styczeń 2012

styczeń 2012



1 stycznia 2012

Wkroczyłam śmiało w rok 2012! Wczoraj spędziłam wieczór przy telewizorze. Było zupełnie przyjemnie. Wybrałam film o Chopinie, dlatego że tak się składało, że nigdy do końca go nie obejrzałam, a przecież takie nagromadzenie emocji i poplątanych układów damsko - męskich nie zdarza się na co dzień. Ludzie prowadząsię raczej bogobojnie. Drugi dotyczył osamotnionego dziecka żyjącego w rozbitej rodzinie. To „Serce Klary”. Whoopi Goldberg jak zawsze świetna. Na temat urody nie będę się wypowiadać. Brzydulę też można kochać.
Sztuczne ognie wachlarzowato rozświetlały niebo, od czasu do czasu ktoś sobie o mnie przypomniał i zadzwonił. Było dobrze. Samotność nie jest tak straszna. Chciałam doświadczyć, to doświadczyłam i powtórzę w przyszłości.
Jedyne, czego żałuję, to to, że nie tańczyłam w młodości na wielkim balu… Same zabiegi wokół takiego imprezowania już dowartościowują kobietę. Trudno, nie było mi dane i już nie będzie. Nie będę miała sukienki balowej, butów na niebotycznych obcasach… Cóż, są sprawy, które mnie w życiu ominęły.
Zawiesiłam nowy kalendarz, porządkuję komputer. Trzeba zmienić hasła, jakoś ułożyć wszystko i koniecznie wybrać się na spacer. Po południu zabiorę się za stronę Miłkowic. Mam nowe, ciekawe materiały. Muszę przyznać,  że mam szczęście do ludzi, którzy mnie wspierają w przedsięwziętych zamiarach. Przychodzą i ofiarowują pomoc. To jest naprawdę piękne.
Słońce dzisiaj wypłynęło na niebo jak ognista kula. Należy to koniecznie wykorzystać, gdyż nie wiadomo jak długo to potrwa. 
Zobaczymy Nowy Roku co z sobą przyniesiesz. Raczkujesz dopiero i nie wiadomo co z Ciebie wyrośnie.
Norkę kanadyjską obrałam za symbol stycznia tylko dlatego, że mi się podobała.

3 stycznia 2012
Nowy Rok bieży jak należy, a to znaczy że wszystko staje się możliwe. Rano dzwonek, listonosz i niespodzianka. Moja Emilka przysłała mi mój portret, obraz olejny!!! Jak ładnie zrobiony- w tonacji beżowo - brązowej, kolorach do których ostatnio mam słabość. Jak tylko zdjęcie do mnie dotrze, pokażę go na swojej stronie. Radość ma wymiar szerszy – z jednej strony ktoś chce mi sprawić radość i obdarować mnie najcenniejszym prezentem, gdyż wykonanym własnoręcznie, a kontekst wzbogacony jest jeszcze o rozwijający się talent mojej przyjaciółki. Sami zobaczcie.


A oto portret i zdjęcie, świeżo upieczona siła pedagogiczna lat 18... 
Podobieństwo doskonale uchwycone, prawda! 
Artystka malarka powiedziała mi, że nie jest to odwzorowanie zdjęcia, lecz własne spojrzenie na osbę, czyli na mnie i wydobycie cech charakterystycznych!!!

Chyba widzę, co wydobyła na światło dzienne. 
Jedna moja córka, gdy  zobaczyła nowy obraz, wykrzyknęła: - Mamo, ty to jak Tyszkiewicz! Same sygnowane podpisem olejne obrazy u ciebie!
No fakt, mam galerię! Ale dlaczego Tyszkiewicz?! Nie wiem, naprawdę.
Druga córka, która sam maluje, stwierdziła.
- Świetny obraz. Pani Emilka maluje coraz lepiej!
Ja też tak myślę.  Dziękuję miła przyjaciółko za pamięć i za talent, który mogę podziwiać.

To nie koniec niespodzianek! W poczcie dostałam przesyłkę z Muzeum Archeologicznego w Poznaniu ze skanowanym tekstem dotyczącym wykopalisk w Zaspach – Miłkowicach. Dotyczą okresu wczesnorzymskiego. No, no to nie błahostka, ma się te zabytki!
Następnie napłynęła mapa z 1930 roku. Ile kryje ciekawych szczegółów.
Zaraz się zabieram za umieszczanie wszystkiego na stronie. Trochę się z tym opóźniłam, gdyż głowiłam się co zrobić, aby umieszczając artykuł prasowy nie powiększać go zbytnio, gdyż cała strona się „rozłazi”, a tego nie chcę. Artykuł musi być jednak czytelny. Ktoś nasunął mi pomysł, dołożyłam do tego swoją wolę walki i jest efekt. Zabrało mi to sporo czasu, nie przeczę, ale można sprawdzić efekt i przeczytać swobodnie tekst o przenoszeniu cmentarza. Ciekawy, gdyż nie zawsze przenoszą cmentarze, a raczej się to rzadko zdarza. Trzeba kliknąć w napis pod artykułem raz a później drugi i można swobodnie czytać.
http://milkowice.pl.tl/_-Cmentarze.htm
Zakupy też mi się udały, nawet zbyt bardzo… Dzisiaj był taki ładny dzień, pojechałam więc do Galerii aby nabyć mikrofon, jako że w piątek musze oddać ten co miałam pożyczony a przy okazji wypróbowałam wartość karty seniora. Kupowałam tylko potrzebne rzeczy, ale jakoś się nazbierało i mam bon na 5 złotych! Zaszaleję przy następnych zakupach. Musze się zastanowić co nabędę za taką oszałamiającą dla emeryta kwotę. Na tym koniec eskapad. Teraz będę już kręcić się tylko koło moich sklepów. Kupuję tam mydło i powidło, ale tylko w zakresie naznaczonym na kartce ze spisem towarów.
Teraz do pracy, już czas!

 5 stycznia 2012
Nie mam pewności, czy powinnam o tym pisać, ale naprawdę zrobiło mi się przykro, gdy rozmawiałam z moja znajomą o swoich stronach internetowych, które nie ukrywam cieszą mnie, i usłyszałam słowa, które mnie wprawiły w zdumienie.
- Trochę sobie dorobisz, bo chyba ktoś ci płaci za zbieranie tych informacji. Doszłaś do porozumienia z gminą, przyznaj się…
Zrobiło mi się przykro. Ktoś, kto mnie choć trochę zna, to już wie, że ja z oddaniem pracuję tylko dla wyższych celów, które mi przyświecają. Nawet tutaj w Internecie, już niejedną akcję podjęłam tylko dlatego, aby zrealizować jakąś ideę, która dla mnie stała się ważna. Mało tego, wszyscy, którzy ze mną współdziałają, a zawsze ktoś taki się znajdzie, gdyż na szczęście są też ludzie, którzy rozumieją pobudki mną kierujące i pomagają mi w osiągnięciu moich zamierzeń. Na szczęście, ale tak naprawdę, to wszyscy poświęcamy swój czas, niekiedy i pieniądze, gdyż przecież coś trzeba przesłać, zadzwonić, a to też kosztuje. Jestem im za to wdzięczna i cieszę się, że życie nie sprowadza się tylko codzienności. Ja nie mówię, że zarabianie pieniędzy nie jest ważne. Oczywiście, że jest. Na szczęście kiedyś też pracowałam i dostawałam za to wynagrodzenie, a teraz nie muszę mieszkać pod mostem, tylko mam dach nad głową i nie chodzę głodna. Ja nie ma już sił, aby pracować dla bliźnich jako wolontariuszka, ale mogę przecież tutaj też się jakoś realizować, a że podejmuję się działań nieco odbiegających od ogólnie przyjętych norm, to już nie moja wina. Tak chyba jestem zaprogramowana.
I jeszcze problem „sławy”! O matko, zaraz zachłysnę się tym słowem. Też to zostało poruszone. Gorzki ona miewa niekiedy smak, ale nie będę o tym pisała, aby nie dawać satysfakcji niektórym ludziom… Ja nie zaprzeczam, że czytelnicy moich stron cieszą mnie bardzo, radują mnie swoją obecnością, tym, że chcą tutaj zaglądać! Ja naprawdę nie widzę sensu pisania, robienia czegoś, gdy nikt tego nie czyta, nikomu to nie służy. Po co to wtedy robić?! Przecież to, co ja myślę, to nie muszę dla siebie zapisywać, gdyż to jest we mnie.
Wracając jednak do spraw, które niektórych uwierają, powiem krótko. Monografię Miłkowic napiszę, ale tutaj, o wydawaniu tego nie ma już mowy! Przez ten rok będę zbierała materiały, pisała wprawki różnego rodzaju i zgłębiała sprawy nie do rozwiązania. Przyjdzie czas, że to wszystko zbiorę i opracuję. Robię to dla moich Miłkowic, może to już moja ostatnia posługa…
Ale gdy już to z siebie wyrzuciłam - a podobno kobiety tak mają, że jak się wygadają, to problem z głowy - mogę spokojnie zabrać się do zaplanowanych zajęć. Nie jest źle, a tak naprawdę jest dobrze, tylko to posądzenie mnie o czerpanie profitów z tego co robię, trochę mnie zabolało. Podobno każdy sądzi ludzi według siebie i coś w tym jest!
Miłego dnia życzę, a sama zaraz idę do fryzjera, gdyż moja fryzura trochę przerosła określone ramy jej kiedyś nadane i grzywka już wchodzi mi w oczy. No, a teraz przypieczętuj wpis moja "kanadyjko", gdyż mi się wyjątkowo podobasz.

Ach, jeszcze jedna sprawa. Gdy ktoś chce do mnie pisać, to nie ma przeszkód. Jest tak opcja Kontakt.Wystarczy kliknąć i napisać!

6 stycznia 2012
Dzisiaj Trzech Króli. Zawsze do tego dnia stała choinka. Zgodnie z moim zwyczajem rozebrałam drzewko, nawet z radością, gdyż cieszy w święta, a później już nie tak bardzo. Wydałam w związku z tym obiad, gdyż jakoś musiałam przyciągnąć osoby, które nie boją się schodzić do piwnicy. Dla mnie to traumatyczne przeżycie i za żadne skarby sam tam nie pójdę. Nie wypadało nosicielom obojga płci odmówić i zgłosili się w godzinach popołudniowych, a wtedy już nie było wyjścia. Choinka ładnie zapakowana sfrunęła do przepastnej gardzieli ciemności. I po kłopocie.
Teraz siedzę przy mojej stronie. Mam nowego Współtwórcę. Dostałam zdjęcia lotnika, którego szukałam bezskutecznie już od dłuższego czasu i zdjęcia mostu zrobione w czasie wojny przez niemieckiego nauczyciela. To było wzruszające. Ile pięknych wspomnień wiąże się dla wszystkich z mostem. To tam się spotykali, chodzili na spacery, jeździli na przejażdżki rowerowe. Na most wjeżdżało się z rozpędu, gdyż wieś była wysoko położona. Od połowy drogi już nie trzeba było pedałować i wpadało się na most przejeżdżając go w tempie ekspresowym. Droga powrotna już nie była tak szalona. Deptać trzeba było w dwójnasób. To były piękne czasy… Szkoda, że nie możemy natrafić na kręcony tam film. Był już w kolorze i wtedy widać by było wszystko jeszcze dokładniej. Tak…
8 stycznia 2012
Dzisiaj uszlachetniły się nasze dusze dzięki WOŚP. Kilka złotych i zaraz człowiek się lepiej czuje. Nam nie ubędzie, czyjeś życie można będzie uratować. Podobno nie ma tak biednych ludzi, aby nie mogli komuś pomóc. Na tym polega wspieranie bliźnich.
Zamieszczam moje nowe zdjęcia, aby było widoczne jak się zmieniłam. Mam nadzieję, że zajrzy tutaj ten, kto powinien. Ciekawa jestem jak spojrzy znowu na moje zdjęcie, wyglądam bardziej czy mniej inteligentnie?!


Sam już nie wiem,
które zdjęcie lepiej
oddaje moją szarpaninę 
wewnętrzną...
 Bedę wdzięczna za ocenę.
Mam zamiar podjąć 
działania wzbogacające mnie wewnętrznie.


 
                    XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX


9 stycznia 2012
Byłam dzisiaj rano w sklepie. Stoję sobie przy stoisku z wędlinami i zastanawiam się co wybrać. Więcej niż 10 dag nie kupuję, nie ma powodu. Lubię chleb szczególnie żytnio-razowy. Kiełbaska lub ser służą do urozmaicenia kanapki, nie stanowią jej istotnego składnika. Obok mnie rozpiera się sympatyczny tęgi pan, wybiera, dobiera kiełbasy, salcesony, metki, wątrobiankę… Nazbierał się tego spory stosik. Sprzedawczyni grzecznie pyta o dalsze zamówienia. Pan uśmiecha się do nas i konkluduje: - Na śniadanie wystarczy.
Pani za ladą nie opanowała się dostatecznie, robi zdziwioną minę i aby pokryć jakoś zmieszanie stara się zażartować: - Nie da pan chyba rady.
Odzywa się ktoś z kolejki:- Da, da, to widać! Pan omiata nas wszystkich piorunującym wzrokiem, spogląda na wypowiadającą te słowa zażywną jejmość obsługiwaną przez drugą sprzedawczynię i odparowuje: - Szczupła się odezwała, a wątróbkę to kto wtrząśnie! Kobieta kupowała 1,5 kg wątróbek drobiowych oznaczonych ceną promocyjną. To naprawdę robiło wrażenie. Pan wrzucił swoje zakupy do koszyka i na szczęście odszedł do kasy. I dobrze. Pani bardzo się rozsierdziła. Ja, ja – tak podsumowują swoje wypowiedzi mieszkańcy mojego miasta, co mnie szalenie bawi. Ja, ja- nie zaglądaj nikomu do koszyka z zakupami bo możesz się niepotrzebnie narazić.



12 stycznia 2012
Dzień znowu szary. Może już ta zima będzie naznaczona takim kolorem. Pamiętam już taką. Śniegu nie było wcale. Zaraz wybieram się na spacer z kijkami do lasu. Idziemy w grupie, jednak przejdę do tych, którzy przesuwają się w terenie z ograniczoną prędkością. Nie czuję się jeszcze na siłach. W domu jakoś funkcjonuję, ale forsowanie się nie wchodzi w rachubę.
Przez dwa dni siedziałam z nosem wściubionym w wydrukowany tekst. Przeczytałam go chyba ze dwa razy porównując wydarzenia z linią Miłkowskich, aby się nie pogubić. W tym rodzie kultywowano tradycję nadawania pierwszemu synowi imię Mikołaj. Jak widać z innych dokumentów badacze historii też się na tym poślizgnęli. Mikołaj jednak, według najnowszych źródeł, ślubował Katarzynie z Remiszewic wierność małżeńską sto lat później niż obwieścili to światu. Przychylam się do najnowszych moich odkryć i nanoszę je do kalendarium. Herb też się odchylił od pionu, mamy teraz Miłkowskich znaczonych herbem Poraj. Zobaczymy co jeszcze czas przyniesie.



15 stycznia 2012
Zastanawiałam się czasami, czy ja mam rację. Widzę, że droga którą obrałam, czyni mnie człowiekiem szczęśliwym, ale czasami budzi się zwątpienie. Może trzeba było zboczyć, może poczuć jak smakuje inność, przekonać się, dotknąć, dać się zauroczyć. Nie leży w mojej naturze bawić się cudzym kosztem, dlatego wolę ominąć, zostawić w spokoju, przetrzeć w porę oczy.
Słuchałam dzisiaj w kościele o drodze, którą każdy podążać musi, gdyż po to przyszedł na świat ten, by nie ulegać pokusie. Każdego z nas obdarowano, tylko czasami o tym nie wiemy, gdy sprawdzimy się w działaniu, otworzą się podwoje, bezwładu unikniemy.
Ja naprawdę cieszę się z tego co robię, spokój swój cenię, tylko czasami pęka w jakimś miejscu sumienie, wycieka żałość za nie dotkniętym, nie przeżytym… No cóż, nie wróci, niespełnieniem zostanie.
Namawiają mnie teraz, bym pisała o miłości. Nawet to chętnie bym zrobiła, zawsze to jakieś inne ukierunkowanie, tylko się boję. Ludzie odbierają to jako osobiste przeżycia, a tego za nic bym nie chciała. Przecież mam dosyć wyobraźni abym o uczuciu, którego nie doznałam, też pisała. Wytłumaczyć tego jakoś nie można, dopatrują się, pytają, szukają odniesień… Ja o swoich uczuciach opowiadać nie będę, są moje i nie mam zamiaru dzielić się nimi ze światem. Jednak o takich porywach wichrowych, szalonych, chętnie bym napisała. Tylko co mam zrobić, napisać, że to nie odnosi się do mnie?! Sama już nie wiem, ale za tym tematem sama tęsknię ogromnie!!! O codzienności pisać mogę, to mi wcale nie przeszkadza. Dniewnik pobiegnie swoim torem, a kiełkujący temat sam może utoruje sobie drogę.
16 stycznia 2012
Dzisiaj postanowiłam kupić część prezentów, gdyż w lutym mam pięć uroczystości urodzinowo- imieninowych. Rano już zaczęłam przygotowywać obiad, aby po powrocie nie biegać po kuchni w celu przyśpieszenia procesów kulinarnych. Wyjęłam z zamrażalnika trzy płaty zmarzniętej na kość ryby, włożyłam do uprzednio przygotowanego płaskiego garnka, w którym już wrzała woda z przyprawami do ryb i wrzuciłam zmarzlinę. Poczekałam aż zagotuje się, co też się stało, tylko tyle, że gdy ja obierałam warzywa, woda wypłynęła z garnka na płytę kuchenki, nie upilnowałam! Delikatnie zebrałam ściereczką o wysokiej wsiąkliwości wodę z przyprawami do ryby, zdjęłam pokrywkę i oniemiałam. W garnku prawie nic nie było… Ja rozumiem, że żywe stworzenia w 70 % składają się z wody, ale ta ryba chyba miała jej 90%! Prawie nic w garnku nie zostało. Odczekałam kilka minut, odcedziłam wszystko i pełna podziwu wyłożyłam na talerz. Obrane warzywa po umyciu rozdrobniłam w mikserze, sparzyłam wodą, doprawiłam i zostawiłam wszystko, aby po powrocie zrobić rybę zapiekaną w warzywach, a raczej warzywa zapiekane z rybą, gdyż ta zniknęła zupełnie w ich natłoku.
Poszłam szukać tego co miałam kupić, kupiłam, ale po drodze podkusiło mnie, aby wstąpić do sklepu z odzieżą. Przeceny szaleją w sklepach!!! Ujrzałam sweter przeceniony o połowę w moim ulubionym kolorze marengo – dla słabo rozpoznających kolory informuję, że to odcień ciemnoszarego, nieco jaśniejszy niż grafitowy – z czarnym. Pomyślałam sobie, teraz albo nigdy. Co prawda pieniądze ulokowane w sweterku nie mogły już być przeznaczone na dodatkową porcję ryby, ale nic z tego sobie nie robiłam, w końcu też muszę jakoś wyglądać, a mam i tak nadwagę!
Po powrocie do domu włożyłam zapiekankę polaną sosem pomidorowym z rozbełtanym jajkiem, jako że żółtego sera też nie było, bo i skąd. Sam przecież do domu nie przyjdzie!
Dogotowałam kaszę, też zdrowa. Umyłam szybko głowę, wysuszyłam, trochę nawinęłam na wałki, jakgdyż już nie mam siły suszyć na szczotce, ubrałam sweterek i czekałam. Pomyślałam sobie, że jak wejdzie moja córka i nie zauważy gruntownej metamorfozy, jaka zaszła u matki, to nie wiem co zrobię! Na szczęście wyraziła uznanie i zachwyt, ale czy szczere, nie wiem.
Ze starymi ludźmi to już tak jest, że niby są, ale tak, jakby ich zupełnie nie było. Kto mówi miłe słowa staruszce? No chyba, że chce, aby coś zrobiła lub załatwiła.
Burzą się lekarze, aptekarze, czas chyba na staruszki. Wystąpię do rządu, może nawet osobiście do premiera, aby ustanowić funkcje komplemenciarza, który będzie odwiedzał w określone dni staruszki i mówił im miłe słowa, prawdziwe czy nie, to nie ma znaczenia, ważne, aby czuły się dowartościowane. Do mnie może przychodzić w piątek. Wtedy będzie także komplementował ryby, które znikają w czasie gotowania, może od miłych słów napęcznieją i będzie je widać?!
17 stycznia 2012
Mam trochę czasu, gdyż pranie się dopiera i muszę czekać. Usiadłam więc do komputera i trochę mogę popisać o blaskach i cieniach starości.
Teraz raczej pławię się blasku monitora. 
Właśnie instalowałam program Ad Muncher, aby zwariowane reklamy nie goniły się ze mną po ekranie. Piszę o tym z powodu głębokiej miłości bliźniego, gdyż, szczególnie przy darmowych stronach, reklamy skaczą tak przeraźliwe, że aż dostaje się oczopląsu. Może komuś się to przyda i też zdoła uchronić się od niechcianych przybyszów. Teraz mam spokój. Cisza, tylko ja i tekst, który przeglądam. Program działa próbnie tylko 30 dni, ale dobre i 30 dni spokoju… Później coś się wymyśli, jak powiedział dobry duch opiekun wspomożyciel.
Zaraz idę zmierzyć się ze służbą zdrowia. Trzeba zacząć rejestrować się do lekarzy różnych specjalności, gdyż mam wypisane terminy i jakoś muszę to wszystko ogarnąć. Czeka mnie kontrola u chirurga, jako że już rok mija od zetknięcia się mojego z ostrzem skalpela. Tak, jak ten czas szybko mija. Jeszcze o wszystkim co trzeba pamiętam, ale jak będzie wyglądał świat, gdy będę zapominać?! Dla ścisłości kartki podpowiadaczki też funkcjonują… Gdy nadejdzie mroczny czas gubiący wydarzenia, to będzie tragedia, no chyba, że o tym też się wtedy nie pamięta. Oby taki czas nigdy nie nadszedł.

 
22 stycznia 2012
Nareszcie jestem! Wszystko się psuje, a teraz przyszła kolej na mój komputer. „Rozłożył” się mechanicznie. Wymagał wymiany części. Staruszek, nie ma co ukrywać, Ma już kilka lat, a komputery starzeją się jeszcze szybciej niż koty. Dobry anioł rozwinął na szczęście skrzydła, wymienił co trzeba, sformatował, wgrał i chodzi. Przyznam szczerze, nie lubię formatowania. Tyle się później trzeba nabiedzić, aby wszystko powgrywać, dopasować… Nie lubię tego. Na szczęście w tej pracy też słychać było trzepot białych skrzydeł! Nikt jednak za mnie całej tej otoczki nie uzupełni. Doszłam do wniosku, że ja bardzo lubię, gdy dla mnie coś robią inni. Jak nie ma innej możliwości, robię wszystko sama, ale nich tylko pojawi się szansa, że może zrobić to ktoś inny, a już spycham pracę na jego barki. Teraz wgrałam sobie Offisa 2007. Super.
Wszystko chodzi jak należy, no prawie. Spragniona nowości po kilkudniowym okresie bezczynności dorwałam się do Biblioteki Cyfrowej aby szukać materiałów do strony o Miłkowicach. Odszukałam pamiętniki powstańców styczniowych z najbliższej okolicy i zaczytałam się tak, że skończyło się to katastrofą kulinarną.
Młodociany powstaniec, który pochodził z Woli Miłkowskiej do powstania iść musiał, gdyż jego patriotyzm nie pozwolił mu usiedzieć w domu, a że biedni rodzice nie mogli mu woli walki wyperswadować, wyposażyli go w mundur i konia, pobłogosławili i wypuścili spod swoich skrzydeł. Ojciec jednak trzymał rękę na pulsie i często odwiedzał go przywożąc prowiant i odzienie. O potrzeby powstańców nie miał kto zadbać a i warunków ku temu nie było. W końcu przed bitwą, kiedy już przygotowywano się do wskakiwania na koń, koń tak się rozochocił, że palnął młodzieńca prosto w twarz kopytem i biedak pozbył się wszystkich zębów. Z zapchaną szarpiami buźką, tato, który właśnie był w pobliżu, uwiózł go bryczką czy koczykiem do domu i chłopak na tym wojaczkę zakończył, ukrywając się potem przed ruskimi siepaczami.
To co się działo w czasie mojego zaczytania w kuchni z gołąbkami z kaszą w sosie grzybowym i ziemniaczkami, nie da się opowiedzieć! Miały tylko dojść, ale one przeszły swój czas przyrządzania! Impotenckie gołąbki, które zupełnie utraciły jurność, oklapnięte nurzały się w sosie z rozgotowanymi liśćmi kapusty, a ziemniaki na samej krawędzi przypalenia przywarły do dna garnka, sycząc. W oparach spalenizny rzuciłam się z pełnym poświęceniem do ratowania pożywienia. Łyżką wybierałam górne partie ziemniaków, łopatką z największą delikatnością podważałam rozklapany byt gołąbków, aby w jakiej takiej formie wylądowały na talerzu. Zalałam garnek po ziemniakach wodą tłumiąc przypaleniznę i aby już tego wszystkiego nie widzieć, przeszłam z talerzem do pokoju w celach konsumpcji, zostawiając kuchnię przewiewowi, mającemu zlikwidować przykry zapach. Ziemniaki były pyszne. Uplasowały się na granicy gotowania i pieczenia, gołąbki też, ale ten wygląd… Na proszony obiad to one zupełnie się nie nadawały.
Tak to bywa, gdy Internet dominuje nad codziennością.
 24 stycznia 2012
Silny powiew słonecznego wiatru uderzył o ziemię i nic się szczególnego nie stało, no prawie nic. Myślę, że energia jak się dzięki temu wyzwoliła , mnie osobiście pomogła.
Od kilku już dni wszystkim wokół zatruwałam życie prosząc o pomoc w zlikwidowaniu usterki jaka pojawiła się u dołu mojej strony. Oprócz – No trzeba by się zastanowić… nie wynikało z tego o wiele więcej. Co prawda w kodzie strony dało się namierzyć co jest przyczyną defektu, ale nie było pomysłu jak go zlikwidować .
Dzisiaj zastanawiałam się w towarzystwie jedynej osoby, z którą da się tak naprawdę porozmawiać o sprawach technicznych związanych ze stroną, co z tym fantem zrobić, ale rozwiązanie jakoś się nie pojawiało. W pewnym momencie dosłownie mnie olśniło. Wstawiłam kod do Googli i drogą szybkiej analizy pojawiających się odniesień wyciągnęłam wniosek, że musi ten błędny kod być umieszczony w jakimś miejscu, które odnosi się do większej ilości podstron. Weszłam na stronę, zlikwidowałam co trzeba i wszystko gra. Jaka byłam z siebie dumna.
Miałam już kilka takich przypadków w życiu, że nagłe olśnienie pozwoliło mi rozwiązywać trudne i skomplikowane problemy. To nie świadczy wcale o jakiejś wielkiej mojej mądrości, tylko o rozwiniętej intuicji. Dobre i to, przecież wszystkiego w życiu mieć nie można.

25 stycznia 2012
Wstałam dzisiaj rano w nadziei, że wiatr słoneczny jeszcze mnie będzie owiewał. Szukam dowodu, że we dworze w powstaniu styczniowym zginął Siemiątkowski.
Natknęłam się wczoraj na taką informację.
Józef Lipski herbu Grabie (ur. 1772, zm. 2 kwietnia 1817 Cielcach), właściciel dóbr BłaszkiKazimierz Biskupi Miłkowice; walczył w insurekcji kościuszkowskiej 1794 w Sieradzkiem, był jednym z przywódców powstania wielkopolskiego 1806 roku Kaliskiem
Pójdę więc  za ciosem. Józef Lipski był synem Michała. Wiąże się z tym ciekawa opowieść
Michał Lipski

Michał Lipski jechał z małżonką do Kalisza modlić się o potomstwo przed obrazem św. Józefa i jego dobry uczynek był początkiem do przedłużenia rodu Lipskich.
Mamy więc  później Józefa Lipskiego właściciela Miłkowic.
Józef umiera bezpotomnie.
Wdowa wydaje się za mąż za Mamertego Dłuskiego, który w 1834 roku był właścicielem Miłkowic, a ściślej powiedziawszy osiadł tam, gdyż to jego żona Benigna  przybyła tutaj z Gzikowa, siedziby Lipskich, którzy dziedziczyli Miłkowice. Szybko umarła, a wdowiec widocznie wyniósł się do swojego majątku Dziębędy.
W 1779 roku w Miłkowicach przychodzi na świat Telesfor Polkowski, więc  ani chybi musiał być synem którejś z córek Lipskiego. Wynosi się z Miłkowic po 1864 roku, gdyż w czasie powstania ginie tutaj prawdopodobnie mąż jego córki Siemiątkowskiej, gdyż wystawiony na licytację majątek nie ma prawowitych właścicieli, których się poszukuje - braci Siemiątkowskich.
 
Zawiadomienie to ogłasza się dla niewiadomych z pobytu i niemających w hypotece obranego za-
 
mieszkania prawnego: Zygmunta i Antoniego nieletnich braci Siemiątkowskich.
Czy ja prawidłowo wyprowadzam wnioski? Szukać powinnam Siemiątkowskiego. Nie znam jego imienia, także imienia małżonki, a o synach jakoś głucho. To on według wszelkiego prawdopodobieństwa zginął we dworze w Miłkowicach.
Liczę na to, że spotkam tutaj kogoś bardziej obrotnego niż ja i ten ktoś naprowadzi mnie na trop, a ściślej mówiąc na dowód, że mam rację. Wierzę w swój przysłowiowy łut szczęścia. 
27 stycznia 2012
Nareszcie zima. Mrozi aż miło, już to lepsze niż ta szarość i plucha. Dzisiaj mnie zniosło do lekarza. Miałam już od miesiąca wyznaczony termin wizyty. Pojechałam. Miejsce mi raczej mało znane, ale już na szczęście wiem, gdzie się znajduję i w którą stronę do domu. To następstwo pomieszkiwania w moim pięknym mieście od ponad trzech lat. Lekarz jak to lekarz, coś musi zapisać aby trud nie był nadaremny. Najważniejsze, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Postanowiłam po tej owocnej poradzie lekarskiej pojechać do naszej centralnej biblioteki. Szukam dzieł związanych z powstaniem styczniowym w Wielkopolsce. Sprawa jest trudna, gdyż tutaj nie gromadzą książek o takiej tematyce, o powstaniu owszem, ale Wielkopolska ich nie interesuje. Odnalazłam dział komunikacji międzybibliotecznej i z bardzo sympatyczną panią zamówiłyśmy w konińskiej bibliotece interesującą mnie pozycję. Teraz mam tylko czekać. Trudno poczekam, mimo, że cierpliwa to ja nie jestem.
Wyszukałam w dziale tematycznym dawno zapomnianą pozycję Kieniewicza według opisu mogącą być przydatną, wypisałam co tam trzeba i musiałam czekać, gdyż poszukiwali jej w magazynie. Oj, chyba przydatna to ona nie będzie. Już się zorientowałam.
Czas, który tam spędziłam pozwolił mi na poczynienie pewnych obserwacji. Weszło dwóch mężczyzn, chyba Azjaci, gdyż postura i smagła cera o tym świadczyła. Patrzyłam spod oka na siedzące przy komputerach dziewczyny, gdyż tylko taką drogą zamawiamy tam książki, wszystkie jakoś nie mogły się skupić i spoglądały na przybyszów. Wcale nie byli przystojni, tylko byli inni. Może wystarczy wyróżniać się wśród otoczenia aby wzbudzić zainteresowanie?!
Ciągle mnie wszyscy namawiają na „miłosne” kawałki. Cóż robić, zamówienie publiczne jest najważniejsze, od lutego zaczynam. Popławimy się w uczuciach, mimo, że mi się wydaje ta tematyka nie przystająca do siedemdziesięcioletniej damy… Ale jak trzeba, to trudno, popłynę na fali miłości do wyimaginowanego ukochania, tylko żeby potem nie było, że mi się w głowie przewraca.


28 stycznia 2012
Praca to najszlachetniejszy wybawca ze wszystkich słabości.
To nie ja wymyśliłam, tylko pan Aleksander Ostrowski, ale przychylam się do jego przemyśleń i wiem, że jak coś w moim życiu się nie układa, zaczynam ze zdwojoną energią pracować. Najlepiej aby była to praca fizyczna, ale jak nic nie ma akurat do zrobienia, to każde zajęcie jest dobre, byłe absorbowało człowieka całkowicie. Jest w tym jednak pułapka, gdyż w momencie kiedy muszę zabrać się do jakiejś pracy z góry zaplanowanej, np. generalne sprzątanie sobotnie, wtedy mam nieodpartą chęć pisania. Dzisiaj taki dzień nadchodzi, dlatego aby opóźnić odkurzanie i pucowanie, piszę na potęgę. Już spłodziłam na senior.pl własny przyczynek do ACTA, zapraszam, gdyż nie będę się tutaj powtarzać, a sprawa jest gorąca. Dotyczy przecież wolności wypowiedzi.

http://www.klub.senior.pl/moje/formiko/

Na powyższy temat rozmawiałam niedawno z sąsiadką, oczywiście o pracy, a nie wolności słowa, gdyż ta nie została niczym ograniczona w czterech ścianach mojego domu, no chyba że zasadami dobrego wychowania. Doszłyśmy do wniosku, że życie ma tylko wtedy sens, gdy żyjemy z pasją. To nadaje sens życiu i daje poczucie własnej wartości. Z pasją można robić wszystko, siać pietruszkę, pomagać innym, pisać, gotować a nawet plotkować, ale tego nie polecam, gdyż można komuś zrobić krzywdę. Zaraz wykrzeszę w sobie pasję i zabiorę się do pracy, a w międzyczasie przemyślę sprawę, do kogo maja być skierowane moje wiersze, aby nikt się nie podszywał pod podmiot liryczny. Może stworzę lirycznego obserwatora, takiego podglądacza, który będzie opowiadał o miłości?!
Miłego dnia życzę. :):)

Wiadomość z ostatniej chwili!!!

To jest coś niesamowitego!!! Opadające wody zbiornika Jeziorsko odsłoniły ruiny XIV- wiecznego dworu w Miłkowicach. Myślałam, że już na zawsze przepadł wszelki ślad, a tutaj proszę. Docieramy do sprawdzenia informacji. Co jeszcze nam czas przyniesie?
http://milkowice.pl.tl/_-Dw%F3r--_-ludzie-i-wydarzenia.htm
Muszę się podzielić wiadomością, gdyż sam nie potrafię się z tym uporać
.




niedziela, 29 stycznia 2012
Zaczynam pisać wierszyki. Dzisiaj tak z przymrużeniem oka, gdyż moja córka mi powiedziała, że moje wierszyki są takie smutniutkie. To wcale nie jest prawda, tylko że tak jakoś się układa. Dzisiaj o mężu marnotrawnym. Może się uśmiechniecie. Napisałam go dlatego, że pewna pani wymyślała mężowi, że niestały, że taki, że owaki, ale jak to w życiu bywa, wina leży po obu stronach. Problem w tym, że jak wszystko jakoś trwa, to się swojej winy nie widzi, ale jak pęknie, to się kołki łamie na głowie tego, kto nie wytrzymał i odszedł w siną dal.

Przywoływanie męża marnotrwanego

Wczoraj upiekłam biszkopt, przełożyłam kremem z torebki, gdyż nie starczyło mi już zapału na własnoręcznie sporządzenie. Jest pyszny. Wcale nie potrzeba, jak się okazuje, robić na parze. Ludzie albo chorzy, albo wyjechali, sam jem i nie narzekam. Dawno już tak dobrego ciasta nie upiekłam
Podaję przepis. Mnie wypadł doskonale. Ze dwa kilogramy mi przybędzie. Ale co tam, raz się żyje i to nie wiadomo jak długo…

Biszkopt szybki
W garnku mieszam mikserem 3 całe jajka z 1 szklanką cukru, nie musi być tak czubata, dodaję jedną szklankę mąki tortowej, ½ szklanki mąki ziemniaczanej, szczyptę soli, łyżeczkę kopiastą proszku do pieczenia. Wyłożyć na blaszkę i piec do zarumienienia. Nie przypalić!
Przyłożyć kremem, dżemem, czym tam chcecie.


Mam teraz robić kotlety z kaszy gryczanej z pieczarkami. Wszystko już przygotowane, ale ja jestem tak opchana, że chyba poczekam z godzinkę. Mam kapustę modrą od wczoraj, zrobię jeszcze sos pomidorowy i będzie obiad lekkostrawny i chyba smaczny. Podaję przepis, ale można wszystko odszukać w Internecie. Zresztą ja też tam wyszukałam.
Kotlety z kaszy gryczanej z pieczarkami - jak mielone
1. Woreczek kaszy gotujemy we wrzątku aż zmięknie.
2. Bułkę suchą trzeba namoczyć w wodzie lub mleku aż stanie się miękka, a potem ją odcisnąć dłonią.
3. Pieczarki obieramy, kroimy i smażymy, a na koniec miksujemy na mus.
4. Cebulę obieramy, kroimy i miksujemy mikserem na mus (w kotletach się nie przypali, nie będzie wyłaziła, ale będzie wyraźnie wyczuwalna!).
5. Ugotowaną kaszę mieszamy w misce razem ze zmiksowanymi pieczarkami i cebulą, a także żółtkiem lub całym jajem oraz odciśniętą bułką. Dodajemy nieco tartej bułki - konsystencja ciasta musi być zwięzła, ale nie sucha!. Oczywiście całość trzeba porządnie posolić i popieprzyć.
6. Z uzyskanego farszu formujemy kulki, obtaczamy je w bułce tartej i smażymy na oleju/oliwie z oliwek.

Czekam do jutra, mam dostać nowe materiały do strony o Miłkowicach.

31 stycznia 2012
Dzisiaj wypada już zamknąć miesiąc styczeń. Owocny był w wydarzenia. Od jutra zaczynam żyć poezją i prozą. Nie wiem jednak jak to będzie wyglądać, gdyż cały czas myślę o swojej stronie Miłkowice. Przekazane materiały z Muzeum w Koninie robią wrażenie. Okres kultury łużyckiej, to już nie byle co. Wstawiłam datę jej trwania tak na wszelki wypadek, gdyż jak się okazało nie wszyscy kojarzą ten okres. To ten czas, co Biskupin. Myślę, że o Miłkowicach dowiemy się jeszcze o wiele więcej, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Dzisiaj spędziłam ranek u lekarzy, zastosowałam zmasowany atak na służbę zdrowia. Mam już wszystko za sobą. Lekarstwa w domu, tylko ze zdziwieniem patrzyłam na rachunek, prawie wszystko 100%! Ceny oczywiście bardzo podwyższyły rachunek. Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie lekko, a czas działa zdecydowanie na moją niekorzyść.
Wczoraj znienacka zawitał przedstawiciel energetyki. Przyszedł nie proszony i nie zapowiedziany. Założył nowy licznik i poszedł, ale nie wiem czy to jest w porządku. On co prawda usprawiedliwiał swój zakład, gdyż przy okazji sprawdzają czystość czynów i intencji odbiorców prądu. Ja jednak nie czułam się dobrze. Skąd ja mam u licha wiedzieć kto puka do moich drzwi. Jestem w domu sam i mam prawo chyba czuć się bezpiecznie. Osobiście nie kradnę prądu, nie przestawiam liczników, nie podłączyłam a raczej nie obeszłam licznika, dlaczego więc jestem tak traktowana?!

 
suma wejść na stronę - 276827,
odwiedzających - 94100,
dzisiaj -38
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Nie, ja nie milczę (Halina S.)
 
Nie, ja nie milczę, ja czekam
na krawędzi cichych marzeń
na czas, który ku mnie idzie
i za chwilę się wydarzy.

Nie, ja się nie boję życia,
z uporem kroczę do celu,
nigdy nie milczę ze strachu.
Żyję jak chcę, przyjacielu.

Szeroko otwieram oczy,
wpatruję się w ciszę nieba
śledzę utarte szlaki gwiazd,
ważę ciężar słów, tak trzeba.
 
Image and video hosting by TinyPic
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=