czerwiec 2012


Czerwiec 2012


1 czerwca 2012


Czerwiec Dniem Dziecka się zaczyna. W dorosłym człowieku też jest dziecko, ja widzę w moich dzieciach zawsze małe dziewczynki. To rodzi problemy, ale ja już nic na to nie poradzę. Przecież się staram.
Wszystkim małym dzieciom i dużym, które w dorosłych są i będą, życzę radości. Życie jest jakie jest i nie da się go przeżyć bez potknięć i błędów, które towarzyszą nam aż do starości, ale niech to będą błędy, które da się naprawić, a jak nie da się tego zrobić, to życzę odwagi, aby się pogodzić z potknięciami. Nikt nie jest doskonały - a kto nie chce się z tym pogodzić, staje się bojaźliwy i zależny. Trzeba być otwartym na to, co nowe, uczyć się przez całe życie. Radosnego dnia kochane dzieci!

 

2 czerwca 2012
Nie jestem wolna od pokus, walczę z sobą, zmagam się z pragnieniem, ale nie jest łatwo. Dostałam pralinki belgijskie o tak wybornym smaku, że wprost trudno to wypowiedzieć. Trzymam je w lodówce i walczę z sobą. Podchodzę, biorę jedną, wkładam do ust i czuję niebiańską rozkosz rozpływającej się w ustach czekolady. Jeszcze nie zdążę usiąść na fotelu, a już biegnę po następną. To jest katorga. Nie wiem już co lepsze, czy zjeść wszystkie i mieć święty spokój, czy katować się wydzieleniem sobie dziennej porcji. Ludzie są bez serca, wiedzą przecież że walczę z nadwagą, a zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie uszczęśliwi. Jak ja mam schudnąć?! Siedzę przy komputerze i cały czas myślę, że została jeszcze jedna warstwa tego „kusicielstwa.”
Wczoraj obejrzałam film „Piętno”. Film bardzo przypadł mi do gustu. Chyba każdy jest w jakiś sposób napiętnowany. Główny bohater zaplątał się w miłość, która z racji jego wieku była ostatnią. Widocznie warto było poświęcić dla tego uczucia wszystko. Ja nie mam takiego szczęścia, niech więc czekoladki będą jej substytutem.

3 czerwca 2012
Dzisiaj świętują rodziny. Zobaczyłam sobie jak to wygląda u nas. Pojechałam po południu na Wyspę Młyńską. To chyba najładniejsze miejsce w moim mieście. Tak muszę je nazwać, gdyż innego nie mam. Myślę, że tak naprawdę to tego miasta już nie pokocham, lubię je, ale zbyt mało mam tutaj przeżyć, aby związać się z nim sercem. Wyspę jednak lubię. Tam najczęściej chodzę z wnukiem, gdy zawita w moje progi. Dzisiaj też obejrzałam kłódkę, którą wspólnie zawiesiliśmy z wypisanymi imionami. Co to była wtedy za akcja, pełna zaangażowania z obu stron.
Dzisiaj na Wyspie było gwarno. Wiele rodzin z dziećmi, jak zwykle emeryci, którzy nie wiedzą co z sobą zrobić i wykorzystują każdą okazję do wyjścia z domu, jakieś samotne osoby snujące się z przyklejonym do ust uśmiechem, sportowcy i wędkarze. Scena rozbrzmiewała skeczami, które miały bawić, grały jakieś hałaśliwe orkiestry, plac zabaw aż się roił od zabawowiczów, cukrowa wata oblepiała buzie, huśtawki i zjeżdżalnie furczały radośnie. Święto!
Największym jednak powodzeniem cieszyły się serwowane za darmo kiełbaski z grilla z kajzerkami i musztardą. Kolejka wiła się przez całą murawę. Nic w tym dziwnego, dają za darmo, dlaczego nie skosztować. Problem jednak w tym, że niektórzy stali, owszem, ale jak przyszło do konsumpcji, obgryźli trochę i reszta lądowała w koszu. To już marnotrawstwo. Przecież widomo, że takie darmowe kiełbaski nie są zbyt wykwintne, to najczęściej jedna z tańszych wędlin. Po opieczeniu zyskuje na smaku, ale to żaden rarytas. Widziałam biednie ubrane dzieci, które stały w kolejce po kilka razy, gdyż porcje były raczej niezbyt wielkie. Jedna z mam złożyła dwie porcje i opakowała w tacki, a wszystko schowała do torby. Chyba trzeba było się zastanowić stanąwszy w kolejce, czy warto było brać, a później nie zjeść. Nie lubię marnotrawstwa, popisywania się i pokazywania kim to się nie jest.
Święto było udane, ale ten akcent mnie zniesmaczył.

 

4 czerwca 2012
Pierwsze wrażenie się liczy, tak myślę. Jakieś kilka tygodni temu wybrałam się do sklepu w celu nabycia butów, ale nic z tego nie wyszło, gdyż zakupiłam płaszcz, a na buty zwyczajnie nie starczyło. Teraz zdobyłam pieniądze na buty, poszłam do sklepu i gotowa byłam na transakcję, jednak nie doszło do tego, gdyż nie było już numeracji, która by mnie zadowoliła. Żadne inne buciątka nie wchodzą w rachubę, gdyż nie spełniają warunków. Odwiedziłam kilka sklepów CCC przemieszczając się w różne punkty miasta i bez rezultatów. W jednym ze sklepów szukałyśmy z panią ekspedientką w magazynach w całym mieście, oczywiście drogą internetową, ale niestety. Nie produkują już takich, a te co były są wyprzedane. Sprawa jest pilna, gdyż jak natychmiast nie zakupię obuwia, pieniądze jak znam życie, rozpłyną się, a ja jak „Bosonoga Contessa” przemierzać będę ulice miasta, no chyba że trafię na arystokratę spełniającego marzenia.


7 czerwca 2012
Dzisiaj świt postawił mnie na nogi koszmarem. Śniło mi się, że jeszcze pracuję i mój ukochany dyrektor wysłał mnie na zastępstwo, gdyż miałam właśnie okienko ufundowane w ramach rozkładu zajęć. Idę do wskazanej mi klasy, nie mam oczywiście pojęcia co tam będę robiła, gdyż oprócz dziennika lekcyjnego żadnych wskazówek nie dostałam, a tu obok mnie jak spod ziemi wyrósł jeszcze bardziej ukochany wizytator goszczący w tejże placówce oświatowej. Przywitał się, przedstawił i wyrzekł sakramentalne – Czy mogę zaprosić się do pani na lekcję? Co miałam odpowiedzieć, z czarującym uśmiechem przyjęłam propozycję. W głowie kotłowały mi się myśli, ręce gorączkowo ściskały dziennik, nogi traciły równowagę. Weszliśmy do klasy, gdzie zdziwienie dzieci było przeogromne. Liczyły widocznie na godzinę relaksu. W dyskretny sposób dowiedziałam się jaki to przedmiot, a miało to być wychowanie muzyczne którego nigdy w swojej pracy zawodowej nawet nie musnęłam, sprawdziłam w dzienniku ostatni temat i okiem skazanej na szafot ogarnęłam klasę i jej wyposażenie. Na szczęście w jednej z przeszklonych szaf spostrzegłam adapter i płyty. Rozpoczęłam edukację młodzieży z pomocą mojego Anioła Stróża. Zaktywizowałam klasę do granic możliwości. Najpierw  jeden z chłopców powołany do obsługi adapteru puszczał  jakiś „kawałek” z dorobku kompozytora, później  inni wyszukiwali dane w encyklopediach dotyczące nazwisk wypisanych na tablicy, ja dorzucałam pikantne szczegóły – typu a to ślepy, a to głuchy - i tak przy wspólnym zaangażowaniu dobrnęliśmy do końca 45 koszmarnych minut. Lekcja zakończyła się wspólnym odśpiewaniem kanonu „Wyszły w pole kurki trzy” Mozarta, gdyż nic innego nie przychodziło mi już do głowy, a klasę trzeba było rozśpiewać. Przy omawianiu tej improwizowanej lekcji dyskretnie szepnęłam do ucha panu dyrektorowi, że przy najbliższej okazji wyrwę mu język i wydłubię oczy. Przebudziłam się z tego koszmaru cała rozdygotana i szczęśliwa, że nareszcie dobiegł końca.
Wiem nawet dlaczego miałam taki sen. Kupiłam wczoraj w sklepie biszkopty i na tej bazie zrobiłam sernik na zimno ze wszystkich produktów jakie znalazłam w kuchni, a nie wiedziałam do czego mam je użyć. Terminy ważności nawet u mnie obowiązują. Przepisu nie podam, gdyż nie znam zasobów waszych szafek. W każdym razie miałam ser, żelatynę, galaretki, jakieś utrwalacze do śmietany, trochę śmietany, mleko i zakupione biszkopty. Jajek nie użyłam, gdyż było mi szkoda. Nie znałam przecież wyniku działania. Zagotowałam wodę, rozpuściłam co tam było trzeba, wystudziłam, mikserem wymieszałam, zalałam biszkopty. Ściągnęło się to w lodówce i po przyozdobieniu galaretką wyszedł całkiem zgrabny serniczek, którym delektowałam się przez cały wieczór oglądając komedię romantyczną w Zone Europa, jednym z moich ulubionych kanałów, a film ten to „Passionada”. Ten akurat był taki sobie, ale wolałam to już niż koszmary wojny, które odebrałyby mi apetyt.
Wniosek nasuwa się jeden. Jeść należy z umiarem, ale przecież staruszce też należą się jakieś przyjemności. Każdy sen się kiedyś skończy, a wspomnienia kulinarne pozostają. Polecam także chleb drwala, smakuje wybornie, szczególnie rwany w niby bochenka i smarowany masłem. Pycha!
8 czerwca 2012
 
Życzę Wam z serca, byście wyczuwali, jaka formę językową wybrać w danej sytuacji życiowej, byście zawsze „odpowiednie dawali rzeczy słowo”, jak napisał Cyprian Kamil Norwid.
Dam więc rzeczy słowo – laborwampirki dorwały mnie dzisiaj z rana. Przymierzałam się do wizyty w ich przybytku chyba ze dwa razy, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Dzisiaj obudziłam się z mocnym postanowieniem, że nie stchórzę i dziarsko pomknęłam już o siódmej. Stanowczo za wcześnie, miano ciągnąć życiowy płyn dopiero o wpół do ósmej. Kolejka rówieśników już zasiedliła ławki i usilnie starałam się dowiedzieć gdzie koniec oczekującego ogonka, a to jak się okazało nie było wcale łatwe. Pytam najpierw jednej wielce czcigodnej staruszki:
- Pani ostatnia?
- Jeszcze nieczynne. – odpowiedziała zgodnie z prawdą, ale dla mnie nic z tego nie wyniknęło, gdyż przecież widziałam, że okienko zamknięte.
Zwracam się więc do zasuszonego już trochę, ale sympatycznie wyglądającego pana:
- Gdzie jest koniec kolejki? – wskazał na młodą, ładną dziewczynę po drugiej stronie ławki. Pytam: – Pani ostatnia do laboratorium?
- Ależ skądże, ja do dentysty.
Chciało mi się trochę już śmiać, gdyż widocznie staruszek tak był wpatrzony w czarnulkę, że wszystko sprowadzało się do jej osoby.
Wybawiła mnie dopiero mniej obrosła w lata kobieta wskazując miejsce, gdzie kolejka się kończyła. Zasiedlenie ławek nie pokrywało się z kolejnością, każdy siadał gdzie miał ochotę i dlatego wyniknęły z tego takie zawirowania.
W końcu, gdy już na odgłos odsuwanej żaluzji wszyscy powstali z miejsc i karnie ustawili się przed okienkiem, sprawy przybrały właściwy obrót. Nawet szybko weszłam do laboratorium i patrząc w sufit, aby nie widzieć stolika zastawionego uzyskiem laborwampirki, zapytałam: -Która ręka? – spojrzała i wybrała lewą. Nie dziwię się, w końcu ta była bliżej przepompowni. Zawsze mam z tym kłopoty, gdyż moje żyły są ledwo widoczne, a mniej sprawne poborczynie kłują mnie nawet kilka razy. Muszę pochwalić bydgoskie laborwampirki, gdyż wkłuwają się za pierwszym podejściem. Udało mi się nie zemdleć, wróciłam do domu, zjadłam wysoce niezdrowe i kaloryczne śniadanie aby zregenerować ubytki i do tej pory spałam. Po takim przeżyciu odpoczynek się należy.


 
10 czerwca 2012
 Dni przebiegają pod znakiem igrzysk, wcale nie popieram tych, którzy protestują przeciwko Euro 2012. Jest impreza, są wydatki. Oglądam co ważniejsze mecze. Polska- Grecja podniosła moją adrenalinę. Szczęście wielkie, że zakończyło się remisem. Zaraz oglądam mecz Hiszpania- Włochy. Cała w emocjach czekam na wtorek. Oglądałam mecz Rosja –Czechy i trochę spuściłam z tonu.Życzę naszym zwycięstwa, choć tak szczerze powiedziawszy, tak do końca nie wierzę w ich przewagę, ale przecież „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”. Zapraszam gości, piekę biszkopt z kremem i truskawkami. W grupie lepiej się ogląda. I niech mi tam nikt nie gada, że szkoda pieniędzy. Idąc taką drogą trzeba by siedzieć samemu i pogryzać chleb ze smalcem. Ja też niekiedy podejmuję decyzje ponad stan i niczego nie żałuję. Zawsze sobie jakoś poradzę, a zresztą mam Anioła Opiekuna, niech się też trochę pomartwi. POLSKA GOLA!

Akcja Przemka Tytonia była piękna!!!


8 czerwca w meczu inauguracyjnym Euro 2012 przeciwko Reprezentacji Grecji zmienił Macieja Rybusa, po czerwonej kartce dla Wojciecha Szczęsnego. Bezpośrednio po wejściu na boisko, w 71. minucie obronił rzut karny wykonywany przez Jorgosa Karankunisa, co było pierwszym takim przypadkiem w historii Mistrzostw Europy



11 czerwca 2012
Serduszko staruszki puka już nie tak jak trzeba, gubi rytm. W niedzielę bałam się iść do kościoła, gdyż muszę mieć dużo tlenu do oddychania, zbiorowiska ludzi mi już nie służą. Słuchałam mszy w radiu. Zastanowiło mnie kazanie księdza, który nawoływał wiernych do manifestowania swojej wiary. „ Nie martwcie się co powiedzą inni” nawoływał. Nigdy nie kryłam się z tym, że jestem osobą wierzącą, ale nie mam zamiaru tego rozgłaszać , gdyż uważam, że to moja osobista sprawa, a miejscem gdzie daję temu wyraz jest kościół.
Myślę, że motyw kazania księdza jest dosyć pokrętny, gdyż powinniśmy się chyba martwić, co powiedzą inni i dostosować się do wymogów otoczenia, społeczności w której żyjemy, ustanowionego prawa. Naginanie jednej zasady do tego powiedzenia zawsze będzie wprowadzało chaos w życiu. Czy ja pójdę na pogrzeb ubrana jak na bal? A może wystrojona jak mniszka w czarne żałobne szaty zjawię się na ślubie? Nawet jak mam żałobę, to na taką okazję założę stonowany popiel. Jak wszyscy się cieszą, to obnosiła będę swój ból? Zostanę raczej w domu, aby innym nie psuć zabawy.
Szczególni młodzi ludzie lubią przytaczać ten slogan – nie obchodzi mnie co inni powiedzą. Naprawdę? A może jednak warto się zastanowić, co powiedzą. Mniej było by burd, awantur, gdyż nie doszło by do nich gdybyśmy byli bardziej grzeczni, zwróceni na innych, przyjacielscy i bardziej wyrozumiali.
12 czerwca 2012
Jak zwykle robię „interesa”. Miałam rozkładaną sofę, która służyła jedynie do spania, gdy miałam gości. Ostatnio na skutek zmian zaistniałych w moim domu nie dało jej się rozłożyć, gdyż nie było miejsca. Każdy przyjazd gości okupiony był manewrami dotyczącymi przemeblowań. Nie miałam już siły. Wystawiłam sofę na sprzedaż w Internecie za „psią cenę”, ale pragnęłam tylko jednego. Upchnąć mebel. Dodam też, że nie darzyłam jej sympatią. Tak to niekiedy bywa, nie lubisz czegoś lub kogoś bez powodu i już. Zaparłam się też, że nie oddam za darmo. Gdybym miała zainkasować tylko 10 zł, to też bym to zrobiła. Znalazła nabywców już w pierwszych godzinach po pojawieniu się anonsu. Teraz za wpływy do kasy kupię składane łóżko. Tak będzie najlepiej i najpraktyczniej. Do łóżka prawdopodobnie dołożę, ale taki już mój los.

13 czerwca 2012
Wczorajszy mecz zdominował wszystko. To były emocje. Kuba Błaszczykowski stał się bohaterem. Słuchałam wypowiedzi jego babci, która wychowywała go po śmierci matki. Bardzo się wzruszyłam.



Oj, gdyby nie kibole... Sportowa atmosfera dodawała graczom skrzydeł. Wstyd jest mi za tych ludzi. Zawsze znajdzie się jakaś czarna owca, a właściwie stado owiec podsycane przez domorosłych Polaków, którzy nawet teraz nie wstydzą się pisać, że ci bandyci uratowali honor Polski. Takie jest to nasze społeczeństwo, w takim kraju żyjemy i musimy się liczyć, że ludzie, którzy mają kompleksy, zawsze będą kierowali się niskimi pobudkami. Dzisiaj dam sobie spokój z oglądaniem meczów, zbyt podnosi mi się ciśnienie. Byłam co prawda u lekarza z wynikami, które zrobiłam poświęcając się, a właściwie zatracając w emocjach – zemdleję czy nie. Szkoda by było zmarnować mojego oddanie sprawie zdrowia. Wszystko ze mną jest w porządku. Chwilowe pogorszenia samopoczucia mogą zdarzyć się każdemu.
Z nie mniejszym poświęceniem ugotowałam zupę ze szparagów, gdyż sezon się kończy, a moja „znajoma” uprawczyni zapowiedziała, że to już końcówka. Nabyłam więc cienkie jednostki szparagowe po 1,50 pęczek, w sumie dwa pęczki, pracowicie obrałam ze skórek, odcięłam czubki, które zagotowałam oddzielnie, pozostałe po ugotowaniu zmiksowałam, doprawiłam, dogotowałam kluski kładzione, gdyż sama wykwintna zupa nie dawała by poczucia sytości, i był znakomity obiad.
Wysiadł tylko blender! Nie wiem co się stało, mieszadło działa na wyciągniętej szyjce. Chyba przyjdzie kupić nowy.
 

 14 czerwca 2012
Co za dzień. Leje bez przerwy, ja jednak postanowiłam poszukać części zamiennych dla mojego blendera, gdyż istnieje poważne niebezpieczeństwo, że znowu zrobią mi prezent, którego wcale nie chcę. Ubrałam się tak, jak przystało na ten czerwcowy dzionek – to podobno lato, jeszcze nie astronomiczne, ale czerwiec to ciepły raczej miesiąc – i pojechałam do Media- Markt. Podobno nie dla idiotów, ale o sobie nic dobrego nie mogę jednak powiedzieć. Oczywiście części zamiennych nie mieli, mnie było już wszystko jedno, gdyż nie mogłam tam dojechać pod drzwi i idąc trafiłam na ulewę, która przemoczyła mnie wespół z przejeżdżającymi samochodami. Ociekałam. Obejrzałam blendery i doszłam do wniosku, że lepiej kupić nowy, niż uganiać w tym deszczu za częściami zamiennymi. Jak już tam byłam, drążyłam do końca, udzielono mi informacji gdzie znaleźć serwis, a nawet wydrukowano stosowne informacje, które schowałam do torby i poszłam przed siebie, to znaczy w stronę domu, licząc, że wsiądę w jakiś autobus i podjadę w pobliże. Tutaj każda główna ulica ma swoją komunikację, i z jednej głównej do drugiej nie dostaniesz siębez przesiadki. Musisz przejść połączenie, co rada nie rada zrobiłam, tonąc w deszczu. Kiedy już dobrnęłam do mojej przecznicy, nie było sensu czekać na jedyny autobus mający dosyć czasu, aby tutaj przyjechać, wiec poszłam dalej starając się nie myśleć o pogodzie, za to trzymając się daleko od jezdni, choć tak naprawdę wiele to nie zmieniało. O serwisie już nawet nie myślałam. Kiedy weszłam w opłotki mojego osiedla, nie byłam dobrze usposobiona do świata. Idąc uliczką domków jednorodzinnych napotkałam na przeszkodę w postaci dobermana i jego pana. Stali sobie w bramie i gapili się na świat, mimo, że deszcz zacinał. Doberman patrzył na mnie wnikliwie, a że ja nie lubię dobermanów, a przechodzić na drugą stronę uliczki nie miałam już siły, odezwałam się, aby zwrócić uwagę właściciela na psa. Niechby coś z nim zrobił.
- Dlaczego pana pies tak się we mnie wpatruje? – powiedziałam w miarę uprzejmie licząc, że weźmie go chociaż za obrożę.
- Nie jadł jeszcze obiadu! – powiedział dowcipniś,  uśmiechając się szeroko.
- Trafił mu się łykowaty kąsek. – odpaliłam ze złym błyskiem w oku. Na te słowa pies jednak został odwołany za bramę, ale nie właściciel. Byłam jednak już u kresu sił, aby wdawać się z nim w rozmowę.
Przyszłam do domu, powiesiłam w łazience mokrą garderobę i z rozpaczy wyjadłam lody, które rezydowały w lodówce. To pozostałość po ostatnim meczu. Zupa już zdążyła się przygrzać, zjadłam, ale zupełnie bez smaku, i położyłam się spać. Obudziłam się cała rozbita. Ile ja przeszłam w tym deszczu kilometrów? Wzięłam aspirynę i trochę pomogło, ale czy nie skończy się to przeziębieniem, nie wiem.



15 czerwca
Filmik w celu odprężenia przed jutrzejszym meczem.
Zachęcam do obejrzenia.


17 czerwca 2012
Skończył się piękny sen. Tyle nadziei, zaangażowania, radości i wierności kibiców, tyle marzeń - zryw narodu dobiegł końca. Ostatnie miejsce w grupie. Tak naprawdę współczuję trenerowi Smudzie, zawodnikom, przecież starali się, ale nie wystarczyło sił, umiejętności i szczęścia. Osobiście chcę im podziękować za to, że spędziłam tyle czasu napełnionego nadzieją, że jednak nasi, że się uda, że przejdziemy do dalszej gry. Przecież ktoś musi przegrać, nie tacy jak my pożegnali się z dalszym uczestnictwem i też muszą jakoś przełknąć gorycz porażki. Szkoda jednak chłopaków, tym bardziej, że były okazje do strzelenia bramek, ale… Dla mnie Euro 2012 dobiegło końca. Pewnie coś tam jeszcze obejrzę, ale zerkając tylko na ekran. 
Trudno, było, minęło.

Wzruszyłam się prywatnym życiem zawodników, które przy okazji zostało ujawnione, Losami Kuby Błaszczykowskiego i romantyczną miłością od pierwszego wejrzenia pana Smudy. Dobre i to.
 

18 czerwca 2012
Wierzyć się nie chce patrząc na piłkarzy, że istnieją mężczyźni bez rozbudowanego brzucha, który niczym balonik wystaje spod paska spodni, niekiedy obwisając i radośnie podskakując. Widocznie sport daje szansę na utrzymanie figury. Wzywam wszystkich, którzy mają przewagę przednio-brzuszną, do intensywnego uprawiania futbolu. Wyniki nie są ważne, najważniejsza jest likwidacja brzuszydełek.
Ciekawa jestem co myślą o Euro 2012 ryby zostawione bez nadzoru na cały miesiąc? Czyżby uznały, że nadszedł dla nich dzień wyzwolenia od tyranii panów z wędkami?! Wczoraj, a właściwie dzisiaj, kiedy nie mogłam spać po północy , gdyż wpatrując się w Cristiano Ronaldo, okryta kocykiem na wygodnej kanapce, zapadałam w drzemkę, z której budziły mnie okrzyki wieńczące wbitą bramkę, doszłam do wniosku, że człowiek ten połączył inteligencję, skuteczność i urodę w jedno i dlatego odnosi sukcesy. Optuję za stwierdzeniem, że sport jest sztuką!
Jeden z kibiców w programie imć pana Kowalskiego, który utrzymał mnie do 3 nad ranem słodkimi tonami niezapomnianych melodii, zadał pytanie w związku ze swoim maniackimim odłowem ośmiokilogramowego karpia, który podobno się nie uratował. Łowienie  w trakcie meczu oglądanego  w przenośnym telewizorze, fe … Biedne ryby!
-Czy pan wie po czym poznaje się wiek ryby?
-Nie.
-Po oczach!
- Ona ma wiek zapisany w oczach?!
- Nie. Im starsza,  tym odległość pomiędzy oczami a ogonem jest większa.
Ciekawa jestem jak ja dzisiaj przetrwam dzionek. 





 
19 czerwca 2012
Z kilkoma osobami rozmawiałam ostatnio o czytaniu książek. Sprawa wydaje się prosta, jednak w starszym wieku staje się problemem. Możliwość skupienia uwagi na czytaniu, czas trwania jest już w tym wieku ograniczony. Kilkanaście stron i trzeba robić przerwę, gdyż człowiek czuje się zmęczony. Kilku zapalczywych miłośników książek zerwało z czytaniem, gdyż dla nich staje się to sprawą uciążliwą. Najczęściej, oprócz zmęczenia, problem tkwi w osłabieniu wzroku. Chętniej słuchają lektora niż sami czytają. Sama widzę, że czytam teraz mniej niż dawniej. Może dlatego, że komputer zabiera czas, ale chyba też dlatego, że występują u mnie podobne objawy jak u moich rozmówców.
To książka, jako ostatnio bardzo  popularna,  jest łatwa do ściągnięcia. Mnie osobiście też się podobała, ale to nie znaczy, że zgadzam się we wszystkim z autorką.

 21 czerwca 2012
No i mamy letnie przesilenie! Najkrótsza noc skończyła się dla mnie o 5 rano. Słońce to złośliwa bestia, rankiem bije blaskiem, a później chowa się za chmury, a ja nie śpię. Mam w sobie chyba jakieś pierwotne instynkty, gdyż nawet okna zasłonięte roletami nie chronią mnie przed przebudzeniem. Zajęłam się więc lekturą podążając za Sylwią Chutnik w jej pastwieniu się nad dziennikami Mirona Białoszewskiego. Miał facet jakieś skrzywienie na punkcie odgłosów domowiska, w którym mieszkał. Ludzie mają różne odchyły, a ludzie pióra szczególne. Muszą mieć o czym pisać.
Ja też siedzę teraz w hałasie ulewnego deszczu, który z uporem maniaka rozbija krople o parapet mojego okna, pluszcze i pluszcze. Muszę wyjść załatwić kilka spraw, a ołowiane niebo swym opitym wodą brzuszyskiem nieomal dotyka dachów domów. Boję się, że może dojść do perforacji jego wysłużonych tkanek i lunie na mnie ulewą mocząc mnie do suchej nitki. Poczekam jeszcze chwilkę, niech wydali z chmurzastego organizmu zapasy. Może się uda przejść suchą nogą do celu. To będzie lato w tym roku…
We Włocławku oberwanie chmury!!! Nas Bóg ustrzegł od zalania.:)

22 czerwca 2012
Niemcy - Grecja 4:2. Oglądając mecz po raz pierwszy cieszyłam się, że Polska nie przeszła dalej do rozgrywek. Gdyby naszym tak wbijali gole, wylądowałabym chyba w szpitalu z zawałem serca. Grecy dzielnie trwali na stanowisku, ale nie da się ukryć, Niemcy byli lepsi. Bywa tak, że lepiej niekiedy się wycofać, niż brnąć do przodu, nie mając szans. Mniejszy splendor, ale też mniej kłopotów i upokorzeń.
Cieszę się, że mamy Euro, zresztą nie tylko ja, najwięksi oponenci na początku rozgrywek także zmienili zdanie. Wydaje mi się, że atmosfera jest wspaniała. Naród zbratany, dobre i to. Chociaż przez kilka dni jest spokój.


23 czerwca 2012
Dzień Ojca!

Tato, to już 22 lata jak Ciebie nie ma z nami. Tyle lat, ale pamięć pozostała. Mieć takiego ojca to wielki dar od losu. Dawałeś to, co miałeś najcenniejszego - miłość, oddanie, troskę i odpowiedzialność. Można było wszystko powiedzieć, nie trzeba było się bać, byłeś zawsze tam, gdzie istniała potrzeba wsparcia. Najcenniejszym jednak podarunkiem dla nas dzieci było to, że kochałeś naszą mamę, swoją żonę. Dom był zawsze, trwały jak opoka.
Tato, podobna jestem do mamy, jednak charakter i predyspozycje to mam zdecydowanie po Tobie. Tylko ciągi liczb mnie denerwują, nie lubię ich w odróżnieniu od Ciebie. Teraz to jest mi zresztą zupełnie niepotrzebne. Kwiaty też lubię tak jak Ty. Pamiętasz, byłeś już taki słaby, siedziałeś w ogródku. Były akurat moje imieniny, wszyscy składali mi życzenia, od Ciebie też dostałam prezent, ale kwiatów mi nie dałeś, szkoda było Ci je zrywać. Powiedziałeś : -Halusia, ta róża jest dla ciebie, nie będziemy jej zrywać. Będziesz mogła ją  podziwiać przez wiele dni, gdybyśmy ścięli, szybko by zwiędła. Wszyscy później zatrzymywali się obok krzaka - piękny był , to prawda -  i mówili: - Róża Haliny! Spoglądali na Ciebie z uśmiechem, Ty też się uśmiechałeś i róża została na zawsze moja, nawet wtedy, gdy Ciebie już zabrakło.

Dzisiaj nie mogę zanieść kwiatów na Twój grób, znicz zapali brat, ale ja poszłam się rano pomodlić w Twojej intencji i podziękować za to, że byłeś naszym Ojcem.

25 czerwca 2012
Deszcz dzisiaj od rana poczynał sobie bez umiaru, padał i padał. Jeziorko szarzało, otulało się szyfonowym szalem kropelek rozpylonych ponad wodą. Uderzenia strug deszczu stawały się coraz silniejsze.
Tafla wody najeżyła się wybrzuszeniami, które przybrały postać nimf wodnych. Najpierw wychylały z wody kształtne główki, później widać już było sino-szare krynoliny o postrzępionych brzegach, które unosiły się lekko w tak walczyka wybijanego przez fontannę zauroczoną pięknem tancerek. Z przeciwległego brzegu usłużny wiatr przywiał eleganckich wodniaków wystrojonych w czarne fraki. Zaczęli kłaniać się nimfom, namawiać do wspólnego tańca, kusić uśmiechami. Tafla wody raz jaśniała, raz ciemniała, w zależności od tego, kto był bardziej widoczny w tańcu, nimfy czy wodniacy. Kaczki, strażniczki jeziorka, które dotąd spokojne drzemały, obudzone ze snu przez rozbawione towarzystwo, zatrwożyły się niespodziewaną zabawą i na wszelki wypadek zaczęły płynąć wokół brzegów, aby wypełnić z nadgorliwością zaniedbanie drzemką obowiązki. Najpierw odwiedziły wikliny i tataraki bacznie jednak popatrując na tancerzy. Nie odniosło to zamierzonego skutku, więc z impetem popłynęły w poprzek jeziora siejąc postrach. Przerażeni tancerze pochowali się pod wodą, a fontanna przyciszona furkotem skrzydeł, ustawała powoli w muzycznych zmaganiach. Nawet deszcz przestał padać. Słońce nieśmiało wyjrzało zza chmurki, ale już nie zobaczyło tancerzy. Jeziorko lśniło spokojem jakby nic tutaj się nie wydarzyło.

Teraz już pogoda do zaakceptowania, ale trudno powiedzieć, że letnia… "Lato" nie odejdzie.


26 czerwca 2012
Szukamy domu dla psa ze schroniska


Shoggy (nr ewidencyjny: 0043/09) to nieduży, dwuletni psiak z bydgoskiego
schroniska. Jest wesoły, ruchliwy, chętny do zabawy i pracy z człowiekiem.
Szkoli się w ramach programu "Lira". Jest prymusem, bardzo szybko się uczy
- egzamin zdał na ocenę doskonałą. Zna podstawowe komendy i coraz więcej
sztuczek. Jest zaszczepiony i wykastrowany. Uwaga: nie przepada za kotami.
Telefon w sprawie adopcji: 52 372 21 30
27 czerwca 2012
Pracuję i dobrze się z tym czuję! Kuchnia lśni. Wszystko z szafek wyjęte, umyte, ustawione w nowej konfiguracji. Dzisiaj, wygląda na to, że będę poza domem, ale jutro znowu stanę do boju. Mój dom, to moja wizytówka. Ukułam slogan: Gdy wszystko wokół lśni, w duszy nie goszczą łzy! Człowiek, który nie dopuszcza bałaganu w swoim otoczeniu, ma życie poukładane. Ja chcę mieć ład wokół siebie i w swoim wnętrzu. W ramach tego programu odkryte zostało zdjęcie, które jest potwierdzeniem prawdziwości mojego opowiadania „Gwałtuś”.
hallas.pl.tl/Rodzinne-odniesienia.htm
Zwierzęta zawsze u nas były otaczane troską i miłością, co widać jak na dłoni.


Teraz nawet w związku z Euro 2012 może być tłem do piosenki „Koko, koko…” . Jaki związek koko ma z Euro nie udało mi się dociec, ale nie wszystko w życiu musi mieć sens.



28 czerwca 2012
Zabieganie z zaplątaniem… Trzymanie trzech srok za ogon bywa utrudnione, nie tylko w przenośni. U mnie na balkonie odbywają się chyba srocze sejmiki. Co rusz zagląda jakaś czarno-biała pięknotka, a w porywach nawet kilka. Tłuką się niemiłosiernie. Ogrodziłam moje kwiatuszki od tego terkoczącego towarzystwa. Sama też nie pozostaję obojętna, przepędzam gości jak tylko widzę, że siadają na poręczy balkonu. Zajęły nawet miejsca na bramce. Kiedyś siadały tam wrony, teraz pysznią się sroki, ciekawskie i złodziejskie stworzenia gorliwe w gromadzeniu wszystkiego co lśni.

Zbytnia gorliwość nie popłaca. Sama się przekonałam. Lepiej stać sobie na boczku. Sroki też powinny to zrozumieć. Ciekawa jestem czy tak zapobiegliwi są osobnicy płci męskiej czy żeńskiej w sroczym plemieniu.
Ciekawa jestem wyniku dzisiejszego meczu, wczorajszy niezbyt mnie zachwycił.

30 czerwca 2012
Trudno było dzisiaj wytrzymać - parno, duszno, burzowo, omdlewająco. Najlepiej byłoby nic nie robić, ale to przecież dzień jak co dzień. Ja wywiązałam się z nałożonych na siebie zadań. Z trudem i pod presją, ale jakoś poszło. Nie będzie łatwo. Wydawało mi się, że ciepełko jest pożądane, ale to chyba nie do końca tak. Burzę przespałam, gdyż nie miałam już sił. Słyszałam daleki pomruk, widziałam niebo zaciągnięte chmurami więc pozamykałam wszystkie okna i spokojnie zażywałam wygód poobiedniej sjesty. W związku z powyższym nie wiem jaki burza miała przebieg. Gdy już się wszystko uspokoiło, wyszłam z domu i odwiedziłam krawcową, która wykonała dla mnie małe przeróbki. Maszyna do szycia mnie nie pociąga. Teraz, kiedy wieczór ochłodził powietrze, mogę już jakoś myśleć. W dzień to było niemożliwe. Prace fizyczne jeszcze dawały się ujarzmić, ale napisać nie byłam w stanie nawet jednego zdania.

 
 
suma wejść na stronę - 239368,
odwiedzających - 80287,
dzisiaj -2
Reklama
 
Motto strony
 
„Pamiętaj, że każdy wiek przynosi
nowe możliwości.
Daj z siebie wszystko – inaczej oszukujesz samego siebie.”
Moja aktywność w Internecie
 
Reaktywacja strony
 
Firma JUNESSE
 
Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE > Każda kobieta chce młodo wyglądać. Chcesz powstrzymać proces starzenia? Stosuj produkty firmy Firma JUNESSE [kliknij]
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=