Animals

                                             

                                          Kocie rozpasanie                                                                             


Jestem czasowo opiekunką kotów, nie karmicielką, tylko opiekunką. Właścicielka powierzyła mi zadanie do wykonania – koty mają schudnąć, a już na pewno nie przytyć! Jako osoba odpowiedzialna, a takiej powierza się sprawy z którymi samemu nie umie się poradzić, wkroczyłam pełna dobrych chęci do akcji.

 Koty są dwa, znam je od dawna i jestem z nimi spoufalona, ale nasze granice bliskości raz się rozszerzają, a raz kurczą, w zależności od sytuacji.
Kiszot to przylepa, ciekawska wszystkiego co nowe dusza, pękaty jak balonik obrośnięty rudą sierścią, zaczepno towarzyski, dominujący kocur, mimo że kastrat, co wpłynęło na jego wygląd i skłonność do nadmiernego objadania się.
Księżniczka Kiczka mięciutka jak puch, o oczach pełnio-księżycowych, dużych jak talerze, utrzymuje dystans w stosunku do osób mniej znanych, niepoprawna marzycielka wpatrująca się z upodobaniem w przepływające po niebie chmury.

 Chodzę je doglądać dwa razy dziennie. Moje wejście jest zawsze oczekiwane, co jest sprawą oczywistą, w końcu coś nowego zawsze wnoszę w ich codzienność. W drzwiach wita mnie Kiszot, ociera się o moje nogi, domaga się głaskania i co chwila wbiega do kuchni, zanim się rozbiorę, abym nie zmyliła drogi do żarełka, które tam pojawia się wraz z moim przybyciem. Po odpowiedniej dozie czułości przystępuje do konsumpcji, a ja zajmuję się Kiczką. Najpierw lekkie podrapanie za uchem, bo inaczej księżniczka nie spożyje pokarmu, później trwanie na posterunku obok niej, gdyż inaczej rudas podbiega ruchem wahadłowym i zjada z jej miski, raz u siebie, raz u niej i w ten sposób powiększ swoje zasoby. Patrzy na mnie z wyrzutem, gdy mówię zdecydowanie- nie, maszeruj do swojej michy - ale odchodzi, w końcu ja jestem wyżej postawiona w hierarchii tego domu. Daje mi odczuć swoje niezadowolenie, gdy już najedzony układa się na dywanie i patrzy na mnie, ale nie podchodzi, aby pogadać. Biorę go na ręce trochę siłą, głaszczę i patrzę w te miodowe ślepska, wtedy on mówi- miauu.
- Zachowujesz się okropnie grubasie!- napominam.
- Miau- staje się krótkie i ostre.
- Porządny kot się tak nie zachowuje! – udzielam reprymendy.
- Miau, miau, miau – warczy w wysokich registrach.
- Ma mi się to nie powtarzać!!!
Tego już widocznie dla niego dosyć, gdyż wyrywa się i ucieka. Zawsze się zastanawiam, czy on rozumie co ja do niego mówię, gdyż kiedy go chwalę, siedzi spokojnie i zadowolony mruczy przymykając oczy. A może wyczuwa ton mojego głosu?! W każdym razie rozmowa z nim jest możliwa, z Kiczką nie, ją tylko można głaskać, kiedy jest na swoim terytorium, o żadnym braniu na rękę nie ma mowy.
Teraz zaczyna się dalszy ciąg przedstawienia. Rudy pędzi do kuchni, gdzie miska jest już pusta i należy wywalczyć dokładkę. Wygląda z kuchni i miauczy, a ja udaję że nie widzę, przychodzi wtedy i zachęca mnie abym podążyła za nim, wraca i łasi się, biegnie i wraca aż w końcu mnie ugada i dostaje jeszcze małe co nieco.
Otwieram drzwi na balkon i towarzystwo wychodzi zaczerpnąć świeżego powietrza, popatrzeć na gołębie. Widzę jak nerwowo reagują na przechodzące psy, aż sierść im się jeży na grzbiecie.

 Przychodzę w któryś dzień i przestrach gasi moje słowa powitania, które zawsze wypowiadam , gdyż nikt mnie nie wita.
- Ki licho, pochorowały się czy co?!
Widzę, że Kiszot rozłożył się na łóżku i ziewa przeciągle, tak że widać mięsnie gładkie przełyku, ale nie rusza wcale w moją stronę, księżniczka ledwie otwiera talerzaste oczy i nie unosi się z posłania...
- No, myślę sobie, będzie zadyma!
Spoglądam na podłogę, walają się jakieś kawałki folii.. Zdejmuję szybko kurtkę i ruszam do kuchni. Przeczucie mnie nie zawiodło. Torba, w której było jedzenie, a postawiona była na szafce gwoli mojej wygody, leży na podłodze świecąc dwiema dziurami, z których nieśmiało wysypują się resztki jedzenia!!!!
Koty urządziły balangę zapewniając sobie rozrywkę w ciemną, pustą noc!!!
Moje serce skurczyło się z żalu, moje serce załkało bólem...
Więc te powitania to tylko walka o zapełnienie żołądka, to podlizywanie się, to zapewnienie sobie mojej przychylności, aby przetrwać!!! A ja głupia wierzyłam, że mnie lubią i jeszcze miałam nadzieję, że zdołam je przekonać do utrzymania diety!!!

 Koty są jak mężczyźni, miauczą, przytakują, łaszą się i obiecują, chodzą za tobą i wpatrują się tymi rozjarzonymi oczami, a podnieceni wizją omotania cię, kładą sierść po sobie. Syci zostawiają cię i szukają nowych podniet, albo śpią spokojnie przeciągając się we śnie, a ty zdruzgotana porażką łkasz w głębi duszy licząc na to, że może chociaż wrócą, aby napełnić żołądek. To się nazywa miłością...

 Teraz idę nakarmić koty. Lubię koty, widocznie jestem taka sama jak one.

Łabędzie stadło

 
 

- Cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć - 

Po drugiej stronie małej zatoczki żeruje łabędź. Patrzymy ze zdziwieniem, gdyż ptaki te najczęściej żyją w parach, a ten sam jak palec. Cisza wieczoru przyczernia już korony drzew odbijające się w pozłocie słonecznej na wygładzonej tafli jeziora, usypia siedzące na pomoście kaczki, tłumi krzyk szarych czapli w zaroślach i przywodzi nareszcie do zatoki łabędziego męża marnotrawnego. Podpływa jakby nigdy nic do swojej partnerki i razem wyruszają na drugi brzeg zalewu na spóźnioną kolację. Majaczą w półcieniach ich białe sylwetki, szyje raz po raz rytmicznie zanurzają się w wodzie, aż w końcu ptaki stają się prawie niewidoczne.

Zaciekawiła nas ta para łabędzia. Jest tylko jedna w tej części Zalewu Koronowskiego, który objęty sferą ciszy stał się przyjazną przystanią dla wielu zwierząt. Codziennie zaczynamy spacer poranny od nakarmienia ptaków, gdyż nie mamy sumienia patrzeć obojętnie jak podpływają do nas, widocznie przyzwyczajone do zdobywania tą drogą pokarmu. Leonard ściąga ze stołu w restauracji plasterki sera, wyłudza od przesympatycznego kelnera stary chleb i po śniadaniu biegnie do swoich ulubieńców. Na jego widok królewskie ptaki suną lekko i radośnie w jego stronę, odpędzają kaczki, które już obstawiły pomost i często biorą jedzenie z ręki. Na pierwszy rzut oka widać, że pomiędzy parą łabędzi nie ma harmonii. Dominujący samiec, większy, z dziobem żywo- czerwonym, wyraźnie lekceważy partnerkę. Wyjada jej sprzed nosa kęsy jedzenia, odpycha ją, a nawet karci dziobem i odpędza. Budzi to nasz sprzeciw, a nawet wyraźną niechęć do tego apodyktycznego samca. Leny rzuca kawałki chleba pod sam dziob samicy, która trzyma się w bezpiecznej odległości wyraźnie zastraszona, bladodzioba i smutna, zachęca ją do jedzenia i przemawia do niej łagodnie, ale nie na wiele się to zdaje, gdyż małżonek wszystko ma jej za złe. Zapasy chleba się kończą, kaczki wybierają dryfujące resztki, ryby uwijają się w niższych partiach wody połykając okruszki, a i łabędzie zrozumiawszy, że to koniec uczty, odpływają w dziwnym szyku - najpierw pan i władca, a za nim pokornie, w znacznej odległości, przygaszona małżonka. 

Wędrując codziennie wokół zatoki obserwujemy mieszkańców. Bobry znaczą swoja obecność ostro zatemperowanymi pniami drzew, zwalonymi konarami zalegającymi brzegi. Jeden z nich podobno wynurzył z wody głowę, aby spojrzeć na Leonarda! Miał chłopiec szczęście, ja widziałam tylko scenę polowania na przeciwnym brzegu, słyszałam łomot bijących w wodę łap, a mama Leniego nieustalony do końca cień pod powierzchnią wody, który podawał się za bobra. Warto jednak było zapuścić się w te ostępy, aby obejrzeć malowniczy krajobraz - wysoka skarpa, w dole oczka wody porośnięte rzęsą, przepusty wodne, ptasie wyspy i piękny sosnowy las dopełniają się wzajemnie. Łabędzie podpływają w te okolice z rzadka, ale niekiedy je widzimy. Sielankę przerywa dopiero chrumkanie w niedalekim zagajniku, coś jakoby odgłos żerujących, a może wypoczywających tutaj dzików. Nasz odwrót zamienia się w rejteradę. Dziesięcioletnie męskie ramię, wyraźnie podniecone spotkaniem, chciało koniecznie zostać, aby zobaczyć zwierzę wydające tak miłe uchu dźwięki, ale nie my! Biegniemy brzegiem jeziora przypuszczając, że dzik nie jest tak głupi, aby dokonywać szarży w kierunku wody, gdzie już nie byłoby dla niego odwrotu. Nie pokazał się jednak, ale już od tej pory omijałyśmy te okolice zadawalając się pomostem, gdzie nad brzegiem Leonard z podbierakiem w ręku łowił raki i żaby, a niekiedy pijawki i ryby, które po oględzinach odzyskiwały wolność, i okolicznymi laskami znacznie bardziej nam przychylnymi. Przyjaźń z łabędziami wyraźnie się w związku z tym zacieśniła.

Penetrując zakątki zatoki, bardziej dostępne z pokładu rowerku wodnego, obserwowaliśmy życie naszych pupilów. Nieszczęście wyzierało wyraźnie z oczu łabędzicy. Zostawiona sama sobie na długie godziny tkwiła nieruchomo nad brzegiem nie interesując się niczym. Gdzie przebywał łabędź trudno było nam ustalić, gdyż nie wypuszczaliśmy się zbyt daleko na jezioro. Liczne zatoczki i odnogi widoczne z daleka umożliwiały łatwe ukrycie się. Zastanawiające było tylko dlaczego na te wyprawy nie wybierali się razem. Kęsy pokarmu łabędzica przyjmowała bez entuzjazmu i widać było, że woli zostać sama. Któregoś wieczoru Leonard skusił się po kolacji na pizzę i lody. Lody zjadł, ale z pizzą nie radził sobie, a może nie chciał sobie radzić, gdyż miał inne plany. Poszliśmy więc nad brzeg zalewu. Sylwetki łabędzi majaczyły w półmroku na tle ciemnej ściany lasu. Na nasz widok zaczęły szybko płynąć ku pomostowi. Najpierw, jak zwykle, mknął samiec, a daleko w tyle łabędzica. Podpłynęły do nas i zaczęły niespodziewanie z nami rozmawiać. Wyciągały szyje, kiwały łebkami, wydawały syczące dźwięki wyraźnie odpowiadały na nasze słowa. Pizza im widocznie smakowała. Trwało to kilka minut i później już zawsze się powtarzało przy każdym spotkaniu. Na moje uwagi dotyczące krzywdzącego zachowania łabędzia w stosunku do samicy otrzymywałam syczące i zdenerwowane odpowiedzi i widziałam, że gdyby mógł traktował by mnie tak jak swoją partnerkę, a nawet może i pogonił z pomostu. Wyglądało to zabawnie, ale nam było żal łabędzicy. Zawsze nas zastanawiało dlaczego para łabędzi o tej porze roku nie ma młodych, ale przecież bezdzietne stadła też się chyba zdarzają?! Ciekawość dotycząca losów tej pary w końcu zwyciężyła i zasięgnęłam języka odnośnie jej losów. Prawda okazała się okrutna. W okolicy bardzo rozpanoszyły się lisy, które polują na młode ptaki. Dzieci tej pary też padły ofiarą. Lisy okazały się sprytniejsze, niż tato, którego obowiązkiem było strzec bezpieczeństwa swojej rodziny. Teraz swój żal wylewał na samicę, oskarżając ją o tragedię utraty potomstwa, a ona cierpiała tak, jak cierpi każda matka, gdy jej dzieci szybciej odchodzą z tego świata, niż ona. Łabędzicy tak naprawdę było już wszystko jedno. Żyła dlatego, że instynkt przetrwania jej to podpowiadał i za nic jej było poniżające traktowanie. Ból po utracie dzieci był silniejszy, niż to, co się działo wokół.

Cicha toń ciemnej tafli wody wieczorem, zimny blask rozgwieżdżonego nieba nie przynosiły wytchnienia w nieustającym smutku tej pary. Bycie we dwoje nie dawało wsparcia. Pogrążali się w swojej samotności i smutku każde na swój sposób.
 
suma wejść na stronę - 245518,
odwiedzających - 82550,
dzisiaj -27
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Moja aktywność w Internecie
 
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=