marzec 2015
  
niedziela, 1 marca 2015

Marzec, jak podaje Wikipedia, to trzeci miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni. Boże zmiłuj się, tyle dni, to jakiś wężowy miesiąc, będzie się ciągnął i ciągnął. 
Nazwa miesiąca pochodzi od łacińskiej nazwy Martius (‘miesiąc Marsa’; zobacz: kalendarz rzymski). Od niej wywodzi się większość nazw tego miesiąca w językach europejskich. Staropolska nazwa marca to brzezień, Inna nazwa, obecnie niespotykana, to
kazidroga.
Bardzo ładnie się nazywa, może wrócimy do tej nazwy?
Idy marcowe (łac. Idus Martii) − w kalendarzu rzymskim święto środka miesiąca (piętnasty dzień) marca, święto poświęcone rzymskiemu bogowi wojny – Marsowi. Odbywał się wtedy przegląd wojsk.
Idy marcowe są szczególnie znane, ponieważ podczas tego święta w 44 roku p.n.e. Juliusz Cezar został zamordowany, otrzymując 23 pchnięcia sztyletem, zadane przez grupę ok. 60 zamachowców, w tym jego przyjaciela
, Brutusa. Taki typ, niby przyjaciel, a jednak wróg, czyha na niejednego człowieka! Uważajcie na takich w marcu.
Przysłowia dotyczące staruszków, marzec szczególnie ich sobie upatrzył i niejeden zgon przypada na ten miesiąc. Zobaczymy jak się odniesie do mnie.
- gdy przyjdzie marzec, umrze niejeden starzec
- marzec dziwne broi fochy, zmiata starce i Janochy(
st. pol. chłopiec, młodzieniec)
- radował się starzec, kiedy minął marzec: nie baj baju, umrzesz w maju

Od siebie dodam ku pokrzepieniu serc przysłowia włąsnej produkcji, które dodadzą sił:
- niejeden marzec przeżył już każdy starzec
- w marcu noś głowę wysoko i spoglądaj ku jasnym obłokom
- doczekasz niejednego maja, gdy będziesz jadał z wolnego wybiegu jaja


Na wszelki wypadek dbać należy o dobre uczynki, aby godnie przejść na drugą stronę życia. Kierujcie się wskazówkami ludzi mądrzejszych od was w swoich poczynaniach - Izajasz 1,16-17 Biblia Tysiąclecia
Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobru! Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie!
Szczególnie wzruszyły mnie wdowy i sieroty. Miejcie na nie baczenie, a na mnie szczególnie! Tyle tytułem wprowadzenia. Co dalej będzie, poczkamy, zobaczymy.

poniedziałek, 2 marca 2015
Jeszcze wczoraj lekce sobie ważyłam ostrzeżenia omarcu i chorobie, a dzisiaj wygrzewam się w łóżku oddając się lekturze. Mogę sobie na to pozwolić, nic mnie nie gna i nie pędzi do pracy czy innych zajęć. Ja decyduję, jestem bez obciążeń, bez zobowiązań. Dobrze, że sama sobie podaję posiłki - pokarmów mam duże zasoby - przygotowuję duże ilości napojów i mam nadzieję, że wszystko rozejdzie się po kościach. Do środy muszę być zdrowa.
Dzisiaj imieniny Heleny. Znałam panie o tym imieniu, były czarujące dopóki nie obrosły tłuszczykiem. Dobre i to, okres świetności się liczy. Oglądałam niedawno zdjęcie p. Komorowskiej. Jaka ona była śliczna w okresie młodości. Wracając do Helenek, może kilka z nich przypomnę, nawet była  święta Helena, a ja patronki nie mam!
Wszystkiego najlepszego dla Helenek.
Najsłynniejsze panie to:
·        Helena Trojańska
·        Helena Modrzejewska – aktorka
·        Helena Majdaniec – piosenkarka
·        Helena Vondráčková
Wystarczy kliknąć aby przybliżyć sobie wybraną Helenę.

wtorek, 3 marca 2015
Nie muszę studiować medycyny, wiem dokładne z ilu stawów składają się dłonie człowieka! Sama ciekawa jestem gdzie ja się tak „doprawiłam”. Wczorajszy dzień spędzony w ciepłej pościeli to koszmar. Ja nie nadaję się do takiego „leżakowania”. Naświetlam chore miejsca lampą na podczerwień i staram się wyjść z impasu. Dzisiaj poderwałam się już na nogi, gdyż leżenie jest gorsze niż siedzenie. 7 milionów braci i sióstr w chorobach reumatycznych szczególnie wiosną i zimą ma podobny problem.
Czas zapełniam sobie teraz pogaduszkami w Skype i jakoś leci… Komunikatory się zmieniają. Pamiętam erę Tlenu! Kiedyś był bardzo popularny, inna sprawa, że hakerzy mieli go już tak opanowanego, że robili tam co chcieli. To było nieprzyjemne. Później przyszła moda na GG. Jeszcze to mam, ale zaglądam bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy ktoś się odezwie. Skype mam w użyciu, jest bardziej użyteczne, nie trzeba tyle pisać i zawsze wie się, z kim się rozmawia. Facebook służy mi jako skrzynka kontaktowa do prowadzenia mojej strony. Twitter udostępniający usługę miniblogowania jest dla mnie nudnawy. Nie widzę powodu aby takie mini notatki zamieszczać.
Oczywiście wszystkie komunikatory mają jeden cel, mają zbratać - albo skłócić - ludzi. Zależy, na kogo się trafi. Najlepiej stawiać na wypróbowanych znajomych, wiesz, czego możesz się po nich spodziewać, i nawet jak pojawią się różnice zdań, gdyż każdy ma prawo mieć swoje zdanie, nie prowadzi to do konfliktów.
Zabieram się znowu do chorowania, jako że na dociekania archiwalne nie mam siły. Dorzucę tylko „wkrętosłowie” zastosowane przez Juliana Tuwima, mistrza słowa, które mnie urzekło. Tuwim przebywa ze mną od kilku dni, a teraz spotęgował swoją obecność, gdyż mam dla niego więcej czasu.
Pikadorczycy (pikador - konny uczestnik korridy, który kłuje byka piką osłabiając w ten sposób mięśnie jego karku, czym powoduje obniżenie pozycji rogów do poziomu mulety) recytowali swoje wiersze na Nowym Świecie w kawiarni Pod Pikadorem - podoba mi się to określenie, kłują słowem i wierszem. Kiedy Jarosław Iwaszkiewicz zgłosił się jako współuczestnik, został powitany przez Tuwima, tutaj przytoczę dosłownie: „Pan ma takie śliczne imię; Jarosław! Światosław! Jarosław Swietozarowicz! Swietozar Jarosławowicz!” – entuzjazmował się Tuwim. Jak się nim nie zachwycać? „Wiosny” Tuwima jednak nie przytoczę, nie mam odwagi.

środa, 4 marca 2015

Usterki sprzętowe napływają falami, tak jak chmary czarnych ptaków, osiadają na domostwie, osaczają mnie i kraczą, wtedy zaczyna się wszystko psuć. U mnie kanapa, fotel, umywalkowe wężyki, i na dodatek blender. Jeszcze wszystko nie jest naprawione, a blender chyba trzeba będzie nowy kupić, gdyż gdzieś zadział się paragon kupna jako że był to prezent i paragonu nie dostałam. Stary służył chyba ze dwadzieścia lat, a ten szybko jakoś padł. Powoli zaczynam wychodzić z obsesji sprzetowych  kompensując niepowodzenia skutecznymi naprawami, a nawet, jak się wczoraj okazało, chęcią pomocy ze strony osób trzecich, bliżej mi nieznanych.
Ostrzeżenie!!!
Dostałam smsa, brzmiało to mniej więcej tak – Zostawiono w twoim domu przedmiot, zrobiono to podstępnie, teraz przynosi ci same nieszczęścia. Powiem gdzie on się znajduje i kto go zostawił, ale wyślij smsa na numer…” No popatrzcie, jak to trafili, w samo sedno! Ja taka skora nie jestem do korzystania z takiej pomocy. Popytałam tu i tam i co się okazało. Ludzie dostają takich i podobnych w brzmieniu i wymowie smsów wiele. Wystarczy odpowiedzieć i już płaci się 30 zł. Prosty interes, prawda! Nikt cię nie zmusza, wysyłasz sama i sama płacisz. Napisałam do operatora z prośbą o zablokowanie uzdrowiciela moich domowych niepowodzeń i mam nadzieję, że na jakiś czas będzie spokój.
Piszę o tym dlatego, aby ostrzec wszystkie osoby chętne do współpracy z takimi pomocnikami duchowymi. Wykasować, zablokować, i dać sobie spokój z naciągaczami. Kilka takich kontaktów i rachunek telefoniczny będzie okrąglutki.
Ja osobiście mam nadzieję, że to już koniec moich niepowodzeń. Chyba wystarczy na ten okres, należy mi się czas odpoczynku, aż do następnych odwiedzin czarnych ptaków.
 
czwartek, 5 marca 2015
Na wczoraj musiałam wyzdrowieć na tyle, aby iść na spotkanie ze Stanisławem Tymem. Jakoś się udało. Tym to autor wielu sztuk teatralnych, skeczy, słuchowisk radiowych, scenarzysta, felietonista jednym słowem omnibus literacki. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Jak zdołałam zaobserwować w Googlach odbywa właśnie maraton po Pomorzu. Mimo, ze wiek odbija już się na jego twarzy, jest pełen werwy i humoru. Bawił nas kawałami żydowskimi, swoim życiorysem, szczególnie latami młodości, kiedy to w wieku 15 lat przystępował do zapasów z różnymi kierunkami studiów - studiował chemię na dwa podejścia, zdawał egzaminy, ale z hukiem wylatywał z Politechniki Warszawskiej, przetwórstwo na SGGW, a także na Wydziale Aktorskim PWST. Nabawił się przez to nerwicy, a studia skończył jako ekstern, gdyż stawki liczono wtedy zależnie od wykształcenia. W czasie studiów pisał teksty i występował w kabaretach studenckich. Był też bramkarzem i szatniarzem w klubie Stodoła. Życie miał barwne i ciekawe, w czasie spotkania położył jednak nacisk na elementy ekstremalne aby ubarwić życiorys.
Lubię spotkania biblioteczne, zawsze to jakiś kontakt z indywidualnościami artystycznymi. Z Tymem nudzić się nie sposób. Potrafi rozbawić.


sobota, 7 marca 2015
Ja już się chyba nie zmienię! Znowu cały dom przemeblowałam!!! Na szczęście jestem zadowolona z rezultatów. Osiągnęłam właściwą harmonię wnętrza. Włączyłam lampy boczne i cieszę się tym, co mam. Malutkie szczęście też jest ważne.
Potrzebuję świeżych kwiatów do wazonu, ale chyba jutro nikt nie przyjdzie z naręczem tulipanów, a szkoda! Z takiego prezentu byłabym zadowolona. Niechby wręczył, co tam przyniósł, pożegnał się w drzwiach i sobie odszedł. Mężczyźni nie mają pojęcia, co to znaczy być bezinteresownym.
Najważniejsze, że wszystko zrobione. Teraz zagadałam się na Skype i zapomniałam, że włączyłam pranie. Swetry trochę poleżały w pralce, a to szkodzi ich urodzie. Rozciągałam, trzepałam, układałam, ale nie wiem, czy nie będzie załamań struktury włókien.
Jutro Dzień Kobiet, może chociaż  życzenia mi ktoś złoży. Takie gadanie, że kobiety szanuje się i kocha cały rok, to wykręty męskie, aby nie nadwyrężać swojego budżetu i nie odkrywać prawdziwych uczuć lub ich braku. Ach...

niedziela, 8 marca 2015
Dzień Kobiet i z tej okazji samych dobrych dni, kiedy to naprawdę poczujecie się kobietami. Mnie rano wybudził telefon z życzeniami z tej to okazji! Nie ściemniam, naprawdę. To był raczej telefon kurtuazyjny, ale przecież z okazji... Być kobietą niezależnie od wieku, chciałoby się rzec. Przyjmuję życzenia aż do  zmroku. Może być też serenada pod oknem wieczorową porą, wiersze, kwiaty, prezenty – przydałyby się nowe krzesła i stół, który jest dla mnie marzeniem, a jakoś nie mogę go spełnić. Stary mi się już znudził. Mogą być też inne prezenty, nie wiem tylko, kto z nimi przybiegnie…
Wyrazem uczuć są podobno zdrobnienia, których chyba nie da się uniknąć gdy kobieta jest tego warta, aby zabiegać o jej względy. To język miłości - „Kochanie”, „Kotku”, „Żabko”, „Myszko”, „Misiu”, „Foczko”, „Króliczku”, „Rybko”, „Słonko”, „Aniołku”, "Skarbie", „Dziubasku” no i nie wiem, jak tam jeszcze. On kocha, jednak o miłości tak trudno mówić, takie słowa są wyrazem uczuć. Doceńcie to kobiety.
Niech tak już będzie, bo gorzej by było, gdyby nawet imienia nie wymawiał, tylko powarkiwał i żądał… Miłego dnia. Tak na marginesie dodam, że jeden pan powiedział, że wychodzi z domu, aby nie przeszkadzać w świętowaniu. Ciekawa jestem dokąd się udał? Może do innej pani?!
 
poniedziałek, 9 marca 2015
Dzisiaj zapowiada się dzień „załatwieniowy”. Muszę wezwaniom stawić czoła. Czekam z niecierpliwością na zamówione w bibliotece książki. Może to przyczyni się w jakiś sposób do rozwikłania spraw, jakich nie mogę wyprowadzić na prostą. W międzyczasie szukam ukojenia w twórczosłowym Tuwimie. To był naprawdę geniusz słowa.
Nie mówię, że stoję w równym rzędzie z Tuwimem, ale słowa też mnie „nachodzą”. Niekiedy dzieci mnie pytają, co to za określenie, kiedy nadaję nowe brzmienie wydarzeniu lub rzeczy, ale nie mam zamiaru się tłumaczyć, odpowiadam krótko – Jak zrozumiałaś o co chodzi, to właśnie to znaczy.
Tuwimem jestem oczarowana. Denerwuje mnie tylko ta skrajna prawica, która dopiekała mu do żywego i zatruwała mu życie. Ale to już tak bywa, im większy talent, tym więcej wrogów. Oto próbka tuwimwszczyzny:

Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
..................................................

W końcu życiowych zmagań popierał komunistów, to jestem w stanie zrozumieć. Tylko że idea to jedno, realizacja to już zupełnie coś innego, jak pokazało życie. Gombrowicz o nim pisał podsumowując twrórczoś tego okresu: „Miedzy jego niemoralną naiwnością (bo naiwność jest niemoralna), a nieuleczalną naiwnością kultury proletariackiej istniało zawsze głębokie porozumienie.” Wszystko w życiu skądś się przecież bierze, ma swoje korzenie i uwarunkowania.
Był też zbieraczem, bibliofilem i szperaczem. Jest mi z tej racji teraz bliski. Jego nagromadzenie wiedzy na tematy, zdawałoby się proste, jest dla mnie budujące. Gromadził np. lunotekę. Był to zbiór metafor, porównań i epitetów, jakimi poeci określali księżyc. Kilka przytoczę: świeca Prozerpiny, Ahaswer nieba, pierś Seleny, krótki miecz Waregów, król nocy, słońce bezsennych, lampa mądrości, widmowy kasztelan, czerwony tygrys, czarny lew z platyny, blady hrabia, spokojny filozof, biała hostia światów, wygięty banan…


wtorek, 10 marca 2015


Ja, jako szeregowa archiwistka, doszłam do następnej prawdy. Albina Bogdańska nie nosiła takiego imienia, to była Wanda Anna Jadwiga Dąbska z męża Bogdańska. Zadzwoniła miła pani z archiwum i mnie o takim dictum fatum poinformowała. Akt jest w trakcie załatwiania do udostępnienia dla mnie. Daleko się nie posunęłam, ale znam chociaż prawdziwe imię. Trzy imiona świadczą o wysokim statusie społecznym rodziny! Tak mnie dodatkowo poinformowano.
Prawdopodobnie opracowujący tekst, na który się powołałam, pomylił imiona. Już była w rodzinie Bogdańskich Balbina, która chyba swojego imienia zbytnio nie lubiła, gdyż niekiedy podpisywała się Albina. Wcale się nie dziwię, że zaszła pomyłka, tyle tych nazwisk, niektóre imiona różnią się tylko drugim, lub trzecim imieniem, wszystko zdarzyć się może. Ja jednak wykonałam krecią robotę i na nic nie trafiłam. Teraz znam prawdę dotyczącą imienia.
Czekam na książkę sprowadzoną do czytelni z Płocka i na odkrycia pewnego miłego, młodego człowieka, który na wiosnę ma przeprowadzić badanie na miejscu. Może się uda dotrzeć do dat, które mnie interesują. Tak już bym chciała sfinalizować sprawę i odzyskać wolność, rozwinąć skrzydła i ulecieć w krainę lekkiej, podkasanej, muzy. Archiwistka, szczególnie tak uparta jak ja, to ciężkie i absorbujące zajęcie.

środa, 11 marca 2015
Co się robi, aby staruszka miała spokój na starość? Wyśpiewał to już Młynarski – staruszki nie informuje się o sprawach, którymi mogłaby się martwić. Ja też widocznie doszłam do takiego punktu. Wczoraj rozmawiałam z jedną córunią, coś tam przebąkiwała, ale bardzo oględnie, o interesującej mnie sprawie. Za chwilę miała przyjść druga córunia. Dostałam smsa informującego mnie, że córunia rozmawiała z mamą, ale sprawy nie wyjaśniła do końca i prosi, aby druga córunia nic mi na ten temat nie mówiła.
Wysłała wiadomość do mnie zamiast do siostry.
Obróciły to wszystko oczywiście w żart, ale stało się, doszliśmy do punktu, że staruszce nie mówi się tego, co nie trzeba. Staruszka ma być spokojna, szczęśliwa, radosna, zadowolona z życia. Jak trzeba, mimo niewiedzy, staruszka będzie szczęśliwa, co ma robić, ale wszyscy niech kochają staruszkę i już…


czwartek, 12 marca 2015
Zdjęcie pochodzi z przewodnika wydanego przec UMiG w Dobrej.
Oto słynne schody w szkole, gdzie uczęszczała autorka Dniewnika! Ich wyjątkowość polegała na tym, że uprawialiśmy niecny proceder zjazdu po poręczy od strychu, przez piętro szkoły do parteru, gdzie siła zjazdu groziła ubytkami na zdrowiu. Pęd był szalony i gdy ktoś nie potrafił wyhamować, mógł doznać dużych obrażeń. Oczywiście takie zjazdy odbywały się wtedy, gdy oko nauczyciela nie sięgało korytarza szkolnego.
Pani Kierowniczka szkoły zorientowawszy się w tym niecnym procederze swoich wychowanków, natychmiast poszła do mojego taty w celu poczynienia kroków zaradczych. Uczyniono to na drugi dzień montując zapory uniemożliwiające zjazd. Jednak kilka razy zdążyłam podnieść sobie adrenalinę zażywając tej szalonej jazdy. Och, jaka ta młodość jest lekkomyślna, szkoda gadać!
Zapraszam na stronę Miłkowic, gdzie przedstawiłam kilka ciekawostek, a jutro dołożę więcej. Będą dotyczyły perypetii w zapisie nazwiska i imienia osoby, którą mam obecnie na celowniku. Jak odpowiedzialna jest praca ludzi zajmujących się badaniami przeszłości, widać to wyraźnie na tym przykładzie.
http://milkowice.pl.tl/Nowo%26%23347%3Bci-.htm

sobota, 14 marca 2015
Zawsze jestem mile zaskoczona, gdy mój wnuk wraca z wakacji lub ferii. Dostaję muszle, kamienie najprzeróżniejszych kształtów, coś, co stworzyła przyroda, i co mnie może olśnić, opowieści także, w swoim czasie o przypływach i odpływach. Wczoraj, kiedy mogłam wreszcie popatrzeć na to moje szczęście na Skype, obdarował mnie zdjęciem drzewa kauczukowego, które wypatrzył w Hiszpanii. Nie ukrywam, że zrobiło na mnie wrażenie. Nie wiem czy jest ładne, czy też nie, ale rzadko się takie okazy ogląda. Dzięki jego uprzejmości, oczywiście po uzyskaniu zgody i dopełnieniu wszystkich formalności , upowszechniam owo drzewo i prezentuję je w Dniewniku. Nie miałam pojęcia, że w Hiszpanii takie drzewa rosną. 


Teraz ze spokojem i poświęceniem zabieram się do działań mogących odkryć minione dzieje, gdyż nareszcie udało mi się zidentyfikować żonę Tomasza Bogdańskiego. Przeprosiny w imieniu wszystkich błędnie zapisujących jej dane, umieściłam  na stronie http://milkowice.pl.tl/Nowo%26%23347%3Bci-.htm
 
niedziela, 15 marca 2015
Przeglądałam zdjęcia i filmy z czasów wczesnego-babciowania, gdyż jak zwykle, gdy czegoś ktoś nie może odszukać, babcia ma mieć wszystko pod ręką. To były czasy radości bez granic! Podpinając się pod udzielone mi wczoraj pozwolenie, dorzucę garść wspomnień.
Z wnukiem spędziłam chwile niezapomniane. Wódz był oczywiście jeden i skupiał w swoich malutkich rączkach niepodzielną władzę, ja byłam opiekunką, to oczywiste, ale także kumpelką, wykonawczynią i uczestniczką wszystkich zabaw na poziomie wtedy wymaganym. Poczynając od klocków drewnianych, kiedy to postawienie klocka na klocku było wyczynem nie lada, poprzez wszystkie kombinacje lego. Później przyszły dinozaury. Tworzyliśmy rodziny, toczyliśmy zbiorowe walki, zaganialiśmy bractwo do zagród, segregowaliśmy, kroczyły zbliżone wielkością, kolorem, dzieliliśmy na mięso i roślinożerne. Tutaj musiałam polegać na opinii eksperta w tej dziedzinie, nie dorastałam wiedzą, niestety. Rycerskość dawała nam szanse wykazania się umiejętnością ostrzeliwania zamku z należytym ufortyfikowaniem z katapulty, okręty zapewniały wystąpienie w roli piratów, samochody zagrzewały nas do zwycięstw w wyścigach. Bionicle mnie zmogły, nie mogłam sobie z nimi poradzić! Odpadłam w przedbiegach, ale zostałam rozgrzeszona. Małe rączki pracowały niestrudzenie i nie było mocnych na specjalistę, który wszystkich wyprzedził, tylko ojciec był równorzędnym twórcą.
Niezapomniany był dzień, kiedy wnuk wyruszył do szkoły. Uroczystości powitania pierwszoklasistów minęły spokojnie, „tyta”(na zdjęciu) nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia, zakończenie było jednak łzawe. Obiecałam bionicla Gadunkę, w końcu dzień był ważny. Nie chciałam sama kupować, gdyż jak nadmieniłam, nie znałam się na tym zupełnie i prezent mógłby być nietrafiony. Świeżo mianowany uczeń, po zakończeniu przedłużającej się uroczystości, podszedł do mnie i zapytał:
- Babciu, masz Gadunkę?
Nie miałam, Gadunka była jeszcze w sklepie. Wszystkie plany trzeba było zmienić i natychmiast jechać kupić Gadunkę! Jednak dzięki temu uroczystość została zapamiętana szczególnie.
A Lucky Luke! To się działo. Odpowiednio odziany kowboj z coltem( dokładna replika broni!) odprowadzał misia Bulu-Bulu lub babcię, pod bronią, do więzienia namiotowego za najmniejsze przewinienie. Dostał od ciotuchny Asi namiot, który stał w pokoju. Siedziałam w nim na zmianę z misiem za karę, niekiedy Lucky Luke dołączył do nas, aby nam nie było smutno.
„No – broń, lub paluszek, uniesione w górę – bo się „źdenelwuję”!” I już maszerowałam, albo ciągnęło się wielkiego, burego Bulu-Bulu za ucho do namiotu. Dodatkową karą było wchodzenie przez okno namiotu. Szczęście, że byłam jeszcze wtedy sprawna fizycznie, teraz nie wiem czy temu wszystkiemu już bym podołała.
Jazda na „roli” przemiennie z babcią, kiedy to emeryci w parku dodawali nam ducha do walki, opanowanie jazdy na rowerze bez dodatkowych kółek! Stwierdzenie, że ktoś ma kłopoty, dodało nam sił do działania. Trzeba było widzieć miny rodzicieli stojących w oknie, kiedy wracaliśmy z przejażdżki – wnuk na rowerze jadący prosto i bez zachwiań i babcia truchtem podążająca obok. Przezorna babcia zabezpieczała tyły, tak na wszelki wypadek!
Oj działo się działo, ale teraz mam najdzielniejszego obrońcę, druha do spacerów, kolegę do gier. Wiem, że przyjdzie czas, a może już nadchodzi, kiedy grupa rówieśnicza będzie najważniejsza, ale to, co dostałam będzie ze mną, nikt mi tego nie odbierze.

wtorek, 17 marca 2015
Marzec znaczony jest w rodzinie rzędem grobów. Smutne to rocznice. Omamił mnie swoim urokiem Tuwim, może więc ten wiersz będzie tutaj stosowny. Pełgają w nim cienie wspomnień.

Julian TuwimA może byśmy tak, jedyna,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?
Może tam jeszcze zmierzchem złotym
Ta sama cisza trwa wrześniowa...

W tym białym domu, w tym pokoju,
Gdzie cudze meble postawiono,
Musimy skończyć naszą dawną
Rozmowę smutnie nie skończoną.

Do dzisiaj przy okrągłym stole
Siedzimy martwo jak zaklęci!
Kto odczaruje nas? Kto wyrwie
Z niebłaganej niepamięci?

Jeszcze mi ciągle z jasnych oczu
Spływa do warg kropelka słona,
A ty mi nic nie odpowiadasz
I jesz zielone winogrona.

Jeszcze ci wciąż spojrzeniem śpiewam:
"Du holde Kunst"... i serce pęka!
I muszę jechać... więc mnie żegnasz,
Lecz nie drży w dłoni mej twa ręka.

I wyjechałem, zostawiłem,
Jek sen urwała się rozmowa,
Błogosławiłem, przeklinałem:
"Du holde Kunst! Więc tak? Bez słowa?"

Ten biały dom, ten pokój martwy
Do dziś się dziwi, nie rozumie...
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie...

A przecież wszystko - tam zostało!
Nawet ta cisza trwa wrześniowa...
Więc może byśmy tak najmilsza,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?...

środa, 18 marca 2015
Wiosna już nadeszła, nie mam wątpliwości.  W ogródku u sąsiadki wychyliły główki krokusy, pierwiosnki i jakieś inne kolorowe kwiatki. Rankiem spoglądałam na nie z balkonu. Słyszałam także zaśpiew małych ptaszków usadowionych na gałęziach drzewa. Wyraźnie pachniała ziemia, widocznie ktoś wzruszył już rankiem swoje „włości” przydomowe. Słońce operowało zdecydowanie w przestrzeni powietrznej. Warunki były dla mojego prania korzystne. Wywiesiłam na suszarce w dolnej partii balkonu moje sweterki i bluzki, aby mojej garderoby nie udostępniać zaokiennej widowni. W trakcie wykonywania tej czynności, stojąc na uprzednio odkurzonej balkonowej powierzchni, obserwowałam symptomy wiosny.
Wiosna jest zaborcza, narzuca się z kolorami, zapachami, coraz wyższą temperaturą, a ja wcale się z tym nie czuję dobrze. Ogarnia mnie jakaś niemoc, boli mnie głowa, muszę się bardzo mobilizować, aby zrobić to, co sobie zaplanowałam. Mam nadzieję, że zdołam jakoś to wszystko pokonać.
Patrzę z czułością na moją jukę, wyznacznik długości i jakości mojego życia. Jaka ona zrobiła się eteryczna, niby smukła, prawie już sięga sufitu, ale liście sterczą tylko u wierzchołka, upodobniła się do palmy. Nie wyzbędę się jej, gdyż zwyczajnie się boję. Dawno temu dostałam ją w prezencie. Kiedyś takie rośliny były na topie. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, ale w przededniu odejścia z tego świata ofiarodawcy, odłupałam jedną część i wsadziłam do doniczki, a drugą wyrzuciłam. Przecież nie wiedziałam, co się stanie! Teraz uważam, że juka to moje odbicie. Mam nadzieję, że wiosna postawi mnie i ją na nogi. Urody już obie nie odzyskamy, ale dobrze by było zdrowiej wyglądać.

czwartek, 19 marca 2015
Podjęłam zobowiązanie, strona w opracowaniu do 3 godzin dziennie i basta!!! Co zrobię, to zrobię, trudno, wiem, że czasu nie ma zbyt wiele, ale przecież świat ma też inne uroki niż przeglądanie starych dokumentów. Ja już czuję, że coś się dzieje – nie mogę zbyt długo czytać, ogarnia mnie zmęczenie, wolniej myślę. Tym jednak, co do tej pory zrobiłam, czuję się usatysfakcjonowana, gdyż jest to mój przyczynek do odtworzenia historii lokalnej. Są ludzie, którzy to doceniają, ale nie zawsze.
Wczoraj na spotkaniu bibliotecznym poprosiłam o pięć minut i ogólnie, krótko i zwięźle - naprawdę, przedstawiłam swoje dokonania. W końcu biblioteki nie odmawiają mi pomocy i wiele spraw dzięki nim załatwiłam. Zrobiłam to także dlatego, aby zachęcić do działań innych niż codzienne, a emeryci mają sprawy podobne, tego nie da się ukryć. Przyjęto to przyjaźnie i entuzjastycznie nieomal. Jedna z pań jednak już w drodze powrotnej dała wyraz swojemu stosunkowi do moich poczynań i stwierdziła krótko:
- Mnie by było szkoda czasu na coś takiego!
No trudno, każdy ma swoje priorytety. Gotowanie pomidorówki też jest ważne i ja to rozumiem, gdyż inaczej wszyscy byśmy poumierali z głodu, ja też to muszę robić,  jednak wychylenie się poza ogólnie przyjęte normy dla mnie jest ucieczką od codzienności, i z tego co wiem, dla wielu emerytów  także. Starość przynosi ograniczenia i tego nic nie zmieni. Gadanie, że staruszek żyje pełnią życia jest truizmem, żyje z takim rozmachem na jaki pierś pozwala, a pozwala na coraz mniej, dlatego warto wychodzić poza przyjęte ramy aby mieć osobistą satysfakcję.

piątek, 20 marca 2015
Pomroczność jasna na szczęście mnie nie dopadła, ale umysł  już się lekko przyćmiewa, więc obawiam się teraz pomroczności ciemnej, z której mogę się nie wydostać.
Dzisiaj zaćmiło mnie zupełnie. Miałam oglądać zaćmienie słońca, ale ćmią mnie lekko zatoki, więc pochylona nad dziełem Tokarczuk „Księgi Jakubowe” zaćmiłam się żydowskim klimatem do tego stopnia, że ucięłam sobie drzemkę. Zaćmione słońce ukryło się w tym czasie przed moim wzrokiem, a później chmury przyćmiły burością niebo do tego stopnia, że nic nie było widać. Następnego zaćmienia już chyba nie doczekam przyćmiona wiekiem, teraz tylko mogę przejść do światów równoległych, może tam coś mają dla mnie, byle nie zaćmione ćmami niebo, albo przyćmione dymem papierosowym wnętrze, a jeszcze gorzej by było, gdyby zaćma zaćmiła mi pole widzenia.
Trudno, ominęło mnie zaćmienie, przyćmię więc światło, aby stworzyć niepowtarzalny nastrój dla przyjścia wiosny, która astronomicznie już się zameldowała, a jutro kalendarzowo rozjaśni blaskiem ziemię. Z moim udziałem czy beze mnie, przyćmi zimę. Nie muszę też pilnować zmiany czasu, zrobią to bez mojego udziału 29.03. 2015 roku. Będziemy spać o godzinę krócej. Mnie tam wszystko jedno, śpię kiedy chcę, a gdy nie przestawię zegarka, też nieszczęścia nie będzie. Wyspana kobieta wygląda lepiej, jednak starość i tak przyćmić zdołała urodę. Mnie to jednak nie przeszkadza.  


 sobota, 21 marca 2015
Pierwszy dzień wiosny kalendarzowej uczciłam żonkilami. Trochę poskąpiłam, mam tylko kilka, a nie pęk kwiecia, ale cóż, koniec miesiąca. Teraz oczarowana ich urokiem łatwiej już brnę przez „Księgi Jakubowe” Tokarczuk. Księga to potężna, niezwykła i trudna, archaiczna i splątana historycznie, stron około tysiąca licząca, nie wiem więc, kiedy nastąpi kres mojej kartkowanej wędrówki. Jak pielgrzym niestrudzony i ciekawy świata, zanurzony w kabałę, która jak się niekiedy okazuje jest mi bardzo bliska, choć z korzeniami owymi nigdy nie miałam nic wspólnego, odkrywam nowe światy. Autorka chyba trochę się rozpędziła, można było podróż ową trochę skrócić, uczynić ją mniej dokumentalną, ale bardziej literacką. Oto fragment wyjęty mi niemalże z ust, powtarzam to od lat, a jak widać jest także bliskie wielu ludziom i to odmiennej kultury i wiary…
„Niektórzy ludzie mają zmysł spraw nieziemskich, tak jak inni świetny węch, słuch czy smak. Czują subtelne poruszenia w wielkim, skomplikowanym ciele świata. A ponadto u niektórych z nich ich wewnętrzny wzrok jest tak dalece wyostrzony, że widzą, gdzie upadła iskra, dostrzegają jej blask w najbardziej nieprawdopodobnym miejscu. Im gorsze miejsce, tym iskra świeci bardziej rozpaczliwie, tym silniej migocze, a jej światło gorętsze jest i czystsze.
Lecz i są tacy, którzy zmysłu tego nie mają, muszą więc ufać pięciu pozostałym i do nich sprowadzają cały świat. I tak jak ślepy od urodzenia nie wie, co to światło, a głuchy – co to muzyka, jak pozbawiony węchu nie ma pojęcia, co to zapach kwiatów, tak i oni nie rozumieją tych mistycznych dusz i biorą ludzi nim obdarzonych za wariatów, nawiedzonych, którzy sobie to wszystko z niezrozumiałych powodów wymyślają.”

Mimo krztyny mistycyzmu tkwiącej we mnie, jestem zmuszona oddać się dzisiaj zajęciom przyziemnym, a właściwie przykuchennym, bliższym ciału niż duszy. Piekę ciasto i ciasteczka, aby sprawić radość tym, którzy z chęcią je zjadają. Moja radością jest to, że mogę ich tymi specjałami obdarować. 
 
niedziela, 22 marca 2015
„Jeżeli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać. Przybysza, osiadłego wśród was, będziecie uważać za tubylca. Będziesz go miłował jak siebie samego.”Kapłańska (3 Mojżeszowa) 19,33-34 Biblia Tysiąclecia
 
Wczoraj obejrzałam w TV Kultura film „Miłość Larsa”. Zrobił na mnie wrażenie!
„Lars (Ryan Gosling) jest sympatycznym, ale wycofanym, zamkniętym w sobie facetem. Ciężki bagaż emocjonalny nie pozwala mu żyć pełnią życia. Mieszka samotnie w garażu obok domu, w którym żyje jego starszy brat Gus (Paul Schneider) i jego żona Karen (Emily Mortimer). Lars niechętnie korzysta z częstych zaproszeń brata i bratowej. Życie dzieli między pracę w biurze i niedzielne wyjścia do kościoła. Resztę czasu spędza samotnie w domu.
Pewnego dnia Lars zaprasza do swojego garażu Biankę – dziewczynę(lalkę, a właściwie lalę! p.mój), którą poznał przez internet. To spotkanie diametralnie odmieni życie Larsa, jego brata, bratowej i całej społeczności.”

To, że facet zakochał się w lali o kobiecych gabarytach ma posmak humorystyczno – dramatyczny, ale to, jak to przyjęła społeczność miasteczka, wzbudziło we mnie szacunek dla mądrości tych ludzi. Przyjęli go takim, jakim był. Samotność i trudności życiowe doprowadziły go do takiego stanu - starszy brat, który ma poczucie winy, że żył swoim życiem a brata zostawił samemu sobie, ale kiedy Bianka zawitała do domu, ludzie nie wyśmiali go, bez wahania pomogli wyjść mu z tej opresji; mądra lekarka, najbliższa rodzina i sąsiedzi, którzy jego urojenia przyjęli bez zmrużenia oka i traktowali jako prawdziwe, gdyż dla niego one były prawdziwe. Kiedy Lars uznał, że lala spełniła swoje zadanie, sprawiono jej pogrzeb i zaczęło się nowe życie. Ludzie dali mu szansę powrotu do normalności, a ksiądz w czasie pogrzebu Bianki podziękował Larsowi za to, że tyle ich nauczył.
I jak tu się nie wzruszyć! Czy my potrafilibyśmy przyjąć taką inność, zaakceptować i żyć z takim człowiekiem?! Myślę, że część społeczeństwa tak, a reszta? Tego już nie jestem tak pewna. Dobrze, że Polakom, którzy przybyli z Donbasu dajemy szansę aklimatyzacji w naszym społeczeństwie, bo to przecież Polacy, ale trochę inni. To tak jak z „Cudzoziemką” Kuncewiczowej, która wszędzie czuje się obca. Inność niekiedy boli.
Kupuje drukarkę, wezmę na raty, ale chyba już czas zrobić podsumowanie. Póki czas, póki jeszcze jest mój czas. 
 
wtorek, 24 marca 2015
Wczoraj rano zaczytałam się we wspomnieniach o  wojnie polsko-bolszewickiej i jakimś cudem znalazłam wzmiankę o interesujących mnie ludziach z majątku Łubki. Poszukiwania ciągnę do końca miesiąca i później „ogarniam” wszystko, podsumowuję i przygotowuję dla potomnych. Swoje zrobiłam.
Podjadałam  w czasie 220 stronicowej  lektury ciasteczka półkruche, które upiekłam dla pewnej osoby i dla mnie też coś niecoś zostało i tak się w nich rozsmakowałam, że zniknęły, ale jutro upiekę następną partię. Okazuje się, że im dłużej leżą moje półkruche szczęścia ciasteczkowe, tym  są coraz smaczniejsze.
Niech mi nikt nie mówi, że od ciasta się tyje. Jak je się w miarę umiarkowanie, nic się nie złego dzieje. Ostatnio tyle zjadłam ciast i waga jak tkwiła w miejscu, tak tkwi. Tego już się chyba nie odwróci, wiek swoje robi. Jasne, że jak się je zachłannie, jak pewna pani fryzjerka, która użalała mi się, że nie może piec ciasta drożdżowego, gdyż świeże pochłania jedząc połowę blachy zaraz po wyjęciu z pieca, no to jasne, że to się odkłada w fałdach tłuszczu. Ciasto drożdżowe, gdy jest świeże, coś w sobie ma, ja też mam kłopoty z zachowaniem umiaru. Ciasteczek półkruchych nie mam wcale zamiaru się wyrzekać. Smaruję je białkiem i maczam w cukrze zmieszanym z cynamonem lub anyżem, albo obtaczam ziarnami słonecznika. Są naprawdę smaczne i takie swojskie.
Podam przepis, niech tam już  będzie, niech inni też coś uszczkną z bogactwa smaku. Lepsze są dla mnie takie ciasteczka niż przekładane masami torty.
Składniki: 500 g mąki, 150 g margaryny lub masła, 2 zółtka, 1 jajko, ¾ szklanki cukru, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody, szczypta soli, 3 łyżki śmietany.
Wyrobić ciasto, schłodzić w lodówce, rozwałkować na grubość pół centymetra, wykrawać ciastka średniej wielkości – rosną!, obtaczać w czym kto lubi i piec do zarumienienia. Mogą być dosyć długo przechowywane, czas ma na nie dobry wpływ, kruszeją.
Tyle zdradziłam dzisiaj swoich tajemnic, inne pozostaną w ukryciu, nie wszystko co wiem, powiem, a bywa, że dużo wiem, może kiedyś wieczorową porą, kiedy wiosna mnie omami, powiem.
 
czwartek, 26 marca 2015
Wczoraj walczyłam z przeglądarkami, gdyż takie hasanie po internecie jakoś im nie służy, aż w końcu ściągnęłam nową. Ta, będąc jeszcze w stanie dziewiczym, działała bez zarzutu. Każda ma dla mnie coś nowego w pierwszej fazie wyszukiwania, tym razem też tak było. Odkryłam, że osoba o imieniu i nazwisku mojego taty, ulokowana w mojej rodzinnej miejscowości, złożyła dar na Funduszu Obrony Narodowej „DAR SERCA NARODU”. Trochę byłam zaskoczona, ale o pomyłce nie może być mowy, gdyż był tylko jeden człowiek w tej miejscowości z takimi danymi personalnymi!
Zrobiło mi się „miękko” na sercu, to cały mój tato! Był szczerym patriotą, nie takim od gadania, tylko od pracy na rzecz lokalnej społeczności, a i Ojczyznę jak widać wspomógł w potrzebie, gdy nadszedł trudny czas. Przecież nie był bogaczem, ale widocznie uważał, że nie powinien stać z boku, gdy inni też oddawali najcenniejsze niekiedy pamiątki. 
Dla nas też taki był, sam by nie zjadł, ale dla nas oddałby wszystko, co miał. Jak tu nie wspominać z łezką w oku takiego człowieka, właśnie minęła 24 rocznica śmierci. Wcale nie żałuję, że stoczyłam takie boje przeglądarkowe, gdyby nie to, nie odkryłabym jeszcze jednego przyczynku do życiorysu mojego kochanego Ojczulka.
http://milkowice.pl.tl/Nowo%26%23347%3Bci-.htm

Na tej stronie jeszcze myśliwi, mój tato także. Po ostatnim zawale, kilka lat przed śmiercią nie brał już udziału w działaniach koła, ale zawsze sercem był z kolegami myśliwymi. Odwiedzali go, kiedy juz zdrowie nie pozwalało na udział w pracach koła, aby razem powspominać, zawsze na „Huberta” przynosili dar lasu, zająca, który wisiał później i kruszał w spichrzu, a tato tak cieszył się z tej pamięci.
Myśliwi, aby godnie prezentować się na uroczystościach, sprawili sobie ciemno-zielone, eleganckie garnitury i tato zapowiedział nam, że jak umrze, mamy go w tym właśnie garniturze pochować. I tak też się stało, nikt by się nie sprzeciwił jego woli. Widocznie dobrze się czuł w tym gronie ludzi.
Mój tatko to był świetny tata, tacy ludzie powinni mieć dzieci, dają im szczęśliwe dzieciństwo, a to kapitał ważniejszy na życie niż majątek. Mam nadzieję, że uda mi się też odszukać wiersze, jakie drukował przed wojną… Mało wiem na ten temat, ale wiem, że taki fakt miał miejsce.

piątek, 27 marca 2015
- Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej – zgodnie z Konstytucją, najwyższy przedstawiciel polskich władz, gwarant ciągłości władzy państwowej, najwyższy organ państwa w zakresie władzy wykonawczej, czuwa nad przestrzeganiem postanowień i przepisów Konstytucji, zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. -
„Czy politycy mają Polaków za idiotów? Czy Polacy kupią każdą wyborczą banialukę?” przeczytałam dzisiaj i chyba się z tym zgadzam. Obecna kampania wyborcza to istny cyrk, gadają i gadają, nie ma o czym, to o byle czym, byle zaistnieć i gadać. Teraz o wprowadzeniu euro, co im do tych głów strzeliło? Kandydaci nie mówią o swoim programie, tylko o tym, co robi według nich źle kontrkandydat!? Co to ma za sens?
Prezydent to nie prestidigitator, nie wyciągnie króliczka z rękawa i już wszystko będzie tak, jak on chce?! Czy ja mam jakiś defekt myślowy, czy nie zdaję sobie sprawy, co może zrobić, a czego nie może prezydent? To jest funkcja reprezentacyjna, to fakt, ale przecież chodzi o wojsko i gotowość militarną kraju?! W obecnym „rozwojowanym” świecie to jest bardzo ważne. Do tego trzeba mieć przygotowanie, aby dać sobie radę. Ja nie mówię, że czegoś się nie można nauczyć, można, ale na to potrzeba czasu, więc lepiej mieć w tym kierunku predyspozycje, wykształcenie, obycie polityczne, doświadczenie. Najważniejsze jest jednak zrównoważenie…
Kandydaci nawołują: "napisać prawo od nowa", obniżyć podatki, rodzina, praca, bezpieczeństwo, rozdział państwa i Kościoła, likwidacja senatu… Tak można gadać bez końca, tylko co z tego wynika? Czy ci ludzie nie rozumieją jakie będą ich uprawnienia gdy zajmą tę funkcję? Prezydent ma prawo inicjatywy ustawodawczej, ale to inicjatywa, a nie wprowadzenie ustawy w życie. Jak się chce rządzić, to trzeba być premierem, ale premier też sam nie może robić, co zechce, zmiany musi zatwierdzić Sejm, a tam trzeba mieć większość, aby przegłosować swoje racje i koło się zamyka.
Tak naprawdę to PO powinno już przejść do opozycji, gdyż ja też już mam powoli tego wszystkiego dosyć, ale kto ma zająć ich miejsce? Z dwojga złego lepiej wybrać mniejsze zło.
Boję się ludzi opętanych jakimiś szaleńczymi ideami, które destabilizują życie innych. Mamy przykłady, że takie manie bywają groźne. Ostatnia katastrofa airbusa linii Germanwings w Alpach! Andreas Lubitz miał kłopoty, ludzka sprawa, ludzie z zaburzeniami psychicznymi byli i będą, ale czy on powinien latać? Przecież tyle jest zawodów, które mógł wykonywać nie narażając innych, ale pozwolono mu latać! Czy słusznie, chyba nie! Herostratos, który dla sławy podpalił świątynię Artemidy w Efezie, uważaną za jeden z siedmiu cudów świata przeszedł dzięki temu do historii, ale nam nie potrzeba takich „herosów”, nam potrzeba ludzi zrównoważonych, nie możemy godzić się na przypadkowość, dzielenia znowu Polaków, zamieszanie Polski w wojnę. Więcej rozwagi kandydaci na prezydenta, więcej rozwagi i odpowiedzialności za słowa, które wypowiadacie. Rodacy, to nie ciemniacy… Sami się zastanówcie jak wasza prezydentura będzie wyglądała, co będziecie mogli, a czego nie będziecie mogli zrobić, obawiam się, że kandydaci nie zdają sobie z tego w pełni sprawy...

 sobota, 28 marca 2015

Chyba się dzisiaj nie spisałam! Przemieszczałam się z Luisem z drogi osiedlowej na chodnik, skupiając się na psich sprawach i wtedy to natknęliśmy się na znajomego taszczącego ze sklepu zakupy. Po zdawkowych powitaniach i określeniu stanu pogody na dzisiaj, wzrok mój zatrzymał się na reklamówce zapełnionej wychwalaną przez wszystkich białą kiełbasą. Ponieważ dla mnie była to ilość zdumiewająca, może więcej niż kilogram, spytałam:
- Już zapasy na święta pan zrobił?
Na twarzy mojego rozmówcy odmalowało się lekkie zdziwienie:
- Na święta? Przecież jeszcze tydzień do świąt!
Nic już więcej nie powiedziałam, przytaknęłam tylko i szybko się pożegnaliśmy. Chyba popełniłam błąd! Już zapomniałam, że ród męski musi się należycie odżywiać, gdyż inaczej słaby jest, schodzi poniżej stu kilogramów wagi, a to źle wpływa na wydajność, humor i wyniki w pracy. No trudno, nie pójdę prostować, zagarnę sprawę pod dywan i już. Przysięgłam sobie jednak w duchu, że niczemu i nikomu nie będę się dziwić!
Osobiście takich zakupów nie robię, nie lubię zapasów na dłuższą metę. Kupiłam już wcześniej te wychwalone kiełbasy, ale dwie zupełnie mnie zadowoliły i na dłuższy czas mam przesyt, a przecież na święta będą obowiązkowe! Zaprowadziłam Luisa do domu, nakarmiłam, i poszłam do sklepu. Nabyłam kaszankę, aby odwrócić uwagę od białej kiełbasy – co to za kaszanka, to namiastka kaszanki! – przysmażyłam z kiełbasą śląską zrumienioną do chrupkości i spożyłam. Też teraz mam siłę i zaraz zabieram się do dokładnego sprzątania kuchni w ramach przedświątecznych porządków.

niedziela, 29 marca 2015
Miałam już wychodzić wieczorem z Luiskiem, ale musiał poczekać, gdyż zapowiedziano wywiad z Magdaleną Ogórek. Nie ukrywam, byłam ciekawa, co i jak powie.

Jestem pod wrażeniem, kandydaci patrzcie i uczcie się jak udziela się wywiadów!
Była przygotowana, to duży plus, mówiła na temat, nie traktowała konkurentów jak śmieci, skupiła się na temacie odnośnie uprawnień prezydenta, nareszcie! Mądra, elokwentna, wyrażająca się jasno, posługująca się piękną polszczyzną, taktowna i zadbana, stanowcza i nie dająca się zapędzić w kozi róg. Chyba pan Ziemiec też był zaskoczony, nie spodziewał się takich odpowiedzi, nastawiony był raczej na sztampę, a tu proszę, niespodzianka na całej linii.
Bardzo mi się Pani podobała, bardzo, bardzo!!!
Boję się tylko jednego, jak Pani sobie poradzi z tym gniazdem os, które już kąsały w ciemno, a teraz co będzie, gdy już wiemy, i oni wiedzą, na co Panią stać?! Może to i na dobre wyjedzie innym kandydatom i ten bełkot, którym nas obdarowywano do tej pory, ucichnie…
Powodzenia, i niech Pani zbyt wielu wywiadów nie udziela, lepiej jeden dobry, wystarczy, a stwierdzenie:
„Dla mnie najważniejsi są wyborcy. To z nimi spotykam się na co dzień. To bardzo intensywne spotkania i bardzo serdeczne. Wyborcy chętnie dzielą się ze mną problemami, a mój wolnościowy program odpowiada ich potrzebom - odparła na to Ogórek.” Nic dodać nic ująć, powodzenia Pani Magdaleno!
 
 poniedziałek, 30 marca 2015
Wiatr wieje noc całą i ranek 10 w skali Beauforta! Świsty i gwizdy, chłostające ściany cienie gałęzi, oszalała noc Walpurgi… Wyszłam z Luisem na rytualny, poranny spacer i znosiło nas bez litości, szukałam zacisznego kątka, aby psina mogą zrobić, co należy. Podobno na Święta ma spaść tu i ówdzie śnieżek. Lubię takie odmiany.
Z Lusiem jutro się rozstajemy. Jego Pani wróciła już szczęśliwie z objazdówki po krajach Bałtu. Więź, jaką zadzierzgnęliśmy zbratani wiekiem, znowu na jakiś czas zostanie przerwana. Zobaczymy kto dłużej przetrwa.
 
wtorek, 31 marca 2015
Wczoraj z dużym sentymentem obejrzałam galę Wiktorów, a dzisiaj trochę się obijam, poszłam po grosz emerycki, kupiłam trochę czegoś tam na obiad aby sklecić danie – kasza jaglana zapiekana ze szpinakiem i serem feta - dogotowałam marchewki, gdyż sosu nie chciało mi się robić. Teraz muszę wyjść z Luisem, ale zasnął snem kamiennym i nie wiem czy mam go budzić?! Dzisiaj po obiedzie „dopucuję” łazienkę, wszystko już opryskałam środkami na bazie octu i po robocie z czystym sumieniem wieczorem zabiorę się do przeszukiwania lokalnych gazet ziemi kaliskiej.
A niech to, pada śnieg, przelotnie co prawda, ale pada! I tak się nie utrzyma, ale co krwi napsuje, to napsuje. Akcenty zimowe będą mi tutaj wprowadzać! Za oknem drzewo już brzemienne, pękają pąki i wychylają się różowe kaftaniki kwiatuszków, a tu znowu zima wraca. Okrucieństwo jest wszędzie, przyroda jest bezwzględna jak J.K zrównujący z ziemią wszystko, co się do tej pory działo w Polsce. Poczekamy, zobaczymy, jak on zakwitnie pąkiem postępu, gdy dojdzie do władzy. Niech już w końcu rządzi. Nie będę musiałą oglądać dzienników.  Mam tylko jedną prośbę, niech póki co, tyle nie gadają, gdyż mam później mdłości…
Kończymy marzec i przechodzimy do przeplatanego kwietnia, to będzie się dopiero działo. Wieszczę czas trudny w przyrodzie, polityce... Zobaczymy co się sprawdzi.
 
suma wejść na stronę - 245505,
odwiedzających - 82548,
dzisiaj -25
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Moja aktywność w Internecie
 
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=