradzić”. Trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie jest zabawa, to walka ze śmiercią. Kto wygra, nigdy nie wiadomo.
    
6 października 2014


Nie żyje Ania Przybylska.
Śliczna, młoda, matka trojga dzieci.  
Trudno się z tym pogodzić. To jest okrucieństwo losu. 




    
7 października 2014
Na bazarku owoców i warzyw pod dostatkiem. Ceny według mnie umiarkowane, ale to moje zdanie, inni odbierają to inaczej. Pani w wieku średnim, odziana dostatnio, szalenie wymowna stoi obok kramu i spoglądając na różne gatunki śliwek, prowadzi prelekcję: 
- Co się to teraz porobiło! Ceny takie, że mogliby już lepiej dawać za darmo( śliwki w cenie 1,60 – 2 – 2,50). Komu się opłaci zrywać, a i panu chyba też nie opłaci się tego sprzedawać!!!
Widownia oczy przewraca ze zdumienia, sprzedawcy trzęsą się ręce i aby nie wystraszyć klientów, przytomnie odpowiada:
- Gdyby mi się nie opłaciło, to bym tutaj nie stał. Coś tam przecież zarobię.
Na szczęście małżonek odwołał swoją ekonomistkę o szerszym spojrzeniu na gospodarkę krajową, a my mogliśmy zaopatrzyć się w potrzebne produkty.
Przecież wiem, że obecnie mamy deflację, ale ja jakoś nie odczuwam spadku cen, widocznie mój budżet na takie wahania w gospodarce nie reaguję. Do głowy by mi nie przyszło, aby sprzedawcy zawracać głowę zbyt niskimi cenami towarów, wprost przeciwnie, gdy widzę, że coś jest tańsze, a jakość nie odbiega od normy, kupuję i już. Nie mogę dojśc do siebie po tym wykładzie z ekonomii. No, no, jakie to światłe i zamożne społeczeństwo mamy...
    
 
8 października 2014
Może jeszcze pociągnę temat cen na moim bazarku, gdyż tam najczęściej zaopatruję się w warzywa i owoce. Według mnie są tam dwa sektory. Nazwijmy je A i B. Sektor A należy do bardziej elitarnych. Tam ceny są wyższe, a towar selekcjonowany i najczęściej uważany za pochodzący z ekologicznych upraw. Tak twierdzą sprzedawcy. Są też stoiska pośrednie. W sektorze B sprzedaje się najczęściej jak leci, ale po niższej cenie.
Weźmy za przykład cytryny. Ostatnio były tutaj poważne zawirowania. Najpierw sprzedawano je po około 10 zł, ale później ceny podskoczyły, a nawet w sektorze A dochodziły do 18 zł. Były to cytryny z Argentyny, bardziej soczyste i smaczniejsze, ale podobno był jakiś nieurodzaj, więc było ich mniej na rynku i dlatego tak windowano cenę. Teraz sprowadzono jakieś inne, bardziej kwaśne, ale można je już kupić w granicach 5 do 8 zł. Tutaj też jest zróżnicowanie - większe mniejsze, równej wielkości albo jakieś „niedobitki” i to wszystko odbija się na cenie. Nie potrafię odpowiedzieć w jakiej cenie są u nas cytryny, gdyż to wszystko zależy od cytryn. Sprzedawcy na moim bazarku wiedzą jak ustawić się z cenami, aby towar zszedł. Po godzinie 13 podobno obniżają ceny na towary szybko psujące się, ale nie wszyscy. Są tacy, którzy pojemniczki z malinami pokrywają warstwą świeżych owoców, a spód przecieka… Daję się nabrać na coś takiego raz, ale więcej do takich naciągaczy nie chodzę i już.
Może jeszcze przykład dotyczący jabłek. Sadownik z naszego zagłębia sadowniczego sprzedaje owoce ze swojego sadu, więc jednakowo uprawiane, ale w różnej cenie. Weźmy dla przykładu koksę pomarańczową, gdyż lubię te jabłuszka, w cenie od 4 do 1 zł. Z jednej strony w skrzynkach leżą owoce posegregowane: duże, bez skaz i plamek po 4 zł, średniej wielkości po 2,50, a z drugiej strony w skrzynkach stoją te drobne, po złotóweczce. Do wyboru, do koloru, kupisz jakie chcesz. Ja ostatnio nie mogę jeść nic surowego. Dlaczego mam więc kupować owoce najdroższe, gdy i tak pójdą do garnka?! Kupuję te drobniejsze, przekrawam na cztery części, usuwam gniazda nasienne, obgotowuję i zjadam jako skondensowany kompot.
Tak to jest u nas z cenami. Ziemniaki kupisz od 70 groszy do 1,50. Możesz wybrać gatunek „pyruszek”(takiej nazwy używała moja córka w dzieciństwie przejmując nazwę od swojej opiekunki), te pochodzące z własnej uprawy albo ze sprzedaży hurtem. Wolny kraj, wolny rynek, zróżnicowane ceny. Markety mają także różne ceny, ale ja rzadko tam robię tego typu zakupy. Nie udzielę więc precyzyjnej odpowiedzi na pytanie jakie u nas są ceny, mogę tylko mówić o cenach nabytych przeze mnie towarów.
    
9 października 2014
Na ile jesteśmy sami kreatorami naszego losu, a na ile los nami dyryguje? Chyba trochę tak, a trochę tak. Gdy idziemy przez życie zgodnie z naszym przeznaczeniem jesteśmy szczęśliwi, spełnieni i życie nami nie szamoce jak żaglami w czasie szkwału, ale gdy zbaczamy i staramy się iść bocznymi drogami do celu, dzieje się, co się dzieje. To moja teoria, jest mi z nią wygodnie żyć i nie mam zamiaru z niej rezygnować.
Zdzisław Pruss w wierszu „Lampa Aladyna” patrzy na to w swój sposób:

a ty
który naciskasz kolanami
na anioła stróża
dostaniesz w nagrodę ciężki młot
i niech ci się wydaje
że jesteś kowalem
własnego losu


Wczoraj oglądałam w Kulturze opowieść aktorki Danuty Szaflarskiej o jej życiu. Wzruszyłam się ogromnie. Aktorka, kobieta z klasą, urokiem i wdziękiem osobistym, którą zresztą bardzo lubię, opowiadała szczerze i bez upiększania o życiowych doświadczeniach. Szaflarska miała ten swój młot życiowy ciężkawy, a jednak się nie poddawała. W tle filmy tak znane i kochane. Jaka śliczna i pełna uroku była w „Zakazanych piosenkach”, a w "Pora umierać" pokazała się już jako stara kobieta walcząca o swoje miejsce w życiu. Wąziutka to przestrzeń, ale własna. „Stary człowiek, jak dziecko, nie musi już niczego udawać, może pozwolić sobie na szczerość wobec świata. Nie musi się już nikomu przypodabiać. Ma za to coś, o co w dzieciństwie bardzo trudno - dystans i ironię.”
Taka też jest w tym wywiadzie-rzece Szaflarska. Wzruszyłam się bardzo. Zakończenie to podsumowanie życia – „nie ma lekko”. Słowa Popiełuszki, na które się powołuje, podnoszą ją na duchu. Bohaterka ma już 99 lat, jest sprawna, udziela się zawodowo i to jest ewenementem.
Siedziałam na kanapie, zerkałam na ekran telewizora i łupałam orzechy, których nikt nie chciał, gdyż oni nie mają cierpliwości do łupania, ale ja staruszka mam. Szkoda było mi się ich pozbyć. Lubię orzechową posypkę na kruchym cieście z owocami. Wydłubałam tego pokaźny słoik. Łupałam i ocierałam łzy wzruszenia oglądając panią Szaflarską i tak ten wieczór zapamiętam – na ekranie piękna, pełna wdzięku staruszka aktorka opowiadająca o swoim życiu i ja, staruszka dnia codziennego zdolna jeszcze do przeżywania i wzruszeń łupiąca orzechy… Takie chwile w życiu warte są zapamiętania.

    
14 października 2014
Życie to ciężkie doświadczenie i nie każdy daje sobie z tym radę. Ja, co trochę wypłynę na powierzchnię, to znowu opadam. Wczoraj przeżyłam trudne chwile, z jednej strony skutecznie doprowadziłam do szczęśliwego końca zadania, których się podjęłam i sprawy z hydraulikiem i usługowcami meblowymi sfinalizowałam, ale nie wiem już, co myśleć o tym, że jeden złośliwy osobnik, który już nie raz i nie dwa dał mi się we znaki, nazwał mnie cewebrytką. Nie wiedziałam czy przywdziać na twarz wyraz świętego oburzenia czy raczej radości, gdyż do końca nie wiedziałam, kim taka osoba naprawdę jest. Na wszelki wypadek wyraziłam sprzeciw. Teraz dokopałam się wiedzy na ten temat i dzielę się nią ze wszystkimi, którzy jeszcze nie natknęli się na cewebrytów.
Cewebryta to osoba znana w jakimś zakątku sieci przez grupę osób, ale pozostająca anonimowa dla szerokiej społeczności. Cewebrytą może stać się każdy, kto zdoła zyskać zwolenników swej aktywności.
Przecież chciałabym zyskać taką popularność, ale gdzie ja mam „ganiać” za taką sławą?! Nawet już mi proponowali jakieś układy, ale ja się boję wszelkich powiązań, z których nie wiadomo, co wyniknie. Co prawda na blogu http://halla.blog.onet.pl/ mam ponad 100 000 wejść, ale była to gorzka sława. Napisałam tak kontrowersyjny tekst, że myślałam, że mnie pożrą!!! Dostało mi się wtedy i wyłączyłam komentarze. Muszę tam coś napisać, gdyż mogą mnie wyrzucić, a nie lubię być lekceważona.
Na You Tube zbliżam się do 200 000 wejść https://www.youtube.com/watch?v=Uih8KTncmZs Nie przejawiam tam już żadnej aktywności, ale filmik żyje swoim życiem.
Na innych obszarach gorzej, jakoś nie mam siły przebicia, nowych dokonań, a czytelnicy lubią nowości.
Jak widać, co krok do przodu, to dwa do tyłu. Może więc lepiej pozostanę cichą, skromną, spokojną, układną, nie wybijającą się na „wierchowkę” staruszką. W takiej szacie najlepiej się czuję. Sondę jednak przeprowadźmy – nie bójcie się, ja i tak nie widzę, kto głosuje, to tylko kod i liczy się wynik – jestem cewebrytką czy nie? Zobaczymy, czy ten typ spod ciemnej gwiazdy miał rację. W takim układzie to może jestem, sama już nie wiem. Zadecydujcie.
10 października 2014
Mea culpa, mea maxima culpa. Postąpiłam źle i teraz bardzo żałuję. Nie powinnam zniżać się do takiego poziomu. Katolik, chrześcijanin kieruje się przecież miłością, nie przypina nikomu łatek, wybacza do końca, nawet wtedy, gdy z tego powodu cierpi, a ja? Niegodna jestem zasad mojej wiary. Nadałam pewnemu panu przydomek Mefistofeles… Patrząc na twarz tego człowieka widzę w nim właśnie takiego upadłego anioła. Poczynania jego też mnie przerażają. Mogłam to jednak zachować dla siebie, a nie upubliczniać. Zrobię, co będę mogła, aby nie dawać drugi raz okazji do takiej przepychanki. Mojego interlekutora szanuję i nie mam ochoty się z nim kłócić, ale źle mówić o kimś nie lubię i nie lubię też słuchać, gdy mówi się o kimś rzeczy nieprawdziwe.
Apostoł Piotr napisał: Kto chce cieszyć się życiem i doczekać dni szczęśliwych, niech strzeże swego języka od zła i swoich warg od słów obłudnych. Niech odwróci się od zła i czyni dobro, niech szuka pokoju i do niego dąży.
Coś mi się wydaje, że prezesa pewnej partii olśniło, gdyż zakazał plugawstwa  w mowie. Może dostał ten tekst w poczcie, tak jak ja?!
Wczoraj oglądałam wywiad z panią Kluzik-Rostkowską. Chodziło o elementarz. Książka darmowa, przystosowana do czasu dzisiejszego, czego jeszcze chcieć?! Wiem, gdyż mi ją przesłanio i oglądałam. Znowu ma latać osa koło nosa? Czasy już nie te, dzieci mają inne zainteresowania.  Tyle lat się na to czekało. Czego się tutaj czepiać?! Książki szkolne mają zawierać wartości uniwersalne. Jak ktoś może uważać, że ojciec, który czyta dziecku książki sam siebie dyskredytuje jako mężczyzna. Coś mi się wydaje, że jak ktoś sam nie ma dzieci, to powinien być ostrożny w wypowiedziach i opiniach. A co będzie jak jakiś nierozgarnięty, albo wygodnicki ojciec zastosuje to w praktyce?! Bajek dzieciom też nie czytać? Tam dzieją się tam różne rzeczy, nie zawsze łagodne. Jak widać, co by się nie zrobiło, to wszystko jest nie tak. Nazywa się to szukanie dziury w całym. Zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi. Czyżby o pieniądze? Nie godzi się, nie godzi.
    
12 października 2014
Wczorajszy wieczór był tak pełen emocji, że nie mogłam z wrażenia wysiedzieć w fotelu. Mecz Polska – Niemcy z tak rewelacyjnym wynikiem uskrzydlił polskich kibiców, w tym mnie, staruszkę! Pierwsza połowa trochę budziła we mnie obawę. Niemcy zbyt często mieli piłkę, ale jak już zdobyliśmy bramkę wszystko zmieniało się na lepsze. Nasi chłopcy pokazali klasę, no może aż nie taką, ale liczy się skuteczność. 2:0 na naszą korzyść, kto by się spodziewał. Remis już by mnie uszczęśliwił.
Szczęsny bronił jak natchniony - heros, młody bóg, geniusz piłkarski. Nie mogłam się napatrzeć, a ten rzut już na końcu podbity nad siatkę. To był majstersztyk. Jasne, że Milik i Mila zasługują na szacunek, wbili gola. Podobał mi się układ przed wbiciem drugiej bramki i strategia Lewandowskiego, to powstrzymanie niemieckiego zawodnika i umożliwienie przeprowadzenia akcji. To było piękne. Brawo.
Jestem niedzielnym kibicem i oglądam tylko mecze, gdy grają Polacy. Rzut wolny, spalony nie robi wielkiej mi różnicy. Wiem tak mniej więcej o co chodzi i wystarczy. Wczoraj byłam dumna z historycznego zwycięstwa Polski.
11 października 2014
Wysoka ściana lasu. Cisza, no może niezupełnie, gdyż w jednej kwadrze zarządzono przecinkę drzew. Panowie w kaskach tną i rżną. Zapatrzyłam się na spadające drzewo i sprzed nosa sprzątnięto mi ładny okaz grzyba. Trudno. Od tej chwili skupię się nazbieraniu grzybów - postanowiłam, udając, że to żaden problem. Kręcę się po lesie, zawracam i znowu idę przed siebie nie zważając na nikogo, w pewnym momencie orientuję się, że jestem sama. Wokół żywej duszy, tylko ja i las w bezbrzeżnym wymiarze. Nawołuję – cisza. Dzwonię – nikt się nie zgłasza. Raptem zaczęło mi się robić gorąco. Idę przed siebie w kierunku, gdzie według mnie jest droga. Dzwonię, na szczęście jest znowu zasięg. Informuję, że idę w kierunku drogi. Mam potwierdzenie, że osoba towarzysząca także. Boje się, ale zbieram grzyby, które trafiają się po drodze. Szkoda zostawić. Napotykam przygodnych ludzi, potakują,  że kierunek jest właściwy. W końcu dochodzę do jakiegoś punktu informacyjnego. Podaję namiar. Mam czekać, zaraz ktoś tam się zgłosi. Na szczęście odnaleziono zgubę. Staruszka jest uratowana!
Ostatnio nie miałam kłopotów w lesie, ale dzisiaj widocznie mój GPS w mózgu uległ rozchwianiu. Zgubiła mnie zachłanność. Kręcenie się w kółko nie sprzyja orientacji w terenie. Grzyby, owszem znalazłam, ale się zgubiłam, no niezupełnie, wiedziałam w którą stronę mam iść do auta, ale nie umiałam wrócić do miejsca, z którego wyszłam. Adrenalina poszła wysoko w górę.
W tym roku medyczny Nobel został przyznany za odkrycie naszego wewnętrznego GPS umieszczonego w mózgu. Dokonali tego: John O´Keefe oraz małżeństwo May-Britt Moser i Edvard I. Moser. Ich badania "pozwoliły wyjaśnić jak mózg tworzy mapę przestrzeni, która nas otacza i w jaki sposób możemy się poruszać w złożonym otoczeniu". Problem, który przez wieki zajmował filozofów i naukowców został wyjaśniony.
Być może pomoże to zrozumieć mechanizm utraty pamięci przestrzennej, którą obserwuje się w chorobie Alzheimera. Mój GPS dzisiaj uległ chwilowemu zaburzeniu. Nie myślcie, że zrezygnowałam ze zbierania, co to, to nie. Znalazłam wiele jeszcze okazów, w tym podgrzybek który wypełnił jeden poziom suszarki. Natura jest sprawiedliwa, wynagradza pokrzywdzonych.
Zachęcam do udziału w sondzie, która po raz pierwszy pojawia się na mojej stronie i mam nadzieję, że zachęci do udziału. Trzeba przecież wypróbować jej działanie.
    
 
12 października 2014

Wczorajszy wieczór był tak pełen emocji, że nie mogłam z wrażenia wysiedzieć w fotelu. Mecz Polska – Niemcy z tak rewelacyjnym wynikiem uskrzydlił polskich kibiców, w tym mnie, staruszkę! Pierwsza połowa trochę budziła we mnie obawę. Niemcy zbyt często mieli piłkę, ale jak już zdobyliśmy bramkę wszystko zmieniało się na lepsze. Nasi chłopcy pokazali klasę, umiejetnosci uwydatniły się w grze zespołowej,  liczyła się skuteczność. 2:0 na naszą korzyść, kto by się spodziewał. Remis już by mnie uszczęśliwił.
Szczęsny bronił jak natchniony - heros, młody bóg, geniusz piłkarski. Nie mogłam się napatrzeć, a ten rzut już na końcu podbity nad siatkę... To był majstersztyk. Szczęsny przyniósł nam szczęście. Jasne, że Milik i Mila zasługują na szacunek, wbili gola. Podobał mi się układ przed wbiciem drugiej bramki i strategia Lewandowskiego, to powstrzymanie niemieckiego zawodnika i umożliwienie przeprowadzenia akcji. To było piękne. Brawo!!! 
Jestem niedzielnym kibicem i oglądam tylko mecze, gdy grają Polacy. Rzut wolny, spalony nie robi wielkiej mi różnicy. Wiem tak mniej więcej o co chodzi i wystarczy. Wczoraj byłam dumna z historycznego zwycięstwa Polski.
    
14 października 2014
Życie to ciężkie doświadczenie i nie każdy daje sobie z tym radę. Ja, co trochę wypłynę na powierzchnię, to znowu opadam. Wczoraj przeżyłam trudne chwile, z jednej strony skutecznie doprowadziłam do szczęśliwego końca zadania, których się podjęłam i sprawy z hydraulikiem i usługowcami meblowymi sfinalizowałam, ale nie wiem już, co myśleć o tym, że jeden złośliwy osobnik, który już nie raz i nie dwa dał mi się we znaki, nazwał mnie cewebrytką. Nie wiedziałam czy przywdziać na twarz wyraz świętego oburzenia czy raczej radości, gdyż do końca nie wiedziałam, kim taka osoba naprawdę jest. Na wszelki wypadek wyraziłam sprzeciw. Teraz dokopałam się wiedzy na ten temat i dzielę się nią ze wszystkimi, którzy jeszcze nie natknęli się na cewebrytów. 
Docierają do mnie głosy, że się pomyliłam. Nie kochani, nie pomyliłam się.
Celebryta różni się od cewebryty. 

Celebryta
- termin odnoszący się do osoby często występującej w środkach masowego przekazu i wzbudzającej ich zainteresowanie, bez względu na pełniony przez nią zawód (choć najczęściej są to aktorzy, piosenkarze, uczestnicy reality show, sportowcy czy dziennikarze). Zgodnie z definicją sformułowaną przez Daniela Boorstina w 1961 roku celebryt to osoba, która jest znana z tego, że jest znana.

Cewebryta to osoba znana w jakimś zakątku sieci przez grupę osób, ale pozostająca anonimowa dla szerokiej społeczności. Cewebrytą może stać się każdy, kto zdoła zyskać zwolenników swej aktywności.  ilonapatro.com/2012/01/cewebryci-sa-wsrod-nas/

Przecież chciałabym zyskać  popularność, ale gdzie ja mam „ganiać” za taką sławą?! Nawet już mi proponowali jakieś układy, ale ja się boję wszelkich powiązań, z których nie wiadomo, co wyniknie. Co prawda na blogu http://halla.blog.onet.pl/ mam ponad 100 000 wejść, ale była to gorzka sława. Napisałam tak kontrowersyjny tekst, że myślałam, że mnie pożrą!!! Dostało mi się wtedy i wyłączyłam komentarze. Muszę tam coś napisać, gdyż mogą mnie wyrzucić, a nie lubię być lekceważona.
Na You Tube zbliżam się do 200 000  https://www.youtube.com/watch?v=Uih8KTncmZs Nie przejawiam tam już żadnej aktywności, ale filmik żyje swoim życiem.
Na innych obszarach gorzej, jakoś nie mam siły przebicia, nowych dokonań, a czytelnicy lubią nowości.
Jak widać, co krok do przodu, to dwa do tyłu. Może więc lepiej pozostanę cichą, skromną, spokojną, układną, nie wybijającą się na „wierchowkę” staruszką. W takiej szacie najlepiej się czuję. Sondę jednak przeprowadźmy – nie bójcie się, ja i tak nie widzę, kto głosuje, to tylko kod i liczy się wynik – jestem cewebrytką czy nie? Zobaczymy, czy ten typ spod ciemnej gwiazdy miał rację. W takim układzie to może jestem, sama już nie wiem. Zadecydujcie. Trochę namieszałam, ale taki był cel tego wpisu. Widzę, że nie możecie się zdecydować, czy jestem cewebrytką czy też raczej nie.
    

16 października 2014
Dzisiaj od rana znowu wszystko pod wiatr. Krzątam się po domu jak w ukropie, a efekty mierne. Wygląda na to, że w rękach to już mi się praca nie pali. Usiadłam już do kompa aby nareszcie podzielić się radością, jaka mnie wczoraj spotkała. Od razu zadra. Telefon odmówił zrobienia zdjęcia. Taaa, w tym mocna nie jestem. Dzwonię.
 - ­Na odległość nie pomogę, najlepiej byłoby dotrzeć do karty i powtórnie ją włożyć.
Otwieram, poruszam kartą i klops. Zapomniałam kodu dostępu. Szukam zapiski, jakoś dotarłam, wpisałam i robię zdjęcie. Za oknem plucha, światło nie pomaga ale zdjęcie jest. Po południu  zmienię jak uzyskam lepszą jakość. Dłużej jednak czekać nie mogę. Zobaczcie sami, to istne cudeńko! Zdjęcie robię z bliska, może sami się skusicie aby takie kwiatki jesieni mieć u siebie w domu.


To wczoraj na spotkaniu grupy dyskusyjnej spotkała mnie niespodzianka. Jedna z uczestniczek, sympatyczna pani B. przygotowała dla mnie bukiet urodzinowy w dwadzieścia minut. Wyszła na zewnątrz, nazbierała kolorowych opadłych liści i zręcznie operując swoimi magicznymi palcami wyczarowała róże. Jestem nimi zachwycona. Dziękuję, dziękuję serdecznie. Stoją na stole i czekają na dalsze ochy i achy od gości, którzy już zaczynają do mnie zjeżdżać na urodziny. Jeszcze dni kilka, ale u mnie feta już się zaczyna. Moja obecność tutaj w związku z uroczystościami, jakie mnie czekają, będzie siłą rzeczy ograniczona, ale mam nadzieję, że o mojej stronie i o mnie nie zapomnicie.


Teraz krótka instrukcja wykonania bukietu. Bierzemy kolorowy listek, składamy mniej więcej na połowę, zwijamy i dodajemy kolejne coraz większe, związujemy ciasno nitką i kwiatek gotowy. Po wykonaniu dowolnej ich ilości formujemy bukiecik, dekorujemy kiściami jarzębiny, orzechami na patyczkach, kasztanami, ciasno związujemy całość, aby poszczególne kwiaty nie opadały. I mamy najpiękniejszy bukiecik jesieni.  

 
     
20 października 2014
Serdecznie dziękuję za życzenia złożone we wszystkich dostępnych miejscach i w czasie dnia dzisiejszego oraz te wcześniejsze, a gdy ktoś zapomniał, to i jutro może jeszcze przybyć z gratulacjami.
Byłam - lat 73, jestem i będę, gdy Bóg pozwoli, jeszcze przez rok, a może i więcej, byle nie przeciągać pobytu. 


     
25 października 2014
Znowu jestem cichą, spokojną staruszką. Ostatni goście wyjechali, a ja zawinęłam rękawy i od rana sprzątam, piorę i wprowadzam zastałość do mojego domu. Skończyło się czczenie rocznicy, ukulturalnianie i spacery w miłym towarzystwie. Właśnie taki spacer nad osiedlowym jeziorkiem przywołałam w pamięci. Ławeczki obsiedli młodzi i starzy, gdyż dzionek był ciepły, nasycony promieniami słońca i każdy, ale naprawdę każdy, ściskał w dłoniach telefon, smartfon lub czytnik i użytkował te urządzenia przeglądając, czytając lub przemawiając do kogoś, komu nie można było spojrzeć w oczy. Świat chyba wkracza w erę zdalnego łączenia się z ludźmi. Ja zdecydowanie wolę żartować i sprzeczać się, a nawet wszczynać kłótnie tete a tete.

Muszę się też trochę wyżalić. Mimo tylu mozliwości kontaktu znalazł się ktoś, kto mi nie złożył życzeń. Zabolało mnie to i to mocno. Jak można zapomnieć o staruszce! Przecież mogę nie dożyć następnych urodzin. Niby kumpel, a jednak nie pamiętał. I jak z tym żyć! Szczęście wielkie, że są jeszcze ludzie, którzy pamiętają o mnie. Dotrwały przepiękne róże. Spoglądam na nie i serce pęcznieje mi radością.
     
26 października 2014
Foto K.S.

Późna jesień
 

Październikowe mgły zawisły na ogołoconych z liści drzewach, zasnuły przepust drogi, otumanione ciężkim powietrzem ptaki nie chcą już dźwięcznie śpiewać. Suche, wyblakłe wrzosy nie gawędzą z zielonymi mchami, pająki śpią w kolebkach zawieszonych na wątłych niciach pomiędzy zatroskanymi, starymi,  brunatnymi sosnami. Brzozy w białych spódniczkach z kory służalczo rzucają na ziemię wirujących, żółtych liści krocie, oczekując szczególnych względów Pani,  będącej już na wylocie…


     
27 października 2014
„Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to film polecony przez mojego wnuka i razem obejrzany. Treść filmu sprowadza się tego, że Oskar (Thomas Horn) próbuje poradzić sobie ze stratą ojca, który zginął w jednym z wieżowców World Trade Center. Zaczyna szukać właściciela tajemniczego klucza, znalezionego w domu. Mały, ponadprzeciętnie inteligentny chłopiec zapełnia pustkę w swoim życiu działaniem, dyskretnie kontrolowany przez matkę i niemego starca, dziadka, jak się okazało. Film był wzruszający i niejedna łezka popłynęła z moich oczu w czasie oglądania. Duma mnie też rozpierała, gdyż to wnuk zrecenzował film w klasie. Nauczycielka zdobyła się nawet na wypowiedzenie słów dla niej widocznie wystarczających – dobrze. Tutaj pojawia się następny problem, czy warto chwalić dzieci. Myślę, że gdy są ku temu powody, naprawdę warto. Wzmacnia to poczucie wartości młodego człowieka. Ale każdy chwali widocznie tak, jak umie.
Drugi powód do dumy miałam w czasie spotkania z Lisą See w bibliotece wojewódzkiej. Wnuk uważał, że spotkanie było zbyt statyczne, zbyt mało było tam akcji! Było to prawda, gdyż autorka tylko dzieliła się słowami przy czynnym uczestnictwie tłumacza. I tutaj babcine serce ma powód do dumy, gdyż mój wnuk rozumiał wszystko bez wsparcia osoby tłumaczącej. Nareszcie spełniają się marzenia babci, niedouczonej w tej dziedzinie, gdyż czas, kiedy ja chodziłam do szkoły, dawał szanse tylko językowi rosyjskiemu, ale kto się tam do tego przykładał. Teraz wnuk ma w szkole angielski, niemiecki, hiszpański, a czytać i pisać po polsku nauczył się sam, nie wiadomo kiedy. Wnuk przerósł już mnie o głowę, ale jego troska o babcię nie ustaje. Zapewniamy się wzajemnie o miłości, gdyż ja mam jednego wnuka, nie mam więc konieczności różnicowania stopnia uczuć, a on ma w Polsce jedną babcię. Jesteśmy na siebie skazani. Podobno ostatnio marudzę, chodzi oczywiście o te przeklęte komputery i nośniki medialne zagarniające jego czas w stopniu według mnie zdecydowanie zbyt dużym, ale i tak mówi mi, że jestem ukochaną babcią. Ach, ci młodzi ludzie! Kiedyś czytało się bez opamiętani książki, a teraz wszyscy gapią się w monitory, a babcię to niepokoi…
Na zdjęciu tylko nasze cienie, gdyż nie mam pozwolenia na publikację zdjęć, w czym wnukowi przyznaję rację. Nie wszystko jest do pokazywania. Babci już nikt nie ukradnie, no chyba że jakiś desperat. Ale zresztą kto to wie?! Może ma mnie ktoś jeszcze na oku...
Doskonale nadawałabym się do sprzątania, gotowania, parzenia ziółek, dyskusji o sprawach dnia codziennego i o świecie, kiążkach, filmach, do  wyprowadzania psa i właściciela psa na spacer. A pomilczeć też potrafię. A zaradna jaka jestem!!! Swoje zdanie jednak też mam, żeby nie było, że wszystko jest jak u chińkich kobiet opisanych przez Lisę See
     

29 października 2014

Przenoszę się do dużego pokoju na stałe, na dzień i na noc. Muszę zostawić moje łóżko, lampę, radio i iść tam, gdzie jest cieplej. Ciepła kołdra, nowe miejsce, zawirowanie przestrzenno-czasowe doprowadziło do zaburzeń snu. Czytałam do 3 w nocy, a to nie jest dobry układ dla starszej osoby. Rankiem wyszliśmy z Luisem – znowu u mnie gości od dłuższego czasu - w zimny ranek, ścieżką przez trawnik w asyście gromady wróbelków, które nareszcie do nas wróciły. Uparcie siadły dwa kroki przed naszą ustarczoną procesyjką ciągnioną na smyczy i zawzięcie skubały coś w trawie. Każdy nasz gwałtowniejszy krok owocował szumem i rozedrganą szarą wstęgą unoszącą się na drzewo, aby za chwilę znowu opaść kilka metrów przed naszymi nogami w postaci uwijającej się na trawie gromadki. Jak to miło, gdy skrzydlaci przyjaciele wracają do nas. Jak w wierszu Jacka Dehnela, szczęście ma swój wymiar, dla mnie skrzydlaty…
„Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej - to właśnie jest szczęście.”

Ten poeta i pisarz, Jacek D. trochę mnie denerwuje, a to za sprawą książki „Lala”. Jego sposób zbierania materiałów do książki o kochanej babuni był dla mnie nie do przyjęcia, tym bardziej, że babunia nie miała nic do powiedzenia w sprawie. Teraz znowu zainteresował się starszą panią, niejaką Makryną, która wywiodła w pole papieża, Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida i wielu innych opowiadając zmyślone historie o swoim życiu jako przeoryszy w zakonie bazylianek, katowanej i męczonej przez Rosjan, która owszem bita była, ale przez swojego męża oficera. Dehnel wykorzystał temat i napisał książkę. Informuje o tym Newsweek, a ja książkę przeczytam, mimo że z Dehnelem nie jestem w dobrych układach, ale on na szczęście o tym nie wie, a zresztą, gdyby nawet wiedział, to chyba by się zbytnio nie przejął. Książkę jednak przeczytam, gdy tylko do niej dotrę, gdyż p. Jacek Dehnel ma światu coś do powiedzenia, a ja lubię dobrych pisarzy...
     

30 października 2014
Emeryturę przelali wcześniej. To dobrzy ludzie, wiedzą, że są wydatki związane z cmentarzami – oj są, są. Mnie jednak mroczki migają przed oczami, kiedy patrzę na to, co zostaje po odciągnięciu wszystkich  należności. Kiedy ja się z tego wszystkiego wygrzebię! Jakieś fatum wisi nade mną. Na dodatek zaczyna się znowu pęd katastroficzny, wczoraj światło zamknęło ślepia w kanciapie – nie żarówka, nie nie, tylko jakieś połączenia, elektryk będzie potrzebny – a dzisiaj znowu „wajcha” w kabinie prysznicowej się rozkolebała. Obecnie sama ją kleję, ale nie wiem, czy zdołam powstrzymać stan upadku.

Mam wzniecać w sobie uczucia wyższego rzędu, myśleć o życiu pozaziemskim, a u mnie przyziemność oplata mnie swoimi mackami. Aby jakoś wypoziomować wszystko upiekę szarlotkę. Znalazłam przepis. Bardzo podoba mi się lukier, jest taki delikatny, bielusieńki i jak należy mniemać chrupiący. Ciasto zrobione jest na drożdżach, a takiej jeszcze nie piekłam. Idę zakupić jabłka i biorę się do dzieła. Może mój stan się dzięki temu poprawi, a wtedy wzmocnione ciało, odda się temu, co duch będzie dyktował.
31 października 2014
Starość jedno ma imię, niezależnie czy dotyczy człowieka, zwierzęcia czy rośliny. Starość przygotowuje do odejścia, obkurcza życie i sprawia ból - zeschnięte drzewa, skarlałe zwierzęta, przygarbieni ludzie. Ja, jak na mój wiek czuję się dobrze, ale to nie znaczy, że nie odczuwam skutków starzenia. Przyzwyczaiłam się do tego, że coś mnie boli, wolniej mówię czy myślę. W jaki stan euforii człowiek wpada, gdy podreperuję się dobrą tabletką przeciwbólową. Wtedy można sobie przypomnieć jak drzewiej bywało…
Wczoraj toczyła się batalia o trwanie Luisa. Chyba czas mu już na drugi świat, ale kto o tym zadecyduje?! Dzisiaj, kiedy snuliśmy się w porannej mgle wokół bloku, pani z młodym psim rozrabiaką uświadomiła mi to dobitnie.
- Przepraszam panią – odezwała się, gdy nasze drogi powtórnie się skrzyżowały, ona zatoczyła szerokie koło, a my dreptaliśmy jeszcze obok bloku – ile ten pies ma lat?
- Nie wiem dokładnie, ale chyba dużo.
- Też tak myślę – powiedziała. Czy już nie czas na niego, aby odejść?
- Ja też tak myślę, ale kto go zawiezie do uśpienia. Pani wypowiedź będzie koronnym argumentem – powiedziałam.
- O nie, co to, to nie. Ja nie chcę przykładać do tego ręki.
I tak to jest. Nikt nie chce przykładać ręki, a psina wegetuje. Musi mieć specjalny pokarm, oczywiście w odpowiedniej cenie, gdyż wszystko inne wywołuje ostrą biegunkę. Przeżyłam taki kataklizm, gdy dołożyłam mu łyżeczkę kaszy do jedzenia. Nie widzi - ile razy on stuknie łebkiem o przedmiot lub ścianę! Nie chce mu się nawet szczekać, jedyna rzecz, która go satysfakcjonuje, to spanie. Tym razem w czasie pobytu u mnie zamieszkał w przedpokoju, ale gdy ja tam przechodzę, wstaje i ze zwieszoną głową czeka, kiedy się wyniosę. Kiedy sprzątam lub tam się kręcę to już naprawdę dla niego jest dopust boży. On chce być sam i mieć ciszę!!! Reumatyzm czyni jego nogi sztywnymi. Chodzi wolno lub stoi, ale na dwór lubi wychodzić.
Dzisiaj w nocy kręcił się w czasie spania i wylał wodę z miseczki, którą postawiłam mu koło legowiska, miskę z jedzeniem także, gdyż do kuchni w tych sprawach nie zaglądał, czekał aż podstawię mu jedzenie i picie pod nos. Przewrócona miska narobiła rabanu, obudziłam się i zmieniłam ręcznik, który podkładam, aby nie zalał mi dywanu. Wystraszył się biedak i nie wiedział, gdzie się ma położyć, aby było bezpiecznie. W dzień lubi kłaść się pod samymi drzwiami w oczekiwaniu na wyjście na spacer. Wejście i wyjście z mieszkania jest wielce utrudnione, przecież nie chcę naruszać jego miejsca wypoczynku. Co mam w tej sytuacji robić?!
Pachnie też niezbyt miło. Przecież to jest starość, lepiej nie będzie, a trwać może jeszcze długo, gdyż apetyt psina ma, ciepło ma, zadbanie lekarskie i ludzkie ma. Spotkana dzisiaj na spacerze kobieta dała mi do myślenia. Nie wiem jakie jest mądre rozwiązanie tej sprawy. Lepiej żyć, czy lepiej odejść?
     
 
suma wejść na stronę - 255568,
odwiedzających - 85827,
dzisiaj -7
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Wierszyk o szczęściu - donna lukrecja
 
Jestem szczęśliwa, kochana i zdrowie mam też.
Brzozowa gałązka puka do okien z rana,
pieśń tylko dla mnie śpiewa za kominem świerszcz.

Jestem szczęśliwa, gdy upał i gdy leje deszcz,
gdy wiatr hołubce wycina z liśćmi klonu.
Pogoda przecież zmienną bywa, ja zresztą też.

Jestem szczęśliwa, gdy otwieram rano oczy,
A ktoś tarmosi za włosy mnie- „Zobacz babciu,
Ząbek wczoraj mi wypadł, jestem już duży, wiesz?”

Jestem szczęśliwa, tylko tak jakoś... inaczej.
Czyżby słońce przybladło lub przestał pachnieć bez?
Kiedy się jest naprawdę szczęśliwym - któż to wie.
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=