kwiecień 2014



wtorek, 1 kwietnia 2014
Postanowiłam wszystko w moim życiu zmienić. Dość smęcenia, marudzenia, gdybania. Będę żyła pełną piersią.
 
Oto moja oferta!
Szukam chłopaka, wiek obojętny- tylko bez przesady, nie może być za stary! - musi był sprawny, ładny, przystojny, zdolny - koniecznie, gdyż przeciętniaków nie akceptuję - i będę z nim jeździła na rowerowe wycieczki, ale pojazdem ma być tandem. On będzie pedałował, a ja na tylnym siodełku będę goniła wiatr, gładziła pod włos motyle i śmiała się do słońca, do niego też, tylko nich się nie ogląda zbyt często, nie mam zamiaru wylądować w rowie. Wiersze będę dla niego pisała, uwodziła go będę, świat nabierze rumieńców. Pomkniemy drogami, które są do tej pory tylko w marzeniach. Proszę traktować to jako poważną ofertę. Zastrzegam sobie prawo wyboru, gdyż wiem, że kandydatów będzie wielu.
 
Tytułem zachęty dołączę fragment mojego wczesno-bejowego wiersza.
http://wiersze.kobieta.pl/wiersze/nasza-uliczka-170038

Gdy szliśmy naszą uliczką
Latarnie na środku stały
Czułam się twoją księżniczką
Czary się czarowały.

Mową tajemną gadały
Kwiaty rozsiadłe na skwerze
Sosenki się przedrzeźniały
Żuk jeździł na rowerze.


 
środa, 2 kwietnia 2014
Są sprawy, które mnie bolą. Toruński teatr pod koniec miesiąca wystawia spektakl z udziałem Sthura, Jandy i Gogolewskiego . Ceny biletów, bagatela 195 złotych, a  jaskółka 100.
Czy mnie na coś takiego stać?! Zdecydowanie nie! Taka okazja. I to mnie boli.
Na święta moja szkoła sypnie jakimś groszem, ale przecież nie wydam wszystkiego na bilet do teatru, gdyż chyba dużo więcej nie będzie. Dobre i to. Wiosenne porządki też kosztują i czas już się za nie zabrać. Zrobię sobie plan pracy abym na święta jakoś funkcjonowała.  Muszę  ukochaną tradycję uszanować.
 
Odnośnie wczorajszej oferty, chętnych nie ma. Ci, którzy pisaliby się, nie mają siły, a młodsi nie mają ochoty. I chwała Bogu!!! 
czwartek, 3 kwietnia 2014
Kołowrotek emerycki od rana, a właściwie od nocy. Przeniosłam się do sypialni, gdyż już nie wykorzystuję kaloryfera w nocy. Mogę się teraz wyspać na moim najlepszym z łóżek. Pozornie, jako że rury jeszcze ciepłe, ludzie mają małe dzieci, grzać trzeba. W nocy temperatura spada przecież poniżej zera. Problem w tym, że u nas we wieżowcu w środkowym pokoju rury śpiewają po nocach! Stukotki, pukotki, rzężenie i stękanie rurowe… Nie zaśnie się, żeby nie wiem co. Spokój jest dopiero, gdy zupełnie zaprzestaną grzania. Był już hydraulik, rozkręcił cały kaloryfer, nic nie znalazł i jest jak było. Sąsiadka u góry ma ten sam problem, wyżej nie wiem, gdyż nie znam ludzi. Kupię sobie chyba zatyczki do uszu albo głowę owinę grubym szalem!
Dzisiaj miałam wizytę u lekarza rodzinnego. Czekałam na nią dni cztery… Bez komentarza. Spotkałam w gronie oczekujących moją sąsiadkę, trochę pogawędziłyśmy, w sprawie „Pasji” według objawień K. Emmerich także. Zabrałam ze sobą „Politykę” do poczytania, aby się nie nudzić, ale nie przeczytałam więcej niż jedną stronę. Moja współtowarzyszka z drugiej strony podjęła temat Ukrainy, widoczny na obrazku. Dowiedziałam się, o czym podobno wszyscy wiedzą, tylko nie ja, że konflikt na Ukrainie to początek wojny światowej, są na to przepowiednie. Mam nadzieję, że nie wszystkie przepowiednie muszą się sprawdzić.
Jakby tego było mało, w aptece, gdzie poszłam zostawić super kasę, leki mam coraz droższe, spotkałam moją przemiłą sąsiadkę zupełnie przypadkowo przecież i dostałam prezent, ową „Pasję” polecona mi wcześniej przez mojego internetowego kumpla. Zdążyła już gdzieś ją zakupić. Bardzo się ucieszyłam, ale nie chciałam przyjąć bez zapłaty. Dobrze to nie wyszło, gdyż wsunęłam jej do kieszeni pieniądze. Powiedziała, że się na mnie obrazi. Trudno, zobaczymy co z tego wyjdzie. Ja mam swój emerycki honor i nie mogę niczego przyjmować ot tak sobie. Boso ale w ostrogach, jak mawiał nasz pisarz rodzimy.
Już odetchnęłam po przygotowaniu obiadu i kompletnym przemeblowaniu sypialni, aby być dalej od rozśpiewanego i rozpaplanego kaloryfera, a właściwie rur doprowadzających ciepło. Jeszcze muszę wyciągnąć maszynę do szycia, odwlekam i odwlekam, ale muszę się z tym uporać, gdyż Luis znowu zagości u mnie, a to zawsze nowe obowiązki.
piątek, 4 kwietnia 2014
Jaka smutna wiosna tego roku, ostry wiatr zacina i zamróz rozkłada się na trawach wokół. Kwiaty skurczyły się na drzewach, brak woni nie mami pszczół i trzmieli, gorzki zapach śliw zamknięty w kielichach, w górnych partiach nieba  fruwają dzisiaj anieli. Idziemy z Luisem zziębnięci, skuleni, wzdłuż krawędzi trawnika, mija nas chłopak na czarno odziany, dredy do pasa, rękaw króciutki, z plecakiem ogromnym pomyka. Może jutro będzie cieplej, może bardziej wiosennie, poczujemy wiosny wonie i zrobi się wszystkim przyjemniej.
Luisek nakarmiony i wyczesany śpi teraz skulony na dywanie, ja też do pracy się zabiorę, gdyż na nic zda się narzekanie. Widać, że nie mam zbytniej ochoty, aby ze ścierką biegać po domu, gdy już tak trzeba, to posprzątam, nie wyżalę się na monotonność zajęć, nie mam komu.
Spałam dzisiaj bez stresu, od stukania rur oddalona, wypoczęta jestem ale ochota do pracy we mnie jeszcze nie jest chyba rozbudzona. Pisać też mi się nie chce, przecież piątek dzisiaj, a piątek to zły działań początek…
Dosyć użalania się nad sobą, zrób zakupy staruszko, zmobilizuj się do działania, moc jeszcze jest przecież z tobą i do pracy cię nakłania. Jazzman w tle tak słodko pieści klawisze, nie wyłączaj muzyki, śledź cienie trzmieli za oknem i ciesz się tym, co masz, bo nie wiesz kiedy i to stracisz, a pławienie się w niebycie międzygwiezdnych przestrzeni może cię tak zbytnio nie zachwycić.
 
sobota, 5 kwietnia 2014
Osobiście nie wątpię w istnienie światów równoległych! Teraz naukowcy nareszcie też się nad tym problemem pochylają. Prowadzą badania nad istnieniem hadronów. Doświadczyłam dzisiaj snu, który jak nic był przeciekiem grawitacyjnym. Zaistniałam w zupełnie nowej rzeczywistości, dzięki Bogu tylko we śnie. Być może teraz jakaś ja żyje życiem podobnym do mnie, ale może już w przyszłości, a może w przeszłości, gdyż przecież różnica czasowa może istnieć. Ile to razy sekundy zadecydowały o naszym być lub nie być, gdybyśmy tam byli jakże inaczej wszystko potoczyło by się… Lepiej by było, gdyby mój sen byłyby zaczerpnięty z przeszłości, wtedy nie doświadczyłabym już takich przeżyć obecnie.
Niesiemy  niekiedy posłannictwo, obciążenie rodzinne… Nad tym też trzeba się zastanowić. Jestem istotą wędrowną, pracowałam i mieszkałam w wielu miejscach i nigdzie miejsca nie mogę zagrzać. Teraz już mnie też korci przeprowadzka, gdybym miała pieniądze, zrobiłabym to jak nic. Nie o tym jednak chcę pisać.
W zaraniu mojej pracy zawodowej spotkałam ludzi, których los mnie zastanawia i do dzisiaj o nich pamiętam. Dwoje młodych ludzi, super para, kochało się i chodzili ze sobą. Raptem gruchnęła wieść, że się rozstali. Rodzina próbowała ich jakoś pogodzić, ale się nie udało. Każde z nich znalazło nowego partnera w tempie błyskawicznym, ale jacy to byli ci wybrańcy? Przypadkowi, chętni, bo jakże by inaczej, i niezbyt atrakcyjni. Śluby odbyły się w ciągu miesiąca. Chłopak został na miejscu i męczył się z kobietą, z którą nawet nigdzie ni wychodził razem, nawet do kościoła. To był bardzo uczciwy człowiek, trwał przy żonie, ale szczęścia w życiu nie zaznał. A ta nieszczęsna kobieta, która stała się ofiarą, żoną wypełniającą tylko obowiązek rodzenia dzieci i pracy w domu? Jej było mi żal najbardziej!

Jego była dziewczyna wyniosła się do męża, pożal się Boże nad jej losem, taki partner, to lepiej aby go wcale nie było! Wiem o tym, gdyż jej były chłopak interesował się jej losem i wszystko wiedział na bieżąco. Dzieci w jednym i drugim związku były bardzo udane, ale powieliły los rodziców. Jedna z dziewczyn uciekła sprzed ołtarza, druga wycofała się ze związku z lubym, ale nigdy z nim nie zerwała kontaktów, mimo, że ten założył już rodzinę i z nim miała dziecko. Nie będę już pisać o innych potomkach, każde z dzieci znajdowało partnera, zostawiało go i zawierało inny związek, w którym było bardzo nieszczęśliwe. Nie wiem jakie są losy ich potomstwa, gdyż nie mam z tymi ludźmi żadnego kontaktu. Można by powiedzieć, powielili błędy rodziców, ale dlaczego tak gremialnie… Coś w tym wszystkim jest. Może są silnie powiązani ze światem równoległym, gdzie wybory już się dokonały, a oni nie nadążają, albo odwrotnie. Chyba nie trudno się domyśleć, że takie problemy miałam też w moim śnie.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Nie bójcie się niepotrzebnie! Zawsze jakoś będzie. Wczoraj do południa oddałam się kontaktom towarzyskim, a popołudnie poświęciłam na szukanie informacji o Miłkowicach. Nie trudno się domyśleć, że nic nie znalazłam. Muszę chyba podjąć decyzję na poziomie swoich możliwości, uporządkować wszystko i zabrać się za inne działania. Pradziadek był ostatnim właścicielem dworu, i dlatego chyba mnie wybrano abym wyrównywała jakieś długi wdzięczności. Kto to wszystko potrafi objąć rozumem. Tutaj, w moim teraz mieście B. spotkałam krewną w lini prostej Bogdańskich! Czy to jest przypadek?! Będę naprawdę zamykać sprawę. Kupię sobie w stosownym czasie drukarkę, gdyż strona w każdej chwili przecież może wystąpić z propozycją płatności i na tym zakończę działania. Myślę, że zrobiłam co było możliwe.
Słońce uniemożliwiło mi prace przyokienne i dlatego poszłam załatwić to i owo, a że przy okazji natrafiłam na buty takie pół na pół, wiosenno-letnie, szykowne, wygodne, w sam raz dla staruszki, nabyłam więc je, aby dać już mojej córce święty spokój w sprawie biegania po sklepach. Rajstopy też kupiłam, jedne cienkie, drugie ciut grubsze, ale te cienkie upłynnię, gdyż zbyt wiele odsłaniają, a przecież pokazywać się powinno to, co mamy w miarę dobrze wyglądające, niedobory lepiej ukryć. Co będzie w święta nie będę teraz myśleć, nikt z zewnątrz na talerze nie będzie zaglądał, a ja muszę się jakoś prezentować. Chyba teraz już mogę zacząć. Wyżaliłam się i jest mi lżej.
8 kwietnia 2014
Dopiero minęło osiem dni, a u mnie z kasą coraz gorzej… Co to będzie do świąt??? Dzisiaj umyłam jako ostanie okno balkonowe, w pośpiechu, aby zdążyć przed słoneczkiem. Ja już wiem co to znaczy myć szyby w blasku jasnych promieni. Zdążyłam. W międzyczasie moczyłam firanki i partiami prałam. Powiesiłam, zakończyłam i mam to z głowy. Zastanawiam się tylko jak długo, ja staruszka 73-letnia, będę mogła stać na parapecie aby wieszać te nieszczęsne szmatki na oknie?! W sypialni nie mam stołu, a na drabince czuję się niepewnie, wolę już parapet. Próbowałam funkcjonować bez firanek ale jakoś nie potrafię. Zasłony już zdecydowanie odrzuciłam, wystarczą mi rolety, okno muszę mieć jednak zasłonięte. Proszek do prania firanek nie jest tani, do czyszczenia dywanów też. Okna myję tylko płynem do mycia naczyń. Myję, ściągam ściągaczką, czyszczę specjalną ścierką wchłaniającą wilgoć i poleruję spranymi ręcznikami. Nie osadzają się kłaczki na szybach.
Przeczytałam ostatnio informację która mnie zastanowiła i korci mnie dniem i nocą. W hospicjum para zawarła związek małżeński. Pani tak gorliwie opiekowała się obłożnie chorym staruszkiem, że zdecydowali się w obliczu jego śmierci na ślub. Taka spóźniona miłość, ale jaki był powód jej legalizowania?! Może ta pani miała nieodpowiednie nazwisko i chciała je sobie zmienić, a może ten pan miała dobrą emeryturę… Każdy powód był dobry.
Ja do hospicjum się nie nadaję, gdyż mam kłopoty z obcowaniem ze śmiercią, ale gdyby tak zawrzeć zdalnie związek i zyskać tylko emeryturę? Bardzo by mi się taka zwielokrotniona przydała. Mogłabym zobowiązać się do modlitwy za duszę odchodzącą. Co prawda nigdy takiej możliwości nie brałam pod uwagę, to znaczy ponownego małżeństwa, gdyż wierna jestem aż po grób, ale teraz, gdy mam takie kłopoty i ciągle nowe pomysły, które zdecydowanie wymagają nakładów finansowych, zaczynam wątpić czy dobrze zrobiłam nie rozglądając się za kimś, kto miałby dochody poprawiające moją kondycję finansową. Teraz już za późno, ten mój wiek! Jestem zdecydowanie zbyt leciwa.Zyskałam kilka lat wolności, ale te nieszczęsne pieniądze... Mam więc tylko jedno wyjście, oszczędnie gospodarować kapitałem, jaki mam. Trudno. Że też inne kobiety mają takie szczęście. 
 
środa, 9 kwietnia 2014
Niekończąca się praca podzielona na raty, abym nie była zbyt obciążona fizycznie, nastraja mnie nieco nostalgicznie, a nawet filozoficznie. Docieram do najskrytszych zakątków i dziwię się, że takie przedmioty jeszcze trzymam. Postanowiłam na specjalnym wieszaku wystawić wszystkie torby służące do obsługi mojej osoby jako klientki sklepów, bywalczyni przybytków sztuki i modlitwy, a także uczestniczki wycieczek i spacerów. Nazbierało się tego sporo. Część zdecydowanie zutylizowałam pakując do torby i wynosząc do specjalnie w tym celu ustawionych skrzyń, resztę uwidoczniłam. Patrząc na nie zastanawiam się czy są piękne czy brzydkie. Niektóre nie są ani takie ani takie, są jednak przydatne i w miarę ładne. Jedna budzi moje przerażenie. Jest dosyć dużego formatu, popielata, z licznymi kieszonkami i przegródkami. Nosiłam w niej w swoim czasie rozliczne dokumenty notarialne. Trzeba przyznać, że sprawdziła się znakomicie, nie wiadomo do końca czy torba czy ja, ale jej nie wyrzucę, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo co jeszcze przede mną.
Znalazłam w niej kartkę z notatką, która mnie zastanowiła – w żadnej nawet złamanego grosika – „trzeba kochać własne pragnienia”, „głuchota kamieni”, „dominikanie – psy pana”. Kiedy ja to pisałam? Między spotkaniem z notariuszem a pobytem w sądzie? Dlaczego, o czym wtedy myślałam? Nie mogę sobie w żaden sposób przypomnieć. Podszewka torby jest cała pokreślona długopisami, ale to torba służąca do pracy, nosi więc ślady użytkowania, trudno aby była nieskalana. Tłukła się ze mną po Polsce i nigdy nie stawiała oporu. Moja urzędowa torba!
Zaglądam niekiedy, uczciwie mówiąc dosyć często, na pewien portal, gdzie pisze poeta kojarzący mi się z moją torbą, użyteczny ale bez polotu, praktyczny, bystry obserwator i co najważniejsze, lubiący wieś. Poeta z niego żaden, albo udaje zniżając się do poziomu najbardziej nieudolnych, ale ja go lubię, gdyż mnie śmieszy. Na szczęście się go nie boję tak jak mojej torby, gdyż on nie wie, że ja czytam jego utwory. Torbę zachowam, poetę będę czytać, a teraz zabieram się za czyszczenie dywanów. Wszystko już przygotowane, dywany odkurzone, meble odsunięte tylko należy wykonać co należy.
piątek, 11 kwietnia 2014
Drugi już dzień spędzam w przychodni za sprawą mojego nadgorliwego kolegi, który cierpi na cukrzycę i jest na tym tle przewrażliwiony. Wręcz zmusił mnie do badania. Wczoraj już z tej racji miał nieprzyjemności i to jeszcze nie koniec, wszystko zależało będzie od wyników w poniedziałek. Ostatnio z cukrem u mnie nie było najlepiej, tak na granicy wytrzymałości. Poprosiłam o skierowanie i dostałam. Wczoraj wizytę w przychodni zakończyłam niepowodzeniem, gdyż poszłam zbyt późno. Dzisiaj z wiatrem w zawody goniłam autobus aby być szybciej i byłam zbyt szybko, musiałam czekać. Najpierw ukłucie w palec, no jakoś poszło, później pobranie krwi z żyły i wypicie słodyczy ponadwymiarowej z glukozy, jeszcze teraz jest mi niedobrze… Po dwóch godzinach znowu pobór drogocennego płynu i w poniedziałek wyniki. Podejrzewam, że ja nie mam cukrzycy. Glukometr wydał mi ocenę w normie, ale od kilku dni nałożyłam sobie szlaban na słodycze, nie dałam się skusić, mimo że jakieś tam zapasy czekoladowe mam. Po dzisiejszych przeżyciach nie chcę wiedzieć w swoim domu ciast, tylko w święta, bo przecież coś tam wtedy musi być. Nie, nie, nie, ja takiej choroby sobie nie życzę, nie będę nadużywać i nie będę mnie kłuć.
Dwie godziny czekania też nie było zachęcające. Na szczęście miałam miłego towarzysza niedoli i przegadaliśmy cały czas, gdyż inaczej bym chyba tam sczezła. Załatwiłam też ze spółdzielnią sprawę pukających po nocy rur, a także licznika pomiaru ciepła, który wczoraj podczas mycia kaloryfera w łazience się „omsknął”. Mają dzisiaj przyjść i założyć nowy, ale jestem 22 złote do tyłu, jako że to stało się w moim domu i ja byłam przyczyną awarii. Dobrze, że już to wszystko mam za sobą, a pana z przychodni pozdrawiam. Nie trudno zgadnąć, że w czasie tych dwóch godzin wprowadziłam go w sprawy moich stron internetowych i zaprosiłam go tutaj do odwiedzin. Zobaczymy czy się odmelduje. Żeby nie było, do głosu też go dopuściłam!!!
Dzisiaj robię sobie przerwę w pracach, jako że jestem wyczerpaną, bladą i zmaltretowaną rekonwalescentką. Dobrze, że już nie mdleję tak, jak to drzewiej bywało. Oddam się lekturze i wypoczynkowi, oczywiście jak zdołam wytrzymać.
 
 
sobota, 12 kwietnia 2014
Zastanowił mnie komentarz mojej miłej koleżanki internetowej stwierdzający, że podaję tutaj dokładny opis mojego życia - Ma się wrażenie jakby czytający zaglądał w okno czy oglądał fotografię, czy tak jakoś… Nie, to nie jest prawdą, gdyż ja wybieram tylko jeden wątek, który rozwijam. Gdybym pisała wszystko o czym myślę, mówię i co robię, to codziennie powstawałby tutaj tekst nadający się na książkę. Mam bardzo bogate życie wewnętrzne i wiele przemyśleń, ale staram się zawężać tematykę. Wobec powyższego od dzisiaj jasno będę sobie stawiała cele. Tematem dzisiejszego wpisu będzie ŁYŻKA.
Każdy łyżki musi mieć, gdyż jest to sztuciec stołowy do pobierania pokarmów. Nikt nie je ręką, no chyba że nikt nie widzi, wtedy gorące fasolki wybiera się ukradkiem z garnka palcami… Dzisiaj więc w  aspekcie łyżki będę rozpatrywała temat.
Jako że jestem nieco osłabiona, rano postawiłam na balkon. Wydawało mi się, że to łatwizna. Sprzątałam więc wszystko dokładnie na świezym powietrzu, w żrących promieniach słońca, tonąc w kroplach potu - na czole. Nie tak to sobie wyobrażałam! Mam do posprzątania sześć pomieszczeń plus balkon. Zakończyłam jednak z powodzeniem podjętą dzisiaj pracę. Ponieważ zamówił się  gość, muszę siedzieć w domu i czekać. Aby nie marnować czasu postanowiłam więc po lekkim posiłku, który był konieczny dla ratowania mojego osłabionego organizmu, zabrać się za porządkowanie szuflady ze sztućcami. Byłby to krok do przodu, gdyż  po niedzieli przystąpię do sprzątania kuchni.  Wyjęłam z szuflady „to coś z przegródkami”, nie wiem jak to się nazywa,  i oszołomiła mnie ilość złożonych tam łyżek i innych narzędzi stołowych. Nazbierało się tego przez lata! Odszukałam także wszystkie sztućce ozdobne przeznaczone na wielkie wejścia … i osłabłam w zapale. Samych łyżek i łyżeczek naliczyłam ponad sześćdziesiąt. Część z nich to narzędzia posrebrzane - mimo,  że starannie owinięte i umieszczone w specjalnych woreczkach i tak przed użyciem wymagają specjalnego czyszczenia i polerowania, a ja słaba jestem. Zostawiłam więc wszystko na jednej z szafek, starannie ułożone,  i zabiorę się za nie po południu,  albo po niedzieli.
Trochę tracę zapał do pracy, gdyż wygląda na to, że na święta pojedziemy do kurortu!!! Ja nie mam szczególnej ochoty, ale inni mają i co ja mam zrobić?! Jak się wyłamię, popsuję wszystkim upragnione dni wypoczynku. Myślę sobie, to przecież nie jest wigilia, poświęcić pokarmy mogę też tam, gdzie mnie wiatry zwieją. Takie to czasy nastają. Mam cichą nadzieję, że jeszcze wszystko się jakoś domowo ułoży, a jak nie, to pojadę. Może i lepiej, uniknę przygotowań, ale te łyżki doczyszczę i schowam  - do następnego użycia.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Woda. Całą noc padało, może z przerwami, nie wiem, gdyż przecież spałam, docierały do mnie niekiedy odgłosy dudniących o parapet kropli deszczu. To ta słaba strona sypialni, parapet nie jest niczym osłonięty i woda z obrażonych chmur, za to, że zmusza się je do pracy, wystukuje rytm na moim parapecie. Nie narzekam, woda jest potrzebna. Magnolie kwitną na smutno, za mało mają wody, niech więc pada.
We mnie, jak w każdym człowieku, bulgocze 70% wody. Gdyby tak mnie przepuścić przez wyżymaczkę niewiele by zostało. Muszę się ciągle nawadniać, najlepiej herbatami ziołowymi. Niech tylko dzisiaj po południu nie pada, jestem trochę zmartwiona. Zorganizowałam już podwózkę do Fordonu do Doliny Śmierci. To miejsce masowych mordów Bydgoszczan na jesieni 1939 roku. Zginęło tam ponad 1200 osób. Ciekawa jestem bardzo tego Misterium. Niech więc lepiej po południu dzisiaj niebo przestanie ronić łzy. Zresztą, nawet gdyby padało to i tak pojadę.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Okrucieństwo. Wczoraj byłam w Fordonie na Misterium Męki Pańskiej. Miejsce wybrano nieprzypadkowo. Hitlerowcy w dolinie fordońskiej zamordowali 1200 obywateli polskich. Dzisiaj oglądamy tam symboliczne mogiły, gdyż wszystkich pomordowanych przeniesiono na cmentarz na Wzgórzu Wolności, stacje Drogi Krzyżowej, - „stacja XII (śmierć na Krzyżu) ma formę 24-metrowej ściany, której najważniejszym elementem jest wizerunek Chrystusa Zwycięskiego w ażurowym krzyżu otoczonym przez mniejsze, symbolizujące męczenników z „Doliny Śmierci”.” – pomnik autorstwa Józefa Makowskiego poświęcony zamordowanym w tym miejscu mieszkańcom Bydgoszczy. Jego kompozycja stylizuje złamane kłosy zboża na wysokich kolumnach jak wyciągnięte ku niebu ręce męczenników. Pomnik jest otoczony licznymi tablicami z nazwiskami osób, które tu straciły życie.
„Misterium” zgromadziło wielu widzów. Wprowadzono nas w realia życia epoki, piękne stroje, a na tym tle rozgrywa się dramat Jezusa idącego na śmierć. Wpleciono sceny z życia współczesnej rodziny, która w końcu zrozumiała jakie są najważniejsze priorytety życiowe. Warto zobaczyć, przeżyć i samemu sprawdzić, z którą z osób moglibyśmy się utożsamić. Okrucieństwo ludzkie, jak widać, wpisane jest w życie każdej epoki.
Zapraszam do obejrzenia galerii. Należy oglądać od końca, gdyż tak się ustawiły zdjęcia!!! 
 
wtorek, 15 kwietnia 2014
Winien!
Wszystkiemu ktoś jest winien, nie ja, ktoś!, najlepiej rzucić podejrzenie, niech zakiełkuje w głowach, niech się rozwinie, niech zakwitnie i wyda plon, a później już tylko zbierać owoce. Niech to będzie znana osoba, najlepiej premier Tusk! Dźwiga już na swoich barkach winy wszystkich Polaków, a także innych narodów.
Został obwiniony przez lidera partii opozycyjnej za to, co się dzieje na Ukrainie, w UE, NATO. Pan premier  widocznie może wszystko. Ja Panu też dołożę, to już bez różnicy, a mnie będzie lżej, gdyż ciężar spocznie na moich i Pan barkach. Przepraszam, ale tak widocznie musi być.
W niedzielę, wracając z kościoła, zgubiłam moje ukochane rękawiczki. Nosiłam je tylko na wyjścia wiosenno-jesienne. Były prezentem od kogoś mi bliskiego, śliczne, czarne, z cienkiej giemzowej skórki, ozdobione
delikatnym ażurkiem. Nosiłam je tego dnia do mojego powołanego na nowo do użycia kostiumu po usunięciu supełków powstałych na skutek użytkowania przez „odpęczacz” do tkanin, wykończonego czarnym kołnierzem ze skórki i takimiż guzikami – Emilko, pamiętasz! – do tego torebka i srebrem oprószona fryzura. Byłam pierwsza przed domofonem, otwierałam drzwi i zdjęłam rękawiczki. Zawsze chowałam do torebki, ale tym razem nie zdążyłam i wypadły. Po drodze spotkałam jeszcze sąsiadów, z tym pogadałam i z tamtym, jak to z sąsiadami. Zorientowałam się dopiero po południu, że ich nie mam. Wywiesiłam ogłoszenie, moja sąsiadka natychmiast zorientowała się że chodziło o mnie. Przyszła właśnie powiedzieć mi, że widziała te moje „sierotki” zwinięte w kłębuszek przed wejściem, ale nie przyszło jej do głowy aby je podnieść. Teraz już ich nie ma, niestety. Wszystkiemu jest winien premier Tusk, gdyż powinien inaczej wpłynąć na moich sąsiadów. Rękawiczki powinni mi odnieść i wręczyć z przeprosinami, że tak długo musiałam czekać i na dodatek się denerwować. Mojej winy w tym nie ma, mnie tylko wypadły  z ręki.
środa, 16 kwietnia 2014
Uzależnienia. Współczesna psychologia traktuje pojęcie uzależnienia szeroko i zakłada, że obejmuje ono także (...) inne wypadki, kiedy ludzie czują się zmuszeni angażować się w ryzykowne, „wymykające się spod kontroli” zachowania.
Każde uzależnienie to zagrożenie dla życia jednostki i rodziny. To jest coś najtragiczniejszego, co może człowieka spotkać. Każdą chorobę jakoś da się oswoić, boli cię serce, żołądek czy śledziona i leczysz się, ale tutaj, przy uzależnieniu nie panuje się nad swoją pasją, przymusem, uzależniającą substancją.
Czytam książkę Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia” i szarpią mnie wewnętrzne rozterki. Jeszcze nie skończyłam i może nie powinnam wyciągać zbyt pochopnych wniosków, ale jest w niej coś, czego nie potrafię zrozumieć. Wojciech Jagielski to mąż Grażyny, dziennikarz, korespondent, wieloletni obserwator konfliktów zbrojnych w Afganistanie, Tadżykistanie, Czeczenii, Gruzji. Stres bojowy przejmuje na siebie jego żona. Leczy się w końcu w klinice psychiatrycznej. Dręczy ją obsesja śmierci męża, czemu się nie dziwię. Mąż wracał z wypraw z plecakiem przedziurawionym pociskami! Bez jego pracy nie znalibyśmy przyczyn i mechanizmów wojen XX wieku. Cenę za najświeższe newsy płaci jednak rodzina.
Dlaczego jednak żona, która przejęła obowiązek opieki nad dziećmi, prowadzeniem domu, nie musi liczyć się z pieniędzmi, gdyż mają ich niemało, odsuwa wszystko na bok i zajmuje się tylko troską o męża?! A dzieci? Jak ktoś powołuje do życia potomstwo, ma obowiązek zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. W tej rodzinie są dzieci, kot, pies, ale jakby marginalnie, najważniejszy jest mąż, którego prawie nie ma w domu.
Myślę, że Grażyna Jagielska nosi w sobie zadatki, babka też kiedyś przygotowywała się do podróży, których nigdy nie odbyła. To sprawa psychiki. Nie jest łatwo myśleć o człowieku, którego się kocha, że może już nie wrócić, ale nie można się tak załamywać, gdyż dzieci cierpią. Ból, bólem, ale dla dzieci trzeba się poświęcić. Takie jest moje zdanie.
Przeczytałam koniec książki - nie wytrzymałam - napisanej pięknie i ciekawie. Wojciech Jagielski zatrudnił się w końcu dla dobra rodziny w PAP, zaczął prowadzić normalne życie, chodzić z żoną na spacery i sadzić kwiatki. Czy był szczęśliwy bez tej dawki adrenaliny?! Coś za coś, tak to w życiu bywa. 
Ja na szczęście nie mam predyspozycji do uzależnień, jak powiem, że czegoś nie będę robiła, to dotrzymam słowa i dlatego coraz częściej i dłużej zastanawiam się nad takimi decyzjami, gdyż bywa, że tęsknię później za czymś, czego się wyrzekłam. Nie mam tutaj na myśli czekolady, gdyż cukrzycy nie mam. Otrzymałam na tę okoliczność  certyfikat i ktoś, kto mi sugerował, że już nigdy nie zaznam jej smaku, przegrał…
 
czwartek, 17 kwietnia 2014
Wszystko już zrobione, dzisiaj spokojniejszy dzień. Jutro trzeba będzie zabrać się za wypieki, pasztety i sprawy związane z aprowizacją i przygotowaniem świątecznych potraw. Na szczęście rozłożyłam sobie pracę i nie od-czułam zmęczenia i pośpiechu. Święta spędzimy jednak w domu. Bardzo się z tego cieszę. Przyczynił się do tego Luis. Jakoś nikt nie garnie się do tego, aby się nim zaopiekować. Wcale się nie dziwię, starość odstrasza. Nie zostawi się go przecież bez opieki na kilka dni.
Od dzisiaj zaczynają się uroczystości związane z Triduum Paschalnym. Nie wiem czy zdążę na całą mszę, gdyż przydarzyło się wyjście, którego nie mogę zignorować, ale później pójdę do kościoła. Może zdążę… Inne dni już rozplanuję inaczej, aby nic nie kolidowało z uroczystościami kościelnymi.
Życzę Spokojnych Świąt!
sobota, 19 kwietnia 2014
autor: ks. Kazimierz Siemieński
Każdy z nas dźwiga swój codzienny krzyż. Czasami wydaje się on nie do uniesienia. A jednak – jak zauważa św. Franciszek Salezy – odwieczna mądrość Boża posyła ci twój krzyż, jako najcenniejszy dar. Zanim Bóg zesłał ci ten dar, wpierw go przemyślał, wypróbował, przejrzał; zważył, by nie był za ciężki; zmierzył, by nie był za duży ani o milimetr, potem pobłogosławił, namaścił swoją łaską, tchnął w niego odwagę, radość, moc i prosto z nieba zesłał na ciebie jako wyraz swojej miłości. A św. Jan Chryzostom dodaje: „Strapienie to najlepsza szkoła filozoficzna”. Z tej szkoły wychodzimy pokorniejsi, pełni współczucia dla cierpienia innych, pobożniejsi, bardziej zdani na Boga.

Czas Wielkiego Tygodnia to czas przemyśleń, zadumy nad życiem, jego sensem. Trudno pogodzić się niekiedy z tym, co niesie nam los, ale jakie mamy inne wyjście?! Ważne, aby przejść do dalszego trwania z nowymi siłami. Przecież kiedyś musi zaświecić słońce, nie zgasło jeszcze… 
niedziela, 20 kwietnia 2014
Wczoraj poświęciłam koszyczek z pokarmami, byłam o czasie, nawet trochę czekałam, przygotowałam się jak należy do wieczornego nabożeństwa. Wigilia Paschalna rozpoczęła się o godzinie 20.00. Trwała 3 godziny !!! O tym aby usiąść nie było nawet co marzyć. Przywołano mnie co prawda do ławki, ale zanim doszłam, jakaś staruszka już się tam przysiadła. Wtuliłam się do wgłębienia konfesjonału i jakoś przetrwałam, ale moje nogi odczuły to dotkliwie i do dzisiaj mnie bolą. Śpiewy, płonące świece, budujące słowa, ale siły już nie te. Liturgia zakończy się procesją rezurekcyjną. Bałam się schodząc po schodach słabo oświetlonych, a tłumnie oblężonych, aby jakaś staruszka nie podpaliła mi włosów albo nie oblała mnie woskiem.
Dzisiaj uroczyste śniadanie nasyciło mnie różnorodnymi potrawami z zielonymi listkami bazylii, rzeżuchy, jajkami faszerowanymi - zmiksowane żółtka i łosoś, praca żadna a afekt duży! - nie tylko skorupkowymi. W godzinach około południowych odwiedziliśmy Ostromecko. Chyba zdradzę Lubostroń. Szerszenie w zeszłym roku mnie zniechęciły! Ostromecko jest bliżej, pięknie położone, odrestaurowane pałacyki, wiosna rozigrana kolorami w 40-hektarowym parku, ludzi sporo, widocznie nie tylko ja doceniam walory tego miejsca. Wybieram się tam w najbliższą niedzielę na koncert „Przy szabasowych świecach”.
Moja rola jako organizatorki świątecznego wypoczynku już się skończyła. Dzisiaj odpocznę sobie, a jutro chodzę na proszone imprezy.
 
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święta niosą ze sobą radości i smutki. Zacznę od tych lepszych nowin.
Znalazły się moje rękawiczki!!! Są jednak na świecie dobrzy, uczciwi ludzie.
Dostałam dużo pięknych życzeń różnymi drogami. Powtarzające się pytanie dotyczyło mojej działalności  pisarskiej! Nie wiem dlaczego takie wieści krążą po świecie. Obwieszczam wszem i wobec, że nigdy nie czułam się poetką ani pisarką powieści. Działam okolicznościowo aby sprawdzić, czy potrafię to robić. Przerobiłam, zakończyłam i wystarczy. Obecnie zmierzam także ku końcowi prac archiwistycznych, oczywiście o ile zdołam wyprowadzić wszystko na prostą. Wszystkie budujące słowa pod adresem strony Miłkowic są zawsze dla mnie balsamem na moje skołatane serce. Tylko ja wiem ile czasu poświęciłam tej stronie.

Dotarły do mnie zdjęcia z Ostromecka. Fot. Joanna S.


Anioł otwiera opiekuńcze skrzydła w czasie mojego schodzenia w dół ku tarasowym połaciom zalewowym Wisły. Otoczył mnie opieką także przy wchodzeniu pod górę. Rozpiętość terenu jest tak duża, że z trudem wspięłam się ku pałacowi mimo,  że przezornie dostosowałam się, jak widać, do wspinaczki.

















Jeziorko, które wprawia mnie w zdumienie. Wygląda jak wielki naleśnik.










Tereny parku - 40 hektarów -  są nadzwyczaj pięknie ukwiecone.














Nowy pałac olśniewa swą okazałością, wyposażeniem i położeniem. Stoję sama na tarasie, Anioł odpoczywa strudzony na ławce. Należy mu się chwila wytchnienia.









Widok ze wzgórza, gdzie stoi pałac, ten mniej okazały,  jest godzien uwagi – dolina Wisły, aleja wysadzona drzewami wiodąca w dół do jeziorka i dalej ku strudze łączącej się z Wisłą. Wisła mnie szczególnie podnieca. Nigdy nie przypuszczałam, że będę miała królową rzek polskich w zasięgu wzroku.
Ludzie na zdjęciu to nieznani mi turyści. Weszli w kadr. 





wtorek, 22 kwietnia 2014

„Ale przeszłość, jakakolwiek by była, zawsze jest siłą człowieka, ponieważ tylko dzięki niej można coś naprawić. I dlatego wierzę w swoje udane życie.” Napisała Grażyna Jagielska w swojej książce „Miłość z kamienia”.
Lubię kamienie. Mam całą paterę kamieni. Kamień to symbol trwania, pamięci, harmonii, ale także martwoty, nieczułości, może nieść śmierć, zniszczenie, ból.
Miłość kamienna, pamięć kamienna, serce kamienne, coś co trwa, człowiek nie umie się od tego uwolnić, ciąży mu to jak kamień u szyi, ale musi dźwigać tak jak Syzyf, bez możliwości uwolnienia się, aby pamiętać, że coś kiedyś zrobił, wszedł w związki nie takie jak należy, a teraz wraca do wspomnień i dźwiga swój kamienny los.
Bywa, że też mam z tym kłopot, jak widać nie tylko ja. Pragnęłabym aby nie personalizować tego, co tutaj piszę, gdyż to już też ciąży mi niekiedy kamieniem i wszelkie aluzje ranią mnie tak, jakby ktoś rysował ostrym rantem kamienia oskarżenia na mojej skórze. Wszystko w życiu można naprawić, zrozumieć i żyć swoim życiem. Ja mam do tego prawo, on ma i ty też masz.
 środa, 23 kwietnia 2014
Bardzo miałam zajęty dzień. Emerytki też niekiedy nie radzą sobie z czasem. Wróciłam niedawno z biblioteki. Brałam udział w pracach klubu dyskusyjnego. Lubię tam chodzić, gdyż rozmawiamy o ciekawych książkach. Dyskusja dotyczyła współuzależnienia od współmałżonka. Ciekawy był jej przebieg. Jak dalece możemy
poświęcać siebie, aby osoba którą kochamy, mogła się realizować? Należy się naprawdę nad tym zastanowić. Odpowiednia dawka egocentryzmu przydaje się w życiu - dla dobra rodziny i osobistego trwania. O siebie też należy zadbać. Kochać trzeba mądrze.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Nie ma co ukrywać, mam problemy ze snem. Nie chodzę zbyt wcześnie spać, ale przed północą staram się już zasypiać i odbywa się to bez trudności. Budzę się jednak około 3 i wtedy czytam, słucham muzyki aż nie ogarnie mnie powtórnie senność. Nie siadam przy komputerze, gdyż mógłby zastać mnie tutaj szary świt, a tego za wszelką cenę chcę uniknąć. Nie biorę środków nasennych, ale czuję się już tym zmęczona. Swoje i tak odeśpię, gdyż około piątej zasypiam i budzę się o ósmej, czy dziewiątej. Wyszukałam herbatkę nasenną i mam zamiar ją stosować.
10 g kwiatu rumianku, 15 g liści mięty, 20 g kopru włoskiego, 30 g kminku; wszystkie składniki wymieszać i zaparzać po 1 łyżeczce herbatki w niepełnej szklance wrzącej wody (parzyć 10 minut).
Czas snu w tym wieku ilustruje tabelka:
Dorośli 19-30 lat - 7-8 godzin,
Dorośli 31-49 lat - 7 godzin,
Dorośli 50-70 lat - 6 godzin.
Martwi mnie jednak, że: „Do objawów, które mogą sugerować wczesne stadia otępienia należą: powszechnym objawem są zaburzenia snu ze zmianą rytmu dobowego - senność w dzień, aktywność często z błądzeniem i wędrowaniem w nocy.”
Warto przeczytać tekst pod podanym linkiem, gdyż nie unikniemy starzenia się organizmu, nawet gdy będziemy udawać przed sobą, że wszystko jest ok. Starość to starość. Wszystkie organy spowalniają działanie, mózg też.

http://www.dps.pl/domy/index.php?rob=radar&dzial=12&art=1485

Pytam znajomych jak u nich ze snem. Wszyscy mają podobne problemy. Mam nadzieję, że herbatka mi pomoże. Lubię tylko swoje sny, bliskie spotkania z ludźmi kultury i sztuki wprawiają mnie w zdumienie. Z jaką łatwością to wszystko się odbywa. Muszę swoje sny spisywać. Naczytałam się dzisiaj o Różewiczu, którego żegnamy, zmarł w wieku 93 lat, ale co z tego wyniknie?! Nie wiem, lepiej aby mi się nie przyśnił, wiersze mi wystarczą.
 
 
 
Przepaść
Tadeusz Różewicz

Babcia w czarnych sukniach
Drucianych okularach
Z laseczką
Stawia stopę
Nad przepaścią krawężnika cofa
Rozgląda się bojaźliwie
Choć nie widać śladu samochodu

Podbiega do niej chłopczyk
Bierze za rękę
I przeprowadza
Przez otchłań ulicy
Na drugi brzeg

Rozstępują się
Straszliwe ciemności
Nagromadzone nad światem
Przez złych ludzi
Kiedy w sercu
Małego chłopca
Świeci iskierka
Miłości


piątek, 25 kwietnia 2014
Zabiegana jestem. Załatwiam jedną sprawę za drugą. O 13 miałam stawić się u fryzjera. Jak zwykle czas był napięty jak struna. Postanowiłam jechać autobusem. Wyszłam, a raczej wybiegłam z domu i widzę, że autobus nadjeżdża. Na moim przystanku mija się z jadącym w przeciwnym kierunku, który już ruszał. Wyhamowałam więc przy krawężniku, przecież nie wpadnę pod ruszający pojazd!
Muszę tutaj dodać, że bywają także inteligentni mężczyźni, co znowu nie tak często się zdarza, gdyż trudno im przychodzi przewidywanie emocjonalnych sytuacji. Kierowca należał widocznie do grupy tych intuicyjnych, gdyż zahamował i ręką wskazał mi kierunek biegu, z czego ochoczo skorzystałam, jednak kilka sekund opóźnienia działało na moją niekorzyść, gdyż autobus, do którego chciałam wsiąść, już zatrzymał się na przystanku. Przyśpieszenie miałam ogromne, zdążyłam! Wpadłam zdyszana do autobusu ostatnimi drzwiami i wtedy dopiero pomyślałam sobie - czy ja działam racjonalnie? W moim wieku takie sprinty chyba już nie są wskazane, prawda? Serce tłukło mi w wątłych, starczych piersiach jak oszalałe i nie chciało się uspokoić. A gdyby tak odmówiło pracy, to co by było?! Apeluję więc do siebie i wszystkich staruszek, mierzcie zamiary według sił, gdyż może się wszystko skończyć źle, gdy przekroczycie granice.
sobota, 26 kwietnia 2014
Płacz pomaga ale i szkodzi. Łzy wypłakiwane z emocji są najczęściej korzystne: zawierają leu-enkefalinę, neuroprzekaźnik peptydowy zmniejszający ból, a także substancje (w tym toksyny) odpowiedzialne za stres, które są w ten sposób usuwane z organizmu. Sygnał nerwowy powodujący wydzielanie łez uruchamia również wytwarzanie naturalnych analgetyków (środków przeciwbólowych). Badania szacują, że płacz zmniejsza smutek czy gniew o około 40%.


Spodziewam się, że z moją skłonnością do płaczu, mimo, że już to powinno się wyrównać i zmienić, okazji dzisiaj i jutro będzie niemało. Uroczystość ogłoszenia świętymi Jana XXIII i Jana Pawła II wzrusza mnie. Polacy-rodacy w Rzymie, koncert w Łagiewnikach „Kolory Miłosierdzia”, jutro podczas mszy kanonizacyjnej celebrowanej przez papieża Franciszka ogłoszeni zostaną dwaj papieże świętymi. Każdy z nich miał swoje zasługi dla kościoła i świata. Obyśmy tylko potrafili wprowadzić do swojego życia ich nauki i wskazania.
 
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Teraz tylko migawki. Babcia zajęta. To czas dla mnie wspaniały, ale i angażujący mnie do koca. Wczoraj goście witani byli przez znajomych i rodzinę, Wycieczka do Ostromecka na koncert.
To muzyczno-poetyckie spotkanie oparte na tekstach Mordechaja Gebirtiga, Adama Ziemianina, Elżbiety Borkowskiej i muzyce Andrzeja Zaryckiego, Zygmunta Koniecznego i tradycyjnej.

Tematem jest historia Żydów, ich tradycje i obyczaje. Dwaj "piwniczni" kompozytorzy (Zarycki i Konieczny) napisali na prośbę Eli Borkowskiej wspaniałą muzykę do jej i Adama Ziemianina tekstów, a te ich wspólne i piękne utwory przeplatają się z tradycyjnymi, żydowskimi w językach jidysz, ladino i hebrajskim, którymi włada nasza charyzmatyczna wokalistka Ela Borkowska. Dla gości w Pałacu Nowym w Ostromecku wystąpią artyści związani z Piwnicą pod Baranami:
Elżbieta Borkowska - śpiew
Walentyn Dubrowskij - fortepian
Michał Półtorak - skrzypce
Renata Popiela, Anna Iwaszko - recytacja


środa, 30 kwietnia 2014
Pochwalę się, to ja wyszłam na prowadzenie w Scrabble. Miałam dobry dzień. Muszę się pochwalić, gdyż kto mnie będzie chwalił, jak nie ja sama.
Dzisiaj oglądamy filmy, tyle że każdy gdzie indziej i inne. Ja jestem przy romansie, który mnie rozczarował, a tak wiele sobie obiecywałam. Obsada, to mnie bolało: Leonardo DiCaprio jako Jay Gatsby, Carey Mulligan jako Daisy Buchanan. Domyśleć się można, że chodzi mi o film Wielki Gatsby - 2013.
Inne sprawy układają się. Wszystko jest opanowane, radzę sobie. Jutro wjazdówka rodzinna, póki pogoda się jako tako się trzyma.
 
 
suma wejść na stronę - 239362,
odwiedzających - 80287,
dzisiaj -2
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Moja aktywność w Internecie
 
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=