Codzienność

 

Droga

...wszystkie drogi prowadzą do ludzi.

Dedykuję komuś, który pomógł mi w najtrudniejszym okresie życia, może nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Ważne było to, że był…


 
Po obiedzie siadywała w fotelu pod oknem. Czytała, przeglądała kolorowe czasopisma i od czasu do czasu spoglądała przed siebie. Zamyślała się wtedy i przywoływała wspomnienia. Nie czuła się nigdzie na swoim miejscu. Lubiła wieś, przestrzeń pól, zapach ogrodu, cienistość lasu i chętnie zawsze tam uciekała, gdy tylko nadarzyła się okazja, choć ostatnio rzadko się nadarzała, ale jej wystarczały nawet wspomnienia. Czuła się wtedy bezpieczna. Na wsi jednak nie chciała i nie mogła zamieszkać. Była samotna i trudno by jej było utrzymać dom i wtopić się w społeczność wiejską. Przerażały ją trudy życia i pustka, prace w ogrodzie czy na podwórku. Wybrała jako miejsce swojego zamieszkania miasto. Męczył ją hałas samochodów, nieustający ani w dzień ani w nocy daleki poszum żyjącego swoim życiem miasta, ale jednak tutaj wolała przebywać. Wszędzie było bliżej; do lekarza, do sklepów, teatru, biblioteki, kościoła. Nie musiała się martwić o ogrzewanie i zaopatrzenie.
 Nie była typem wędrownika, ale nigdzie nie mogła dłużej zagrzać miejsca. Tak się jakoś układało. Przeprowadzki bardzo ją męczyły. Miała teraz nadzieję, że nareszcie zakotwiczyła się na stałe. Lubiła swoje małe mieszkanko. Włożyła w jego urządzenie dużo serca i troski. Nie było łatwo, ale tutaj znalazła tylu przyjaznych ludzi, którzy bezinteresownie jej pomogli i to ją cieszyło. Pamięta dzień, kiedy przyjechała rozejrzeć się za mieszkaniem. Miasto zrobiło na niej nawet przyjazne wrażenie. Dużo zieleni, monotonia bloków rozbita domkami jednorodzinnymi, które pozwalały zaistnieć przestrzeni, ładne nazwy osiedli i ulic stały się jej od razu bliskie. Wszystko jednak było nowe i żadna droga nie prowadziła w określonym kierunku, nie była jej drogą. Rozłożyła mapę i zastanawiała się gdzie mogła by znaleźć dla siebie miejsce. Postanowiła obejrzeć chociaż pobieżnie poszczególne dzielnice, aby wybrać coś, co by przypadło jej do gustu, wzbudziło jakieś przyjazne skojarzenie albo zachwyciło oczy lub serce. Podróż po mieście niewiele dała, ulice i osiedla zlewały się w jedno, tworzyły chaotyczną plątaninę domów i parków. Rzeka była wszechobecna, pojawiała się za każdym skrzyżowaniem ulic… Wyniosła z tej objazdowej wycieczki jedno odczucie – tutaj może zamieszkać! Czasowo ulokowała się u rodziny i zaczęła poszukiwania. Towarzyszyła jej bliska osoba i zmieniający się nieustannie pośrednicy. Zaglądała do różnych mieszkań oferowanych przez biura. Żadne z nich nie przypadało jej jakoś do gustu. Czuła, że wszyscy już są tymi poszukiwaniami zmęczeni, ale ona nie mogła się zdecydować. Niektóre z mieszkań były odnowione przez właścicieli, chyba dlatego aby podnieść cenę i to było najgorsze. Gusta ludzkie są różne, a ona nie była w stanie się w nie wtopić. Wszystko trzeba by było i tak zmieniać, a to podrażało cenę mieszkania. Zdesperowana wkroczyła któregoś popołudnia do wieżowca. Takie duże domy zawsze ją przerażały mnogością mieszkańców, ale to tutaj znalazła to, czego szukała - położenie, piętro, wielkość, wszystko było takie, jak miało być. Nie przeraziło jej nawet zaniedbanie, konieczność kapitalnego remontu i czekający ją ogrom pracy. Podjęła decyzję błyskawicznie. Tutaj i niegdzie indziej. 
 Remont przeciągał się niepomiernie, gdyż fachowcy zmieniali terminy, deptali sobie po piętach i nieustannie wzajemnie się krytykowali. Nawiązała jednak z nimi dobry kontakt, co miało istotny wpływ na jakoś prac. Gdy mieszkanie było już gotowe i mogła w nim zamieszkać, musiała oswoić meble, sprzęty, ściany i korytarze. Musiała poczuć się u siebie. Budziła swoim pojawieniem się ciekawość innych ludzi. Spoglądali na nią przyjaźnie, ona mijała ich jednak i szła swoją drogą. Nie była gotowa na nowe znajomości.
Zaczęła powoli wydeptywać drogi na osiedlu. Pierwsze przemierzenie każdej ulicy nasuwało dziwne skojarzenia – droga była długa, szła więc powoli i uważnie, jakby chciała ją zapamiętać na zawsze, nawiązać z nią łączność i stać się jej częścią. Wpatrywała się w kolory domów, oswajała ich otoczenie i wciągała głęboko w płuca zapach miasta. Kiedy wędrowała drugi raz tą samą ulicą wszystko było już bliskie i znane. Przechodziła więc jakby szybciej, mimo, że w tym samym czasie, nie zastanawiała się już dokąd ją ta droga zaprowadzi, teraz myślała o celu wędrówki, a nie o drodze. To była już jej droga. Drogi krzyżowały się, biegły pasami równoległymi, niekiedy gubiła się i wtedy ogarniały ją wątpliwości, czy zdoła wrócić na właściwą drogę. Stawała na skrzyżowaniach, obchodziła ronda i nie wiedziała, czy obrany kierunek zaprowadzi ją do celu, ale nie mogła stać w nieskończoność i musiała się zdecydować czy iść dalej, czy wrócić. Wolała iść przed siebie, przecież każda droga wiedzie dokądś. Niekiedy pomagali jej w wyborze właściwego kierunku napotkani ludzie, albo dzwoniła do przyjaciół, wspierała się mapami, ale nie ustawała w poszukiwaniu nowych dróg. W czasie tych wędrówek znalazła nareszcie drogę do siebie samej, zostawiła brzemię dawniej przebytych dróg i kreowała nowe trasy swoich wędrówek. Było jej teraz lekko na duszy i radośnie. Jej drogi odkrywały nowe obszary doznań i prowadziły ją do nowego życia. Rosła w niej duma, że nie ulękła się. Wracała teraz wydeptanymi przez siebie drogami do domu, który sama stworzyła. Cofała się niekiedy myślami do przemierzanych dawniej dróg i dochodziła do wniosku, że musiała je przejść, mimo, że były tak wyboiste, aby znaleźć się nareszcie w tym miejscu, które dla niej okazało się tak szczęśliwe.

Koła zamachowe


 Poranek zaczyna się u mnie o różnych godzinach, w końcu mój zegar biologiczny jest najważniejszy. Czas zegarowy wymyślili inni ludzie i nie muszę się znowu tak sztywno do niego dostosowywać, szczególnie teraz, gdy jestem na emeryturze. Już o piątej wiedziałam, że to koniec spania. Leżę w łóżku i rozmyślam, ale co mi tam z rozmyślania, wstaję, robię herbatę, od pewnego czasu czarną, z cytryną i cukrem. Zieloną zostawiam sobie na późniejsze godziny. Czarna zdecydowanie szybciej stawia na nogi. Stoję obok czajnika w kuchni, zdjęłam gwizdek. Znam swoje powinności sąsiedzkie i nie będę budziła ludzi, którzy może chcą pospać. Czekam kiedy obłoczek pary wystrzeli w górę oznajmiając temperaturę wrzenia wody. Skracam czas wyglądając przez okno. Blok naprzeciwko czarny cały, ani jednego światełka, ale przez trawnik sunie starszy pan ciągnąc na smyczy pieska. Psina niemrawa jakiś, nawet iść nie chce, ale psi los go zmusza do siusiana i dreptania, robi więc to, czego oczekuje jego pan. Nareszcie mój napęd poranny jest już gotowy, słodzę, cytrynię i zastanawiam się nad nadchodzącym dniem. Czuję, że nie będzie łatwy. Dopadają mnie coraz częściej nastroje chandryczne i wtedy jestem niewydolna życiowo. Mam w pudełeczku po biżuterii, która już jest nieobecna, swojego opiekuna cynowego.Jest to Aniołek, który przyszedł do mnie w czasie przelewania cyny nad ogniem w noc sylwestrową. Sam przyszedł, więc jestem wobec niego wymagająca jak wobec wieloletniego męża. Wiem, że zrobi, o co go poproszę, dla świętego spokoju, ale zrobi. Otwieram puzdereczko i przemawiam:

- Hej, stary! Ze mną kiepsko. –równocześnie czule gładzę go po cynowych skrzydełkach. Czuję, że mięknie, więc nie odpuszczam.

- Ludzi mi trzeba, rozumiesz! – przedstawiam swoje żądanie. Wiem, że jest rodzaju męskiego, a takiej jednostce należy wyraźnie wyartykułować o co chodzi, inaczej nie pojmie i zbagatelizuje sprawę. Ma się to doświadczenie życiowe!

Przechylił się nieco na bok, oparł o ząbek podarowany mi przez wnuka, i zamyślił się. To dobry znak. Nie nalegam więc i czekam. Zobaczymy co potrafi.

  Kręcę się po domu, porządkuję, przygotowuję, ale jakoś bez zapału. W końcu ubieram się i wychodzę, gdyż na śniadanie zabrakło chleba. To jedno z kół napędowych mojej emeryckiej egzystencji. Owsiance zdecydowanie powiedziałam - nie! Ledwo zamknęłam drzwi wejściowe i wkroczyłam w mgłę siną i dzień dżdżysty, słyszę za sobą przyśpieszone kroki jakiegoś ciężkiego osobnika, posapuje i dyszy… Idę przed siebie, gdyż cel mam jasno wyznaczony. Kroki ciągle słyszę, ale ja mam dosyć duże przyśpieszenie, więc nie jest tak łatwo mnie dogonić. W końcu na zakręcie, wykorzystując ścięcie, zachodzi mi drogę. Wysoki, z wydatnym brzuszkiem, to znak, że lubi zjeść obficie, i uprzejmie, przybierając układny uśmiech, kłania się.

- Witam panią!

- Dzień dobry!- odpowiadam, gdyż tak jakoś nijako mi go wyminąć i iść dalej. Nie znam człowieka, ale ja tutaj prawie nikogo nie znam.

- Pogoda dzisiaj nieszczególna. – nawija.

- No tak, nie nastraja do stania na dworze. – odparowuję. – Przepraszam, mój autobus! – i biegnę w kierunku przystanku wsiadając w to, co podjechało, aby pozbyć się intruza. Tutaj emeryci jeżdżą za darmo, więc nie ma problemu aby przesiąść się na następnym przystanku.

- Hm! – przemawiam do Cynowaczka – Aniołeczku, nie o to chodzi! Mnie nie interesują starsi panowie flirtownicy, zalotnicy, młodsi też zresztą nie. Ludzi mi trzeba! Dziękuję mu jednak w duchu, gdyż przecież się starał…

- Jak już wsiadłam, to pojadę do piekarni, gdzie mają taki chleb, jak lubię. – postanawiam. Powiedział mi o niej sąsiad, z którym poszłam do spółdzielni walczyć o zniesienie boiska obok nas, gdyż piłkami rzucali nam w okna. Przestali rzucać, to i przestaliśmy walczyć, ale gdzie jest dobry chleb, to już teraz wiem. Kupiłam bochenek i postanowiłam wrócić pieszo. Trochę daleko, ale ruchu też się rano przyda trochę, aby rozruszać się. Humor i tak mi się nie poprawiał. Szłam przez park, słuchałam szurgotu jeszcze nie uprzątniętych liści pod nogami, ale nic mi nie pomagało. Czuję, że w torbie turkocze telefon, jako że mam włączoną funkcję dudnienia. Próbuję go wydobyć, ale w torbie wszystko się zawsze gdzieś zadziewa, więc idzie to opornie. Nareszcie jest! Dzwoni Zuzia.

– Też jej się przypomniało, myślę sobie!

Rozmowa jest krótka, gdyż ja zdecydowanie odmawiam udziału w jakiejś imprezie kulturalnej, pozdrawiamy się na zakończenie i chowam telefon do kieszeni. Zawsze łatwiej się do niego dostać, gdy jest pod ręką.

- Już lepiej Cynowniczku, ale to jeszcze nie to! Wiesz przecież, że nie lubię aby ktoś obdarowywał mnie biletami. Póki nie stanę na nogi, nigdzie nie chodzę. Przepraszam cię, wiem że się starasz, ale nie skorzystam, nie, naprawdę nie!

 Jestem już prawie blisko domu. Na ławeczce siedzi staruszek i karmi gołębie przemawiając do nich i zachęcając do konsumpcji. Myślałam już nawet, że zakończył swoją ziemską wędrówkę, ale nie, jest. Może był chory?!… Gołębie jak to gołębie, wchodzą na ławkę, przysiadają na rękach. To chyba niezbyt bezpieczne ze względu na przenoszone choroby, ale widocznie bliskości z żywym stworzeniem jest mu potrzeba.

- Pieska starość!- myślę, a myśli jeszcze bardziej mi brunatnieją. – W końcu nikt nie ma gwarancji, jaka starość go czeka i nawet obecność u boku dziecka bezpieczeństwa nie gwarantuje, gdyż los bywa przewrotny.

Jem śniadanie w nastroju rozpaczliwie samotnym. Rozwiązuję dla towarzystwa krzyżówkę jolkę i jakoś czas oszukuję.

 Minęła dobra godzinka, dzwonek do drzwi. Wpadła córka. Wróciła już z podróży służbowej i teraz ma wolny dzień. Pokręciła się po domu, coś tam przekąsiła, czymś popiła, nagadała się, posłuchała jak mi czarno na duszy, nawet posmutniała z tej okazji, ale coś tam miała do zrobienia, coś do załatwienia, wyfrunęła więc zostawiając za sobą smużkę wsparcia i swojej obecności. Trochę się przejaśniło… Podeszłam do Cynowego, patrzę, zgarbił się nieco.

- Widzę, że zmagasz się z czymś trudnym. Jak masz kłopoty, to może daj spokój. –nawijam pojednawczo, ale on wyraźnie daje mi znaki, że mam już przestać gadać. Milknę i czekam.

Telefon! Dzwoni mój brat.

- Cześć siostra! – rozlega się w słuchawce.

- Stało się coś? Nie mogę wytrzymać i pytam uprzedzając wypadki, jako że ostatnio miał kłopoty ze zdrowiem, czym nas bardzo zmartwił.

- Ależ nie, dzwonię, aby ci powiedzieć, że przeczytałem twoją autobiografię. – Oniemiałam! Tego się zupełnie nie spodziewałam. Komputer to dla niego czarna magia i broni się przed nim uparcie już od kilku lat.

- Jakim cudem to się stało? – dopytuję się, gdyż już byłam zdecydowana wydrukować wszystko i wysłać mu do przeczytania, tylko że moja drukarka wymaga nowych naboi, a ja jakoś nie kwapię się, aby je sprawić, więc czekam do gwiazdki. Jest zresztą już chętny, będzie miał z głowy szukanie prezentu!

- Moja córka przyszła i przyniosła laptop. Przeczytałem wszystko. Właśnie skończyłem i dzwonię. Powiem ci, że się nawet miejscami wzruszyłem. Pisz, będę śledził twoje poczynania– podsumował.

Świat mi się rozjaśnił już prawie do bieli, gdyż lubię pochwały, a szczególnie, gdy mam złe dni i gdy chwali mnie ktoś, z czyim zdaniem się liczę.

Pocałowałam Cynusia w czółko, starając się nie uszkodzić jego kruchości. Trwogą przejęła mnie myśl, że może dojść do uszkodzenia jego cynowości. Popatrzyłam już rozjaśnionym wzrokiem w jego oczy, niby martwe, a jednak pełne dobroci i pytam:

- To wszystko? Masz coś jeszcze w zanadrzu?! Widzę, że to nie koniec. Czoło przecięła mu zmarszczka poprzeczna, co jest dowodem głębokiego zamyślenia. Wyczułam co w trawie piszczy. Podchodzę do komputera. Sprawdzam pocztę. Pełno jakichś doniesień, ale jest i przesłanie okolicznościowe.

Pieśń ufającego Bogu: On ukryje mnie w swoim namiocie w dniu niedoli. Schowa mnie w głębi przybytku swej świątyni, na skałę mnie wyniesie.



-Ładne! -myślę sobie- i jakie budujące. No teraz już mam pewność, że może i smutna jestem, ale nie sama. O i jeszcze coś. Ktoś mnie znowu chwali, trochę na wyrost, ale widać wyraźnie że chce mi sprawić przyjemność. You Tube jaśnieje wyróżnieniem.



Pięknie napisałaś o sobie, a clipy są śliczne, kiedy mnie się uda robić takie cudeńka.



Widać, że zagraniczniak. Klawiatura nie przestawiona na język polski. Sam robi klipy o wiele lepsze niż ja, ale liczą się przecież jego dobre intencje.

- Myślę, że na dzisiaj dosyć, Aniołeczku. Dziękuję. Samopoczucie poprawiło mi się zdecydowanie. Spisałeś się nieźle, idziemy spać. – zamykam pudełeczko czule gładząc jego wypolerowaną bordowość aby nie nadużywać cynowego anielskiego ciałka.

Sami powiedzcie, jak tu nie wierzyć w Anioły Opiekuńcze.



Wszystkie wydarzenia prawdziwe!

 

W fabryce cholewek


  Wszędzie zwalniali, a u nich jeszcze spokój. Ludzie bali się, każdy trzymał się swojego stołka jak mógł, a i język trzymał na wodzy. W domu dzieciaki, rodzina… Trzeba to było jakoś ciągnąć. Tylko Tereska była jak zawsze pyskata i niczego nie owijała w bawełnę. Od dziecka taka była - jak trzeba było to i chłopaków prała po mordach, nawet starej Wyszkowskiej się stawiała.
- Janosik w damskich portkach- podśmiewał się ojciec - prawdy broni i słabszych ratuje. 
Tak już jej zostało. Ładna była to i chłopaki się za nią oglądali, ale każdy jej się trochę bał to i sama została. 

Załapała się do pracy w fabryczce cholewek. Brakarka! Robota żmudna, ale chociaż nad uchem nie furkotały jej maszyny. Jakoś szło. Po ośmiu godzinach to i tak człowiek czuł się jak wyżęta koszula na sznurze - ciążył tylko obwiśle ku ziemi. Ostatnio jednak Tereską szarpał wiaterek emocji – jej przyjaciółka Magda wyszła za mąż. Nie, że jej zazdrościła, nie, ale bała się, że Magda może znowu mieć kłopoty. 
Magda miała swoją małą firmę i radziła sobie niezgorzej, ale ten jej wybranek to był chyba trochę skrzywiony. Swoje w życiu przeszedł, to prawda, kilka żon zaliczył, ale z czyjej winy te rozwody były, nikt nie wiedział. Szlachetny był, winę brał na siebie! Przystojny to i baby na niego leciały. I taki jakiś delikatny, że każdej w głowie łatwo zawracał. 
Rozwoził te ich wyprodukowane cholewki i z Magdą miał z tej racji kontakt .Magda kobietą była elegancką, zadbaną, wszystko miała na swoim miejscu i niejeden smalił do niej cholewki, ale ona dosyć miała chłopów. Ten jej ślubny dał jej do wiwatu, oj dał. 
Jureczek zobaczył w niej anioła jakiegoś chyba, kwiaty nosił i zapraszał do przybytków kultury… W tych ciężkich czasach!? I dla niej zerwał ten swój, pożal się Boże, romans, z taką jedną, co w fabryczce pracowała i starsza było od niego o ładnych parę lat, ale jakoś się trzymała jeszcze, a chłop jak wiadomo, swoje potrzeby ma… 
Tu Tereskę bolało! Nie, że oni tam kiedyś… bolało ją to, co wczoraj widziała! Idzie z tymi swoimi papierzyskami do biura, drzwi otworem to i weszła! I co widzi i słyszy?! Do tej wyleniałej madame, która imieniny miała, Jureczek zaszedł z bukietem, jak to miał w zwyczaju (kwiaciarnie chyba zwiększały dzięki niemu obroty!!!) i ćwierka ,że I love you, że przeprasza, stało się, że mu przykro ale jej nigdy nie zapomni… 
Tereskę szarpnęło przypływem! Już miała wkroczyć do akcji odwetowej, ale w ostatniej chwili okręcił ją o 180 stopni wchodzący właśnie pan Stasiu, który w sposób losowy znalazł się w tym rejonie, i siłą odprowadził w drugi koniec korytarza. Tereska wyrywała się, ale jakoś przemówił jej do rozumu i nawet poprosił, aby Magdzie o tym wszystkim nie mówiła… Sama się teraz nad tym zastanawia, bo Magdę lubi i już niejedno razem przeszły.
Cholera! Takie głupie są te chłopy!!! Ożenił się z Magdą, świergoce jej w dzień i w nocy jaki to szczęśliwy, a jaki zakochany! Magda chyba uwierzyła i wpatruje się w niego tymi wypalonymi przeszłością oczami, w których pojawiają się już zwolna błyski szczęśliwości i nawet się uśmiecha, no próbuje, bo ona po tym co przeszła, to już zapomniała jak to się robi, a ten dureń, zamiast trzymać się swojego ogniska domowego, które Magda dla niego rozdmuchuje, zawraca bez hamowania i współczuje tamtej, samotnej teraz, obnażonej prawie do pasa, a ziąb przecież, ale ona uwidacznia przywiędły rowek miedzy piersiami (tak to się robi wielolatce, piersi na siłę w górę, ale zmarszczki na widok wyłażą!) i ma nadzieję, że jeszcze kogoś skusi… 
Tereska już teraz wie, dlaczego te rozwody tak go się trzymają! Która kobieta to wytrzyma! W końcu wóz albo przewóz! Jezu, dlaczego to Magdę spotkało… Jak ona się od kogoś o tym dowie…


Modnisia

Poświęcenie jest ślepe, przywiązanie jest ślepe, pożądanie jest ślepe - ale nie prawdziwa miłość. Nie popełnij błędu i nie nazywaj tych uczuć miłością.
Anthony de Mello — Przebudzenie

Była normalną, ładną dziewczyną, romantyczną śmieszką, ciekawą życia i ludzi. Wszystko zmieniło się, gdy spadły na jej białą, śliczną, ślubną sukienkę krople namaszczenia.

Mąż, po roku trwania związku, ze zdziwieniem stwierdził, że gładząc przed zaśnięciem jej plecy, wyczuwa małe wypustki w okolicach łopatek. Nie mówił nic, tylko co wieczór z coraz większą ciekawością wędrował ręką od karku do bioder, nie zatrzymując się w tych miejscach, aby nie wzbudzić jej podejrzeń. Kiedy narośle pod jego dłonią doszły do wielkości skrzydeł wróbla, przeraził się. Co będzie, gdy inni dostrzegą także te zmiany?! Zaczął doradzać jej, aby nosiła falbaniaste sukienki i otulała się szalami. Zabiegana, nie zwracała zbytniej uwagi na jego słowa. Ubierała się tak, jak chciał, aby sprawić mu przyjemność. Jego zaczęła jednak męczyć ta sytuacja. Gdy mówił jej o tym, śmiała się tylko i popatrywała w lustro prasując lub czyszcząc podłogę.

Bywał już tym wszystkim zmęczony. Ona wszystko robiła najlepiej, a skrzydła rosły i rosły, aż otuliły ją prawie całą. Dziwił się tylko, że inni ludzie nie dostrzegają tych zmian. Z biegiem czasu przestał dotykać jej pleców. Białe pióra paliły jego wrażliwe dłonie. Kładł się spać później, wymawiając się pracą. W końcu zaczął wracać, gdy okna domu czerniały wygaszonymi światłami, a nawet znikać na całe noce. Męczyła go jej wszechogarniająca wszystkich dobroć.

Najpierw zaczęły z jej nóg spadać buty. Chodziła zbyt wiele, gdyż prowadzenie domu spoczęło teraz na jej barkach, więc buty darły się, aż w końcu na użytek domowy zupełnie z nich zrezygnowała. Chodziła boso po domu i ogrodzie. Zahartowała organizm i obuwie przestało być jej potrzebne. Dłonie, kiedyś tak smukłe i delikatne, stały się dziwnie szerokie, a przedramiona muskularne. Rękawy sweterków i sukienek ciągle podciągane, aby nie zmoczyły się w czasie prac domowych, rozciągały się i stawały nieestetyczne. Nosiła więc bluzki z rękawami do łokcia. Było to nawet wygodniejsze. Spódnice, atakowane przez dzieci, które z upodobaniem czepiały się ich brzegów, strzępiły się i stawały nierówne. Zostawiała je takimi, jakimi były - dłuższe z tyłu, krótkie, wystrzępione z przodu. Inne kobiety myśląc, że to najnowsze trendy mody, zaczęły ją naśladować. To prawda, że mąż często przywoził jej nowe ciuszki z zagranicznych wojaży, tylko ona nie miała kiedy i gdzie ich nosić.

Dzieci coraz częściej wpadały do domu tylko po to, aby coś zjeść i się przespać, mąż wracał późno w nocy, albo wyjeżdżał na całe tygodnie, nie było więc sensu aby po powrocie z pracy wkładać ładny strój domowy. Legginsy i thisert zupełnie jej wystarczały. W chłodne dni nakładała długi, rozciągnięty sweter. Upodobniła się z biegiem czasu do koloru skórzanych mebli, a jej sylwetka odbijała się jak duch w lśniących posadzkach, gdy przemierzała mieszkanie w poszukiwaniu drobinek kurzu. W końcu potomstwo wyjechało z domu, mąż wyprowadził się do kochanki i wpadał tylko wtedy, gdy problemy życiowe dzieci szczerzyły zębiska. Dziwił się, że jej anielskie skrzydła, które dla niego były w dalszym ciągu widoczne, nie są rękojmią rozwiązywania problemów, na których jemu zależało coraz mniej. Przeszła w końcu na emeryturę i stała się przeźroczysta także dla otoczenia.

Mąż, prowadząc zbyt intensywny tryb życia, nadużywając viagry, pożegnał się w końcu ze światem. Jego serce nie wytrzymało. Przed samą śmiercią sprowadził się do domu i to ona sprawiła mu godny pochówek, jak na żonę przystało. Przywdziała teraz czarne, wdowie szaty, które zakupiła w najelegantszym sklepie w mieście. Wyglądała dostojnie i szykownie, gdy siadała na ławeczce obok grobu tonącego w kwiatach i w skupieniu odmawiała różaniec za duszę człowieka, który widział w niej anioła. Spoczywał teraz cichy i uległy pod piękną marmurową płytą. Dbała o to miejsce, położone przy wejściowej bramie cmentarza, z całego serca. Ludzie przechodzący obok pozdrawiali ją skinieniem głowy lub lekkim ukłonem, aby nie przerywać jej nabożnego skupienia.

W rok później wyszła za mąż za pana Jana, który w alejce obok doglądał z poświęceniem grobu swojej zmarłej żony. Zaczęła nosić teraz piękne sukienki kupowane w najlepszych magazynach. Jan rozpieszczał ją niemiłosiernie. Wpatrywał się w nią z uwielbieniem i spełniał jej marzenia, zanim zdążyła mu o nich powiedzieć. Nie czuła się jednak w pełni szczęśliwa, gdyż za sprawą Jana po jej skrzydłach zostały tylko małe wypukłości…

 

 
suma wejść na stronę - 258500,
odwiedzających - 86771,
dzisiaj -9
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Wierszyk o szczęściu - donna lukrecja
 
Jestem szczęśliwa, kochana i zdrowie mam też.
Brzozowa gałązka puka do okien z rana,
pieśń tylko dla mnie śpiewa za kominem świerszcz.

Jestem szczęśliwa, gdy upał i gdy leje deszcz,
gdy wiatr hołubce wycina z liśćmi klonu.
Pogoda przecież zmienną bywa, ja zresztą też.

Jestem szczęśliwa, gdy otwieram rano oczy,
A ktoś tarmosi za włosy mnie- „Zobacz babciu,
Ząbek wczoraj mi wypadł, jestem już duży, wiesz?”

Jestem szczęśliwa, tylko tak jakoś... inaczej.
Czyżby słońce przybladło lub przestał pachnieć bez?
Kiedy się jest naprawdę szczęśliwym - któż to wie.
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=