Wypustki - wiersze


moje wiersze 

Ostatnio dodane

Przeciwności losu

Chciałam dzisiaj napisać wiersz,
naprawdę chciałam, jednak
zapodział się gdzieś ten ktoś,
komu wierszem dokuczałam.

Teraz międlę jakieś brednie
o pełznących nocą słowach,
szeptach, świtach, tatarakach
od których boli mnie głowa.

Niech tutaj zjawi się ktoś,
kto przekroczy bramę czasu,
albo zamilknąć przyjdzie już
by nie robić ambarasu.




Niepewność

Księżyc spogląda w moje oczy
srebrzysty i milczący
czekam przyjdź kusi blado
a ja jak bezradna ćma
trzepocę strzępami myśli
chętnie spaliłabym się w nim
lecz nie jestem pewna jego słów
może mi tylko się przyśnił


 

Kochankowie z ulicy Polanka

taka piękna jest z nich para
on już stary, ona stara
pochyleni, przytuleni
rytmem laski zjednoczeni

ona krucha, szczupła, blada,
przygarbiona, pomarszczona,
lecz dla niego zawsze piękna,
matka dzieci, jego żona

dni topniały im o zmroku,
grzały noce, bledły ranki
zawsze razem szli przez życie
kochankowie z ulicy Polanki

schyłek trwania dzierżą razem
wspomagając się wzajemnie,
ona go uśmiechem darzy,
on prowadzi ją pod rękę

ile jeszcze dni i nocy
przetoczy się przez ich życie,
nie wie on i ona nie wie,
nie chcą trzymać nic w ukryciu

głaszcząc czule po policzku
wyznał miłość swej wybrance,
Afrodycie swego życia
zamieszkałej na Polance


Rzeka złudzeń

Żal mi złudzeń o złoconych brzegach,
koronkowych, lekkich jak mgiełka,
gnanych z prądem, gubiących prawdy
złudne i czcze, nam przeznaczone.

Żal mi przysiąg bez zobowiązań,
chimerycznych, skrytych w sitowiach,
lekkich, barwnych, rozkapryszonych,
rzuconych dziś, jutrem rozmytych.

Żal mi marzeń. Mkną teraz rzeką
srebrnych cieni, wygasłe, blade,
pokurczone. Przechwyć je świtem,
rozświetl blaskiem, skieruj w mą stronę.



Pod powiekami

Przycicham, zamykam oczy,
pulsuje szarość, drżą cienie.
Powoli rozjaśnia się mrok,
jesteś! Ty, pamięć, wspomnienie…

Twój obraz zjawia się zawsze,
przywołać mogę go myślą,
bez trudu zjawiasz się przed snem,
gdy cienie nocy zamilkną.

Widzę twoje dobre oczy,
w uśmiechu rozwarte usta,
czule rozwichrzone włosy,
dotykasz je, ręką muskasz.

Wiem, że nie jest ci tam lekko,
cierpisz, trujesz się myślami,
dla mnie jednak miłą masz twarz,
troski zostawiasz za bramą.

Czy mogę odrzucić myśli,
schować, podarować ciszy?
One są, nie znikną nigdy,
wrażliwa dusza je słyszy.



Zstępna


nie bała się osądu,
niech tupią.
wyślizganą drogą
i tak podążą słowa.
hamowało ją matczyne
- a nie mówiłam…

starała się,
dźwigała dekalog
przymykając oczy,
zło zgarniała pod dywan,
nadgryzione często wracało
wiatrem popędzane.

miała być lepsza,
szczęśliwsza, bogatsza
podobno w czepku urodzona…
                               
 
Dar

Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle
Czesław Miłosz


Cover – nowa aranżacja, interpretacja istniejącego utworu odtwarzana przez wykonawcę, który nie jest jego pierwotnym, znanym wykonawcą.
 
 

Szczęście

Wirowały dni.
Wycieraczka przed wejściem środkiem łysiała.
Ktoś wchodził, wychodził.
Opadała ze zmęczenia  klamka. 
Buntowały się nienaoliwione drzwi.
Cisza przyszła niespodziewanie.
Zasiadała zmęczona na progu.
Podeszłam do okna. 
Niebo jasniało, dusząco pachniały akacje.
Z ufnością wyszłam z domu.
Zamknęłam drzwi.
Szczęście nieśmiało spytało – czułaś mnie?
Zdziwiona wróciłam.
Na drzwiach zawieszono już inną wizytówkę.
 
Jesienna miniaturka

w szparach kory sosnowej
chrobocze mech siwucha
karbuje suche włosy
pieśni jękliwych słucha

wiatr zawodząc kanony
zwiastuje szybką jesień
lato ucieka chyłkiem
wrzesień zimne mgły niesie




Wrzosy

Zebrały wrzosy barwy liliowo-purpurowe
zwinęły ciasno w pączki, czekają
na słońce wrześniowe, niech przyjdzie, oceni, rozwinie
dywany chrzęstne pod niebem lazurowym.

Szedłeś tędy, widziałam, szeleściłeś zmyłką,
mierzyłeś wysokość wrzosów nogą w trampek obutą,
omiatałeś wzrokiem przestrzeń
od drzewa do drzewa, nić pajęczą przerwałeś
z rozmysłem, niech pająk na ziemi swoją pieśń dośpiewa.

Za chwilę wszystko zgaśnie, barwy, słońce, znaki.
Nie zabiorę do domu znaczonych wrzosów,
zwiastują nieszczęście. Oplotę babim latem, dla niepoznaki.





 
Wszystko ma sens

rzucasz słowa. rozdymają się jak żagle,
za chwilę cichną. unosisz powieki,
oczami żebraka prosisz o przebaczenie,
za dzisiaj i jutro. Hosanna.

zbieram okruszki sylab, układam szybko
jak skarpetki nie od pary, na dnie szuflady.
śmiejesz się. przełóż bagnem, radzisz,
mole zapomnienia je ominą.

przebieram w nich teraz, odkurzam,
do życia przywracam. błyszczą wspomnieniami.
są moje, wystarczą na resztę życia,
węgielne kamienie miłości.


 Pamięć

Oni się nie zestarzeją,
zostaną w naszej pamięci
z twarzą zatrzymaną w kadrze,
dobrzy lub goryczą ścięci.

Ich twarze blakną, znikają
w sepiach i brązach już toną,
tylko w snach wracają jeszcze,
później odchodzą do domu.

Będziemy o nich pamiętać,
na grobach zapalać znicze,
starzeć się w cieple wspomnień,
a łzy ocierać skrycie.




Odłamki

Ku przestrodze*)
Mieszkańcom przy ulicy Podwale 7 żyło się spokojnie. Władek K., mieszkaniec osiedla, wysiadł z samochodu, który zaparkował na parkingu przed blokiem, wziął do ręki bukiet kwiatów umieszczony na tylnym siedzeniu i z poszedł ścieżką przez trawnik do domu.
Werka czeka już z obiadem - pomyślał.
Miał ją ciągle przed oczyma. Była piękna, ale nieufna. Ślub wzięli dwa lata temu. To chyba on w tym związku zostawiał głębsze ślady w piasku miłości. Przekonał się o tym wczoraj, po powrocie z zakładowej imprezy integracyjnej. Werka zasypała go gradem wymówek już od progu. Zadawała podejrzliwe pytania. Wszystko co zrobił, było nie tak. Ciągle czuła się jak zagrożony ptak, gotowy atakować.
Kiedy się poznali, była rozbita zupełnie. Nie mogła udźwignąć zdrad męża, kłopotów z dzieckiem. Wzruszyła go jej bezradność. Była taka piękna! Chciał być dla niej oparciem. Nie przewidział tylko, że zranione serce powinno mieć czas, aby się wygoić. Należało najpierw wyjąć delikatnie wszystkie odłamki tkwiące tam po wybuchu, pozwolić na zabliźnienie się ran. On nie chciał jednak czekać! Teraz płacił za swój pośpiech. Nie miał już sam pewności czy kwiaty pomogą.

***

Najpierw scałuj lodowe łzy,
szalikiem otocz szyję,
rozwiej mgły ruchami warg,
sprawdź dla kogo serce bije.

Dopóki w jej sercu tkwi cierń,
drgają wichry pamięci,
nie pomoże szybki ślub,
tobą zalecza nacięcia.

Możesz zaklinać ją wiatrem,
krople z gwiazd z ust wytaczać,
ją pochłania sztabek blask…
dla tobie zostaje praca.


*) Powiastka dydaktyczna

 Mowa kamieni

Możesz kochać nawet kamienie,
czcić je i pokłon im składać,
tulić je czule w swych dłoniach
i baśnie im opowiadać.

Możesz je turlać pod górkę,
kaczki z nich puszczać po wodzie,
ukrywać w kieszeni na dnie,
lub zakopać gdzieś w ogrodzie.

Możesz szlifować, obtoczyć
nakreślić znaki runiczne,
nie rzucaj tylko kamieniem
w me okna, o bladym świcie.

Jutrzenka rozdziera niebo
świetlistym blaskiem nad ranem,
bym chwycić mogła twój kamień
poznając słowa nieznane?!

 



Cisza
Zamilkło wszystko dzisiaj nad ranem
okryte białym, puchowym płaszczem.
Zdziwiona cisza skryta za bramą
jakże się cieszy, aż w ręce klaszcze.

Spojrzałam w okno, widzę siostrzycę,
Zdąża już do mnie nieśpiesznym krokiem,
Dzwoni bezgłosem, prószy spokojem.
Zamieszkam z tobą! – Nie! głośno krzyczę.

Dosyć mam ciszy, dosyć milczenia
Pełzającego z kąta do kąta.
Wieczorem tylko nutki mi dzwonią,
Bohater książki słowem potrząsa.

Wolę już ostry dzwonek komórki,
Chociaż ktoś żywy po drugiej stronie.
Starość zbratana z ciszą od zawsze.
Ja się nie poddam, ja się wybronię!



Przywoływanie męża marnotrawnego

Niech ci się nie wydaje,
że mnie można kimś zastąpić.
Jestem jedna, jedyna,
nie powinieneś w to wątpić.

Łapiesz w locie marzenia,
przyciskasz do ust, co płoną.
One, odpłyną, znikną,
za czasu mdłą zasłoną.

Tylko we mnie jest stałość,
miłość i trwanie wieczyste.
Mnie możesz ufać zawsze,
moje intencje są czyste.

Za nic mam twe odloty,
fruwanie z kwiatka na kwiatek.
Przy mnie odnajdziesz spokój,
i życia barwny bławatek.

Do mnie przychodzisz we śnie,
pokładasz się na tapczanie,
tulisz się, lecz wiesz przecież,
głowa mnie boli, kochanie.

W domu jest twoje miejsce,
transcendentalne spełnienie,
radości, smutki, dzieci
i kawy rannej parzenie.

Nie obiecuję kotku,
że powrót twój będzie gładki -
wikt, opierunek, łoże,
i ramion mych ciepłe macki.

Jakaś kara cię spotka,
może ci oczy wydrapię?!
Zazdrość mną miota czasem,
a w myślach buszują szarpie.

Nie martw się jednak miły,
klawiaturę braille'a kupię,
z domu mi już nie fruniesz,
chyba po moim trupie.

Małżonką jestem ślubną,
daną ci na wieki wieków.
Wracaj, gołębiu płowy.
Czy ty masz serce człowieku...



ulotni kochankowie

znają się z czasów zaprzeszłych
i tak już pozostanie
dotykają pamięci zdarzeń
kącikiem warg
w czasu jasnej bramie

starają się uśpić serce
do snu je ukołysać
lecz pamięć budzi się nocą
rozdziera zasłonę
lśni wtedy dusz ich kryształ

łączą ich nici tajemne
snujące się wizje obrazy
mkną nurtem niedościgłym
utkanym z pragnień
o których ciągle marzą

niespełnieni kochankowie
zagubieni pośród świata
czują dotyk swych myśli
bladym świtem
gdy noc z rankiem się brata

Oczarowanie

W zimowe ranki, śniegiem oprószone,
panna Agata śpiesząc do pracy,
park przemierzała, dech tracąc i wiarę,
że coś się zmieni, coś będzie inaczej.

Dzień za dniem mijał. Staw pokryty lodem
sztywniał bezradnie, dysząc przeręblami,
lecz ona ufna, że spotka tu kogoś,
czesała przestrzeń czujnymi oczami.

O dniu szczęśliwy! Dostrzegła go w dali.
Stał obok ławki. Jaki elegancki!
Młody, przystojny, uśmiechem ją wabił,
zarzucił szalik ruchem tak szarmanckim.

Lecz przeszła mimo, odwróciła oczy.
Tak go mijała przez dni kilka z rzędu.
Kobieta była, niech ją zauroczy.
Tak mile patrzył, gdy szła do urzędu.

Słońce przygrzało dnia któregoś wreszcie,
śnieg umknął żwawo, poczerniała ziemia.
Zapłonął płomień w serduszku Agaty,
coś w jej uczuciach zaczęło się zmieniać.

Postanowiła więc bieg nadać sprawie,
łamiąc milczenie zawisłe w przestrzeni.
Po kruchym lodzie radośnie przebiegła,
by poznać pana i los swój odmienić.

Przez trzepot powiek czar oczu roztacza,
lecz on gdzieś zniknął ? Kapelusz latawcem
nad drzewem wzlata. Obok ławki tylko
czerwona róża, biały liścik leży -

Byłaś mi lodem! Co to znaczyć może?
Nie kiwnął palcem, odszedł bez wahania.
Walentego przecież, a ona tu sama!
Pojęła wreszcie. Kochała bałwana.

Wypełnić się musi

(śnią mi się powstaniec i teraz już wiem to,
co wiedzieć powinnam
)

nie znam twego imienia
lecz szukam od lat wielu
zbratana jestem z tobą
pamięcią przyjacielu

nie wiem kim byłeś dla mnie
małżonkiem ojcem synem
poszedłeś w bój jak wielu
w krwawą czasu godzinę

sam teraz do mnie wracasz
nocą kołyszącą troski
twarz znajoma i mundur
nie budzą wątpliwości

niebieski srebrne guzy
w dwóch rzędach przyszywane
wysokie czarne buty
za pasem broń schowana

nie masz na głowie czapki
i smutny jesteś taki
wesprę cię odkryję czyny
na grobie złożę maki


Pętla czasu

Trwoży się moja myśl
w jałowej przestrzeni.
Wiatr rozrywa twą twarz
w mgławicę przemienia.

Byłeś mym wielkim Bang,
eksplozją kosmiczną,
potrójną gwiazdą Lwa
magnitudą sejsmiczną.

Nie odchodź, nie znikaj
w krótkiej pętli czasu,
blednie obraz twój
w głębi szarych światów.
 


Żebraczka

Kochasz mnie?- powiedz to, teraz!
Oczy zasnute łzami,
serce z trwogi zamiera.
Kochasz, powiedz?!

Umyka zamyśleniem w dal
kamienna twarz kochanka,
zza ściągniętych warg syk-
Wiesz, nie pytaj.

Miłość umiera nad ranem,
odchodzi bez pytania.
Pustym dźwiękiem są słowa
bez miłowania.





 


 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Reaktywacja strony
 
Miłkowice moja rodzinna miejscowość - Historia i teraźniejszość
 
Strona www MIŁKOWICE - kliknij
Mój portret własny
 

...Szła przez lata z uporem muła
Brzemię to było czy radość istnienia?
Cieszyła się każdym koralikiem
Ofiarowanym na kolejny dzień zwątpienia.
Jedyna wybrana lub wzięta
Do spełnienia zadań przedłużenia gatunku .
Brała ofiarowane, dawała garściami .
Odkładała na półkę marzenia -były ważniejsze sprawy.
Słaba kobieta wznosiła mury domu .
Nie mogły się rozpaść słowami naruszone.
Wypuściła opierzone pisklęta w świat
Gładząc ich piórka nastroszone.
Kochała po krańce istnienia
Nie składała zażalenia....

Halina Studzińska
fasti
 
Odwiedziło stronę 3893 Odwiedzający