I.Dzieciństwo kota Pota



Opowieści kota Pota


Pamięci Pana Kotka


Wszystkie zamieszczone zdjęcia przedstawiają kota Pota.

Część I - Dzieciństwo 

1.Mój dom rodzinny
Urodziłem się w mieszkaniu w bloku obok torów kolejowych. Pociągi co prawda jeździły tam rzadko, ale i tak dzielnicę nazwano Zatorze. Moje urodzenie nie było planowane. O wszystkim zadecydowała moja przyszła mama Kisia, która idąc za głosem natury uciekła z balkonu któregoś dnia i nie wróciła na noc. Spotkała się ukradkiem z moim ojcem, pięknym kocurem, postrachem osiedla, który już od dłuższego czasu przechadzał się po trawniku przed domem i spoglądając w kierunku okna, na którym wylegiwała się na poduszce Kisia, miauczał rozpaczliwie - z tęsknoty. Panienka już dawno wpadła mu w oko ale nie było okazji do spotkań. Zdesperowana Kisia znalazła sposób. Miłość nie wybiera.
Pani Zosia, właściciela kotki, załamywała ręce z rozpaczy, kiedy zaczął jej róść brzuszek, w którym rozwijaliśmy się my, to znaczy ja i trójka rodzeństwa. Mieszkanie było małe. Taki przychówek nie pomieścił by się tam nie utrudniając życia domownikom. Pani Zosia rozumiała jednak, że kotka ma prawo spełnić się jako matka. Troskliwie opiekowała się moją mamusią, a później nami, jej przychówkiem. Czuliśmy się doskonale, wszyscy o nas dbali, bawili się z nami, mamusia karmiła nas mleczkiem, wylizywała sierść, pozwalała sobie wchodzić na głowę. Bywało jednak, że trzymała nas twardą łapką, kiedy zbytnio figlowaliśmy. Poczułem niekiedy jej ciężar na swoim małym grzbiecie. Kiedy jednak odrośliśmy już jako tako i sami mogliśmy jeść, a oczka nasze spoglądały bystro na świat, postanowiono poszukać dla nas domu. W gazecie ukazało się ogłoszenie, że odda się w dobre ręce kocięta. Moja siostra, ta bardziej gapowata, miała zostać w domu, gdyż pani Zosia nie chciała mamusi zostawić bez dzieci, a przewidywała, że takiego spowolnionego kotka nich nie zechce.
Zaczęli przychodzić ludzie, którzy wpatrywali się w nas szukając nici porozumienia, głaskali nasze futerka i przytulali do piersi. Mnie wybrała pani, która od pierwszego wejrzenia się we mnie chyba zakochała, gdyż nie chciała mnie wypuścić z rąk, gdy już mnie zdołano schwytać. Byłem bardzo ruchliwy, lubiłem się bawić i nie miałem wcale zamiaru rozstawać się z mamusią. Schowałem się za fotel, ale mnie stamtąd wyciągnięto. Pozwolono mi jeszcze przytulić się do mamusi, która zaczęła mnie lizać i łapką pocierać po nosku, tak jakby wiedziała, że to pożegnanie. Załadowano mnie jednak do koszyka, otulono kołderką i drzwi się za nami zamknęły. Wyszedłem na dwór, pierwszy raz w życiu, a to wcale nie było przyjemne. Ostre powietrze mnie oszołomiło. Darłem się nieprzyzwoicie głośno, wołając rozpaczliwie:
- Mamo, mamo… i wspierałem się głośnym miauczeniem.
Obca pani gładziła mnie po główce i szeptała:
-Cicho, cicho maleńki, nie będzie ci u nas źle. Zobaczysz.
Co mnie obchodziło takie gadanie, ja chciałem do mamusi. Dobiegliśmy do domu najszybciej jak się dało, gdyż darłem się coraz głośniej. Chyba to zimne powietrze tak na mnie wpływało, szok termiczny, czy co?! Kiedy już znaleźliśmy się w nowym domu, postawiono koszyk na podłodze i wtedy pochyliły się nade mną ciekawskie oczy wszystkich domowników. Aby wyzwolić się spod tej kontroli, wylazłem powoli z koszyka i przy okrzykach chwalących moją urodę, zacząłem życie w nowym domu.

2.Pierwszy dzień w nowym otoczeniu
Przespacerowałem się po przedpokoju, zajrzałem do każdego z pomieszczeń. Nie wiedziałem co mnie tutaj czeka, ale nie miałem wyboru, zdenerwowany wskoczyłem na kanapę, gdzie z wyczerpania zasnąłem. Wszyscy chodzili na palcach chyba nie mniej przejęci niż ja. 
- Panisko! – powiedziała ta pani, która mnie przyniosła.
- Pan kot- zawtórowała starsza pani uśmiechając się pod nosem. I tak zostałem Panem Kotkiem, ale że to zbyt długie imię jak dla kota, skrócono je do Pa-t który przekształcił się w Pot.

Kotuś śpi na kanapie
Gdy trochę odpocząłem i obudziłem się z drzemki postanowiłem ustanowić swoją pozycję w nowym miejscu zamieszkania i przede wszystkim wychować swoich opiekunów. Powinni wiedzieć z kim mają do czynienia.
Chcieli mnie głaskać, przytulać, przemawiali do mnie cichutko i milutko, ale ja na każdy niepotrzebny według mnie gest, reagowałem zdecydowanie gryząc, drapiąc i sycząc ostrzegawczo. To ochłodziło ich zapały i miałem już od tej pory święty spokój. To ja się przytulałem, gdy miałem na to ochotę, wchodziłem na kolana, albo mruczałem sobie cichutko lub głośno. Bez mojej zgody nikt mnie nie mógł dotknąć. Największe kłopoty miałem z Ha, tak ją będę nazywał, jak ona do mnie Pot, to ja ją też skrócę.
Zaczęło się zmaganie z Ha, gdy podejrzanie kręciłem się na kanapie i stało się oczywiste, że chce mi się siusiu. Byłem porządnie wychowanym kotkiem i zawsze załatwiałem się do kuwety, tylko teraz nie wiedziałem gdzie ona jest. Ha koniecznie chciała mi pokazać drogę do łazienki, ale nie mogła mnie dotknąć nie narażając się na zarysowania na rękach. W końcu nie zważając na mój opór wzięła mnie na ręce i zaniosła do kuwety. Wsadziła mnie tam i głaskała po pleckach objaśniając co mam zrobić. Trochę się zdenerwowałem, gdyż przecież wiedziałem w jakim celu mnie tutaj przyniesiono. Kiedy już zrobiłem co należy, zarzuciłem piaskiem ciemną plamę i zacząłem się rozglądać, aby zapamiętać to miejsce. Nikt nie będzie mnie tutaj przyprowadzał, sam trafię. Mam już przecież osiem tygodni.
Muszę przyznać, że przygotowano się należycie do mojego pobytu w tym domu. Miałem kuwetę, sznurkową deskę do drapania i domek uszyty z jakichś kolorowych, pikowanych materiałów ułożony na pralce. Ha wszystko mi pokazała, wsadziła do domku, gdzie od razu poczułem się jak u siebie. W połowie był zadaszony co sprzyjało intymności tego miejsca. Na sznurkową tablicę przytwierdzoną do deski patrzyłem jednak z rezerwą, mimo, że Ha wzięła moje łapki i przyłożyła do sznurka starając się pocierać opuszkami abym zrozumiał o co chodzi. To było denerwujące, gdyż ja jestem inteligentnym kotem i nie trzeba mi powtarzać niczego dwa razy. W końcu przepchnęła mnie przez otwór w drzwiach łazienki. Wyjęto kratkę wentylacyjną abym mógł swobodnie wchodzić i wychodzić, gdyby ktoś zapomniał uchylić drzwi. W lot pojąłem o co chodzi.
Znowu Ha wzięła mnie na ręce, mimo, że warknąłem pokazując jej zęby, i zaniosła mnie do kuchni. Stały tam dwie miseczki. W jednej była woda, a w drugiej mleko. Trochę napiłem się wody, gdyż zaschło mi już w gardle od tego ciągłego syczenia na wszystkich, ale mleko tylko powąchałem.
- Co oni mi tutaj postawili, co to za mleko. Ja mleka ze sklepu nie pijam!
Wytrzeszczyłem oczy na Ha, co ona chyba zrozumiała, gdyż wylała mleko i nałożyła mi jedzenia z puszki, które miała przygotowane już wcześniej, tylko grała na zwłokę, chcąc mnie wypróbować. Ha stała i czekała co zrobię. Jedzenie zjadłem, byłem już trochę głodny. Nie pozwoliłem się już dotknąć i pomaszerowałem z podniesionym ogonem do pokoju. Myślę, że ta partia została rozegrana na moją korzyść, ale musiałem się mieć na baczności. Ha była trudną przeciwniczką, ale zobaczymy kto będzie górą, zobaczymy.
Wszedłem do pokoju, gdzie Es zgięty w pół przesuwał linijki po stole. Zdziwiłem się trochę, gdyż dorośli ludzie nie powinni się bawić jak małe dzieci. Otarłem się o jego nogawki spodni. Odwrócił się i powiedział:
- Jak się masz kocie Pocie?
Wejrzałem tylko, gdyż nie wiedziałem co mam mu powiedzieć. Wskoczyłem na krzesło i zajrzałem na stół. Podobały mi się kolorowe ołówki i zaraz je łapką zrzuciłem na podłogę. Zeskoczyłem, aby się nimi pobawić, ale Es zawołał:
- Hola, hola, kocie Pocie, one są mi potrzebne. Znajdź sobie inne - zabrał mi prawie wszystkie, gdyż jeden zostawił. To był jego błąd. Od tej pory już nikt w domu nie mógł znaleźć długopisów i ołówków, gdyż ja się nimi zajmowałem turlając je i wpychając pod tapczany i komody.
- Z Es nie będzie problemu – pomyślałem. Wyszedłem z pokoju, gdyż już załatwiłem, co miałem załatwić.
Pozostała jeszcze starsza pani Ba. Podszedłem wyprężając się, a ona wzięła mnie na ręce i posadziła sobie na kolanach. Nie protestowałem. Jestem dobrze wychowanym kotem. Mamusia zawsze mówiła, że starszych ludzi należy szanować. Z Ba nie będę prowadził walki. Spokojnie ułożyłem się w fałdach spódnicy Ba i zasnąłem.
 
 
3. Jem, śpię, rosnę
Jakoś się urządziłem w nowym miejscu. Wszyscy zrozumieli, że należy mi się szacunek, miłość i przywiązanie, a także zrozumienie dla mojej kociej natury.
Jedzenie to sprawa najważniejsza i o to zadbałem już pierwszego poranka. Szary świt zaglądał do okien, mój brzuszek był pusty, a w miseczce była tylko woda. Należało zadziałać, co też zrobiłem. Było oczywiste, że jedzonko można dostać tylko od Ha. Cichutko więc skradałem się  w kierunku tapczanu, na którym spała Ha. Obszedłem go wokół, nawet lekko miauknąłem, ale cisza, nikt nie podniósł głowy na moje wyraźne przecież wołanie. Wskoczyłem na pościel i szybko przebiegłem po wypiętrzeniach na kołdrze do kępy włosów ułożonej na poduszce. Poczułem zapach, znałem go. Wczoraj już przebierałem łapkami w tych czarnych kosmykach, gdy siedziałem na oparciu fotela. Ha nie protestowała, więc widocznie jej się to podobało. Szarpnąłem więc włosy łapką, zamieszałem jak należy, ale tylko usłyszałem: - Aaaaaaa…
- Miauu – odpowiedziałem wyraziście. Jestem głodny, wstawaj i napełnij miseczkę! Odpowiedziała mi cisza.
Nie chciałem Ha zrazić do siebie, zajrzałem tam gdzie były jej oczy, ale przysłoniła je powiekami.
- Śpi albo udaje – pomyślałem. Zrezygnowany zeskoczyłem z posłania. Odszedłem kilka kroków i przeraźliwie miaucząc drapałem dywan aż jakieś włoski fruwały wokół mojej głowy. Pomogło. Ha zerwała się na równe nogi nie rozumiejąc chyba do końca co się dzieje.
- Kiciuś - powiedziała pojednawczo - przecież jeszcze jest noc ciemna.
- Ciemna – miauknąłem – szara, nie ciemna. Miau - jestem głodny!
Dotarło do niej. Boso poszła w stronę kuchni, jednak nie była obudzona do końca, gdyż uderzyła w ścianę i o mało się nie przewróciła. Przejąłem inicjatywę i głośno miaucząc poprowadziłem ją we właściwym kierunku. Prosiła grzecznie:
- Potku, cichutko, wszystkich pobudzimy.
- No to co, ja jestem głodny, a nikt nie zadbał o napełnienie mojej miski - i dalej miauczałem.
Znalazła w lodówce puszkę z jedzeniem, otwierała według mnie stanowczo zbyt wolno, więc wspiąłem się po jej piżamie najszybciej jak potrafiłem, ale ona zaczęła wołać: - Oooo!Boli!
Nie zwracałem na to zbytniej uwagi, może i moje pazurki wbijały się zbyt głęboko w jej ciało, ale to nie było dla mnie problemem, może dla niej tak, dla mnie nie. Dopadłem do puszki i zacząłem wyjadać zawartość… Wzięła mnie pod brzuszek jedną ręką, w drugiej trzymała jedzonko, i postawiła wszystko na podłodze, to znaczy kotka Potka, czyli mnie, i puszkę. Wygarnęła łyżką zawartość i powiedziała:
- Chciałam wszystko podgrzać, abyś miał ciepłe, ale jak jesteś tak drapieżny, to jedz zimne. Jak będzie cię bolał żołądek, to ja umywam ręce. I rzeczywiście umyła…
Nie zwracałem na takie gadanie uwagi, zauważyłem, że kobiety zawsze dużo mówią. Jadłem szybko i sprawnie, a gdy skończyłem, skierowałem swoje kroki do łazienki. Poszła za mną. Zrobiłem co należy nie zwracając na Ha uwagi. Uważam, że nie powinna przebywać w pomieszczeniu, gdy ja się załatwiam, jeszcze ją tego nauczę, tylko potrzebuję na to więcej czasu. Łapkami zagrzebałem co należy i zmierzałem ku wyjściu, ale najpierw spojrzałem na nią znacząco.
- Tylko proszę kuwetę wymyć dokładnie, gdyż może się powtórzyć to, co stało się wczoraj, a wczoraj – hi,hi - sikałem do umywalki. Zapach moczu mnie odstraszył od kuwety. Ha akurat weszła do łazienki. Długo mi tłumaczyła, że to nie jest toaleta, ona tu myje ręce i nie życzy sobie, aby ja tam sikał.
- Wielkie rzeczy! Trzeba  sprzątać jak należy. Ja lubię czystość. Miau – powiedziałem na odchodnym.

Zadarłem w górę mój ogonek i poszedłem ułożyć się na pościeli aby zażyć snu, gdyż czułem się już tym wszystkim zmęczony. Ha została w łazience i grzecznie sprzątała. Wymyła wszystko, wrzątkiem sparzyła kuwetę, nasypała świeżego piasku i powlokła się do łóżka.
Z piaskiem do kuwety to była cała historia. Były to lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku i w mieście, gdzie przyszło mi żyć, nie było jeszcze sklepu z akcesoriami dla kotów i innych zwierząt. Sprowadzanie żwirku z innego miasta byłoby dosyć uciążliwe, wsypywano mi więc do kuwety piasek. Z początku Ha brała go z piaskownicy. Dzieci rozsypywały go na zewnątrz, nie była więc to kradzież, tylko dzielenie się. Zużyty piasek wsypywało się do kubłów na śmieci, albo wynosiło. Stała się jednak rzecz bardzo niemiła, nabawiłem się od tego piasku jakichś przybyszów w uchu. Czarna wydzielina w muszli usznej bardzo mnie denerwowała i łapką tarłem te miejsca raz po raz. Ha wsadziła mnie znowu do koszyka i poszliśmy do weterynarza. Dał nam jakąś maść i codziennie przechodziłem w związku z tym udręki. Ha chwytała mnie, mimo, że się wyrywałem i drapałem ją z całych sił, i patyczkiem z nawiniętą nań watką, nacierała mi zainfekowane miejsca. Wściekałem się, złościłem przed każdym takim zabiegiem, uciekałem, ale z Ha nie było łatwo, wyciągała mnie z najbardziej ciemnego kąta i robiła swoje.
Es mi  doradził.
- Ty sobie daj spokój, z nią nie wygrasz. Lepiej już zrób co chce.
Posłuchałem, machnąłem na wszystko łapką i jak już musiałem te męki piekielne przechodzić, to trudno. Przestałem uciekać, a wtedy wszystko odbywało się sprawniej i bez emocji. Na szczęście uszy wróciły do normy i zabiegi się skończyły.
Wrócę jednak do piasku. Leżę sobie kiedyś na parapecie okiennym, Ha przyszła mnie pogłaskać – niekiedy jej pozwalałem, nich ma też trochę przyjemności, w końcu się o mnie stara – patrzymy, a tu do piaskownicy idzie nasz sąsiad, właściciel królika, wyrzuca piasek z wiaderka, nabiera nowego i jakby nigdy nic idzie do domu. Ha strasznie się zdenerwowała. Wyszła na korytarz i mówi temu panu, że jego postępowanie jest niewłaściwe. Tłumaczy, że przecież w piaskownicy bawią się małe dzieci i takie postępowanie naraża je na kontakt z króliczymi odchodami. Cały czas trzymała mnie na ręku, a ja aż dygotałem ze zdenerwowania, gdyż ten pan  mówił, że to nic wielkiego, że deszcz wymyje piasek i nikomu krzywa się nie stanie. Ha jednak była innego zdania, ja zacząłem miauczeć przeraźliwie i pan magister - tak, tak, wyższe wykształcenie widocznie jeszcze o niczym nie przesądza – obiecał, że już do piaskownicy zużytego piasku nie będzie wrzucał. Wcale nie byłem tego taki pewien, Ha chyba też nie, ale już go na gorącym uczynku nie złapaliśmy. Po tym incydencie jednak w mojej kuwecie był już piasek znad rzeki, który Es przywoził, aby mnie nie narażać na nowe infekcje.
Spać lubiłem, niekiedy przesypiałem pół dnia. Wybierałem sobie miejsce na kanapie albo na fotelu, gdyż w moim domku trochę mi się nudziło. Sam nie lubiłem być w pokoju, ale też nikomu na kolanach nie zasypiałem, co to, to nie. Ha uparcie twierdziła, że miejsca, gdzie zasypiam, znajdują się nad ciekami wodnymi i dla ludzi nie są zbyt zdrowe. Nie przejmowałem się tym zbytnio, gdyż ja swoje wiedziałem. Problem zaczął się wtedy, gdy chciała przestawiać kanapę aby uniknąć tych cieków. Z ledwością Es ją powstrzymał. Był moim sojusznikiem. Przemeblowanie oznaczało dla niego dodatkową pracę, a na to ani on, ani ja, nie mieliśmy ochoty. Ha sprowadziła różdżkarza, który pozakł
adał w całym domu jakieś druty mosiężne, płytki i zbiorniczki z wodą.

Patrzyłem i miauczałem z uciechy. Pomagało to wszystko jak umarłemu kadzidło. Pan z zadowoleniem wziął pieniążki i poszedł, a cieki zostały. Ha była usatysfakcjonowana , ja i Es też, zapanował więc święty spokój. Spałem tam gdzie chciałem, ale najchętniej tam, gdzie przebywała Ha.

Coś się ze mną zaczęło dziać, czułem, że moje serduszko oplatają nici przywiązania do tej osoby i nie mogłem bez niej wytrzymać nawet jednej minuty. Gdy ona wychodziła z pokoju, szedłem za nią, gdy czytała, układałem się naprzeciw niej i nie spuszczałem z niej oka, a gdy już oko się zamykało, byłem czujny i natychmiast się zrywałem, gdy wychodziła. Najtrudniej znosiłem czas rozłąki, kiedy szła do sklepu, czy na spacer, moje serce biło jak szalone, tłukło się wręcz z rozpaczy. Wskakiwałem na taboret, który stał blisko drzwi i wisząc na klamce wołałem: - Wracaj, nie zostawiaj mnie samego. Tęsknię, nie rozumiesz tego! Skąd mogłem wiedzieć, czy wróci…
Niekiedy jakaś litościwa ręka mnie zdejmowała z klamki i przytulała. Potrzebowałem tego wsparcia. Czekałem, czekałem! Ze zmartwienia zasypiałem i wtedy nie musiałem już myśleć.
Wszystko to nie przeszkadzało mojemu organizmowi róść. Ha niekiedy mówiła:
- Ciekawa jestem ile Pot będzie ważył, gdy już będzie dorosłym kotem?!

Na razie byłem jednak małym kotkiem, ciekawym świata i ludzi. Mój wiek młodzieńczy zaowocował wieloma przygodami. Opowiem o nich za chwilkę, tylko muszę się trochę zdrzemnąć, w końcu koty nie przywykły do tego aby gadać i gadać. Ja jednak snuję swoją opowieść, gdyż obiecałem to Ha. Jak już coś powiem, to dotrzymuję słowa i niech nikt nie mówi, że koty chadzają swoimi drogami, że robią to, co one chcą. Moje drogi prowadziły jak na razie tylko z pokoju do pokoju. Kiedy Ha wyniosła mnie raz na balkon, gdyż chciała abym odetchnął świeżym powietrzem, to tak drżałem z emocji, że ze strachu o to, że przepłacę to zdrowiem, szybko uciekła ze mną do pokoju. Na wszystko przyjdzie czas, na spacery po balkonie też. Miau, idę spać.

4. Syndrom opuszczonego gniazda
Dowiedziałem się wreszcie dlaczego znalazłem się w tym domu. Podsłuchałem rozmowę. Udawałem że śpię, ale pilnie śledziłem o czym mówiono. Doszedłem do wniosku, że chodziło o dzieci, które dorosły i wyjechały z domu, a rodzice zostali sami. Poczuli się osamotnieni i ja, Pot,  miałem zapełnić pustkę opuszczonego gniazda. Rozejrzałem się spod oka i stwierdziłem, że było to duże gniazdo i dla każdego było miejsca pod dostatkiem. Na zimę przyjeżdżała przecież jeszcze Ba. Prawdę powiedziawszy, czułem się tutaj dobrze i było mi zupełnie bez różnicy, czy mieli jakieś ubytki emocjonalne, czy też nie. Ja im zajmę czas. Nie ma się o co martwić.
Dzisiaj od samego rana w domu był rwetes. Sprzątano, gotowano, pieczono. Ha była tak zajęta, że nie miała czasu na zabawę. Wtuliłem się w kolana Ba, która oglądała telewizję, gdyż też wolała nie kręcić się po kuchni, i drzemaliśmy na zmianę, raz ona, raz ja.
Obrywacz frędzli na oparciu fotela

Gdy poczułem się zbyt wypoczęty, wchodziłem na oparcie fotela i wyrywałem frędzle przyszte od abażura lampy. Każdy musi mieć jakieś zajęcie, które zmienia otaczający go świat. Ha już na wszystko machnęła ręką. Powiedziała, że gdy znudzi mi się ta zabawa, to frędzle odpruje i już. Na to ja z kolei nie wyraziłem zgody, gdyż było to miłe zajęcie i jeszcze wiele mi zostało do obgryzania i wyrywania. Po południu wszystko ucichło. Ba powiedziała, że przyjedzie dzisiaj córka Jo. Byłem bardzo ciekawy, co to będzie za dziewczyna, gdyż jeszcze się nie znaliśmy. W pewnym momencie Es zaniósł mnie do toalety, zamknął drzwi i mrugnął do mnie z ostrzeżeniem: - Tylko siedź cicho.
Byłem nieco zdziwiony, gdyż nigdy jeszcze mnie tak obcesowo nie potraktowano, ale nie miałem się czasu na głębsze zastanawianie się nad sytuacją, gdyż rozległ się dzwonek do drzwi i wszyscy zaczęli mówić równocześnie, tak, że z zamknięcia nie mogłem nawet rozróżnić głosów. Śmiechy, cmokania, uściski. Co się tam do licha działo. W pewnym momencie Es otworzył drzwi i ja, kot Pot, trochę zażenowany całą sytuacją wszedłem do przedpokoju. Przed lustrem stał śliczna dziewczyna i zdejmowała czapkę równocześnie wpatrując się w lustro, które zajmowało dużą przestrzeń ściany. Młode dziewczyny, jak później się przekonałem, już tak mają, wpatrują się zawsze z uwagą w swoje odbicie, może same sobie tak się podobają?! Szedłem cichutko, ostrożnie, a ona, ta córka, zastygła w pewnym momencie w bezruchu i wpatrywała się jakimś dziwnym wzrokiem w to, co widziała w lustrze. Twarz jej stężała w przerażeniu, zrobiła się blada… Zapadła cisza. Zatrzymałem się, gdyż nic z tego wszystkiego też nie rozumiałem. W końcu Jo się odwróciła i zaczęła śmiać się i krzyczeć:
-No wiecie co! Taka niespodzianka, a nikt mi nic nie powiedział, nie uprzedził. Myślałam, że mam halucynacje.
Przypadała do mnie i zaczęła mnie ściskać, głaskać i przytulać. Poddawałem się wszystkiemu z rezygnacją, gdyż było mi jej trochę żal, że tak się mnie wystraszyła. Miała ręce dobre do głaskania, ciepłe i miłe. Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszej chwili i tak już zostało do końca.
Gniazdo się więc trochę zapełniło, tylko ja musiałem teraz dzielić Ha z córką, gdyż ona ciągle spoglądała na Jo i biegało koło niej, tak jakby ta wróciła z krańców świata. Jo zaczęła mnie karmić, nosiła mnie na rękach. Ach, niech tam! Lubię młode, ładne dziewczyny. Przecież jestem płci męskiej. Nie trwało to jednak długo, gdyż na drugi dzień Jo zapakowała torbę i pojechała studiować. Byłem trochę nieswój, gdyż ją polubiłem i nie w smak był mi jej wyjazd.
Też mi obyczaje! Dziecko powinno się wszystkiego nauczyć od matki. Mnie mamusia nauczyła wielu rzeczy, mimo, że miała mało czasu, a teraz sam zdobywałem doświadczenie. Taka powinna być kolej rzeczy. One, te córki, uczą się i uczą. Podobno ta druga mieszka jeszcze dalej i dopiero przyjedzie na Święta. A niech tam, poczekam. W końcu wszystkich i tak poznam. Teraz znowu ja będę najważniejszy, nadam temu domowi odpowiedni koloryt, aby nikt się nie nudził. Już wiem czego im potrzeba i zadbam o to. Nie ma zatem niczego złego, co by na dobre nie wyszło, jak mawia Ba.
Chwila odpoczynku

Teraz trzeba się zdrzemnąć, cichutko pomruczeć, odpocząć od tego harmidru odwiedzin, nowych zapachów, które weszły mi w sierść. O, już Ha idzie ze szczotką, zaraz będzie mnie czesała. Przecież sam potrafię doprowadzić swoje futerko do porządku! Później co prawda trochę wymiotuję, ale trudno. Kto jest w stanie strawić sierść. Niech mnie już gładzi, może szybciej zasnę. Adieu – nauczyłem się tego słowa od Jo. Miauknąłem cichutko odpływając do kociej krainy snów…



 
 
suma wejść na stronę - 255544,
odwiedzających - 85822,
dzisiaj -2
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Wierszyk o szczęściu - donna lukrecja
 
Jestem szczęśliwa, kochana i zdrowie mam też.
Brzozowa gałązka puka do okien z rana,
pieśń tylko dla mnie śpiewa za kominem świerszcz.

Jestem szczęśliwa, gdy upał i gdy leje deszcz,
gdy wiatr hołubce wycina z liśćmi klonu.
Pogoda przecież zmienną bywa, ja zresztą też.

Jestem szczęśliwa, gdy otwieram rano oczy,
A ktoś tarmosi za włosy mnie- „Zobacz babciu,
Ząbek wczoraj mi wypadł, jestem już duży, wiesz?”

Jestem szczęśliwa, tylko tak jakoś... inaczej.
Czyżby słońce przybladło lub przestał pachnieć bez?
Kiedy się jest naprawdę szczęśliwym - któż to wie.
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=